Śmierć maturzystki

Śmierć maturzystki

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Lekarze nie zauważyli, że życie 18-latki jest zagrożone (fot. sxc.hu) / Źródło: FreeImages.com
Troje lekarzy nie zauważyło, że życie 18-letniej dziewczyny jest zagrożone. Żaden jej nie skierował do neurologa. Zostali ukarani upomnieniem.

Matkę 18-letniej Martyny N. z powiatowego miasta pod Poznaniem obudził przeraźliwy krzyk córki o pierwszej w nocy. Pobiegła do jej pokoju; zobaczyła, że rzuca się na łóżku, ma dziwny wzrok. Wezwała pogotowie. Gdy przyjechało, dziewczyna była nieprzytomna. Ratownik zorientował się w sytuacji (w zespole brakowało lekarza) i wezwał drugą karetkę. Przez 40 minut Martyna była pozbawiona jakiejkolwiek pomocy lekarskiej.

Wreszcie ją zabrano do szpitala. Tam się okazało, że trzeba ściągnąć z domu (była wpół do trzeciej nad ranem) technika obsługującego komputer. Dziewczyna leżała bez oddechu, wentylowana mechanicznie przez rurkę intubacyjną. Jej źrenice miały objaw „oczu lalki”, nie reagowała na ból, miała porażenie rąk i nóg, niewydolność nerek. Tomografia komputerowa głowy wykazała samoistny krwotok wewnątrz czaszki. Neurochirurg odstąpił od operacji z uwagi na objawy sugerujące śmierć mózgu. Rodziców Martyny czekała jeszcze dramatyczna rozmowa z ordynatorem w kwestii pobrania organów. Zgodzili się. „Uczepiliśmy się myśli, że część Martyny będzie żyła”– powiedziała rok później w sądzie matka dziewczyny.

Ale i tej nadziei ich pozbawiono. Sekcja wykazała, że serce przeszło rozległy zawał, a ponadto wykryto wirusa zapalenia wątroby typu B. Martyna kilka miesięcy wcześniej miała usuwane znamię na szyi w prywatnym szpitalu. Prawdopodobnie wtedy została zarażona.

Siedź prosto

– Mojej córce przez osiem dni nikt nie dał szansy na walkę o życie – powiedziała pani N. rzecznikowi Wielkopolskiej Izby Lekarskiej. Szczegółowo odtworzyła wydarzenia. Pod koniec września Martyna, dotąd pilna uczennica, zmienia się – nie uważa na lekcjach, sprawia wrażenie roztargnionej, a wywołana do odpowiedzi mówi, że robi się jej słabo. Gdy to się powtarza, wychowawczyni wysyła uczennicę do szkolnej pielęgniarki, ta mierzy ciśnienie. I stwierdza, że za wysokie. Na ból głowy daje apap.

Niewiele pomaga; również w domu Martyna jęczy, że boli ją głowa. Ale nie chce opuszczać lekcji, wszak za pasem matura. Jej matka telefonuje do szkolnej pielęgniarki z prośbą o codzienne mierzenie córce ciśnienia. Pod koniec tygodnia Martyna przynosi kartkę z informacją, że wysokie ciśnienie tętnicze nie spada. Cały weekend dziewczyna leży na tapczanie; każde pochylenie głowy powoduje silny ból. W poniedziałek (10 października) jej mama postanawia, że pójdą do przychodni, do lekarza rodzinnego. Dr Magdalena P. ogląda kartkę od pielęgniarki z notatkami o ciśnieniu i stawia diagnozę – bóle pochodzą od krzywienia kręgosłupa w szkolnej ławce. Pokazuje, jak należy prawidłowo siedzieć. Zapisuje ziołowe tabletki ułatwiające zasypianie. Po jednej dziennie. Mimo ćwiczeń głowa nadal boli. Przy najmniejszej zmianie pozycji dziewczyna ma zawroty głowy. Tak mijają trzy dni. W czwartek 13 października matka zauważa u córki trudności w mówieniu. Wystraszona dzwoni do lekarza rodzinnego. Dr P. radzi poszukać neurologa w ambulatorium nocnej pomocy.

Matka zawozi tam córkę. Przyjmuje je dyżurny lekarz Leszek B. i wyjaśnia, że do gabinetu neurologa nie wchodzi się z ulicy. Ów specjalista pracuje w szpitalu, gdzie potrzebne jest skierowanie. Na razie dr B. nie widzi takiej potrzeby. Ogląda kartkę z pomiarami od pielęgniarki, sprawdza stan na dziś i zapisuje prestarium na obniżenie ciśnienia krwi. Tylko pół tabletki dziennie. Martyna wyznaje z zakłopotaniem, że boi się iść do toalety, bo przy pochyleniu głowy ból bardzo się nasila.

– Nic ci nie pęknie – bagatelizuje lekarz. Dziewczyna milknie zawstydzona, już do końca wizyty nie odezwie się ani słowem. Piątek, 14 października. Martynie szkoda opuszczać lekcje, idzie do szkoły. Wraca bardzo słaba, skarży się rodzicom, że ból rozsadza jej czaszkę. Sobota, 15 października. Jest jeszcze gorzej.

– Mamo, mnie już nic nie pomoże – płacze dziewczyna. Znów jadą do szpitalnego oddziału ratunkowego. Tym razem przyjmuje je dr Jolanta Z. Nieuprzejma, wręcz agresywna. Odsuwa kartkę z pomiarami pielęgniarki, bo na pewno robiła to niefachowo. Sama mierzy ciśnienie – milknie, gdy wynik jest podobny. Gdy matka próbuje określić, co ją niepokoi w zachowaniu córki (m.in. zachwiania równowagi), pani doktor przerywa:

– Chyba córka umie mówić. Wypisuje skierowanie do laboratorium na analizę krwi. Po obejrzeniu wyników stwierdza, nie ma żadnego stanu zapalnego, pewnie zachowanie Martyny wiąże się z jej problemami z nauką. – Ależ wszystko jest w porządku, wiem dobrze, bo jestem pedagogiem – zapewnia pani N.

– Radziłabym więcej rozmawiać z córką o jej problemach okresu dojrzewania – kończy wizytę Jolanta Z. Całą niedzielę Martyna przepłakała. Każde podniesienie się z łóżka przyprawiało ją o silne zawroty głowy. W poniedziałek 17 października pojechała z matką do lekarza rodzinnego.

Dr Magdalena P. odstawia tabletki prestarium. Nadal twierdzi, że ból pochodzi od kręgosłupa; każe pacjentce położyć się na kozetce, pokazuje, jak prawidłowo powinna wstawać. Nie widzi potrzeby skierowania dziewczyny do specjalisty. Matka znajduje inny sposób na dotarcie do neurochirurga. Za trzy dni sama ma wizytę u takiego specjalisty w związku z wypadającym dyskiem. – Gdyby pani doktor dała mi skierowanie do neurochirurga dla Martyny – prosi – zabrałabym córkę z sobą. Może uda się wejść z nią do gabinetu. – Dobrze – zgadza się lekarka pierwszego kontaktu. – Tylko zróbcie rentgen odcinka szyjnego u córki, na dowód, że postawiłam właściwą diagnozę. Martyna N. nie zdążyła pokazać specjaliście tego zdjęcia.

Podejrzewałam, ale nic nie zrobiłam

Okręgowy rzecznik wszczyna postępowanie wyjaśniające. Przesłuchiwana dr Magdalena P., pediatra, specjalistka medycyny rodzinnej i rehabilitacji medycznej, zeznaje:
– Martynę N. leczyłam od dziecka. Ból, który zgłaszała, nie był charakterystyczny ani stały. Ja skończyłam kurs fizjoterapeutyczny metody McKenziego i dlatego pokazałam pacjentce, jak należy siedzieć, aby nie bolała głowa.
– Czy to znaczy, że ból ustąpił?
– Tak.
– Czy zbadała pani doktor objawy oponowe?
– Nie, wtedy nie badałam.
– A kiedy?
– Tydzień później. Nie stwierdziłam niczego, co by świadczyło o zapaleniu opon mózgowo-rdzeniowych. Zaleciłam kontrolę w kierunku nadciśnienia tętniczego i korektę postawy, a za dwa tygodnie ewentualną konsultację u okulisty.
– Dlaczego zrezygnowała pani z dalszej diagnostyki?
– Bo moja diagnoza zmierzała w kierunku nadciśnienia tętniczego.
– Nie podejrzewała pani choroby o podłożu neurologicznym?
– Nie. Moja wiedza z kursu McKenziego sugerowała czynnościowy charakter bólu głowy.
– Co to znaczy czynnościowy?
– Zależny od pozycji ciała.
– Czy wiedza ze studiów nie pozwalała pani dopuszczać innej etiologii bólu głowy?
– W mojej praktyce lekarskiej po raz pierwszy spotkałam się z sytuacją, że doszło do krwotoku mózgowego bez takich towarzyszących objawów jak np. stępienie czucia mięśni. Poza tym nie było przecież mowy o urazie głowy.
– A podczas drugiej wizyty nic pani doktor nie zaniepokoiło?
– Nie uznałam, że ból jest naprawdę silny, skoro matka pytała, czy córka ma iść do szkoły. Ale już podejrzewałam neurologiczne tło.
– Czy w związku z tym wypisała pani doktor skierowanie do poradni neurologicznej?
– Nie, ale tam za kilka dni miała iść po poradę matka pacjentki i chciała zabrać córkę z sobą. Dr Leszek B., który badał Martynę N. w czasie dyżuru w szpitalnym oddziale ratunkowym, przyznał, że to, co się stało z pacjentką, wywołało u niego szok, choć jest internistą od ponad 30 lat. Na pytanie, czy w SOR był tomograf komputerowy, doktor odpowiedział twierdząco, ale zaraz dodał, że takie badanie przeprowadza się tylko w skrajnych przypadkach, na przykład gdy doszło do urazu głowy.

Rzecznik:
– Czy w tym dniu był w szpitalu neurolog?
– W naszym mieście nie było możliwości takiej konsultacji. Tu neurolog prowadzi wyłącznie praktykę prywatną. Jeśli jest taka potrzeba, wywozimy chorego do ościennych ośrodków. Albo kieruje się go na oddział wewnętrzny, ale w przypadku Martyny N. nie widziałem takiej potrzeby.
– Czy pan doktor badał pacjentkę neurologicznie?
– Tak. Wynik był prawidłowy.

Do dr Jolanty Z., która jako ostatnia przyjmowała chorą Martynę w SOR, rzecznik miał następujące pytanie:
– Pacjentka w krótkim okresie ponownie zgłasza się do lekarza pierwszego kontaktu. Nie widziała pani doktor wskazań do oceny specjalistycznej lub wręcz hospitalizacji?
– Nie wiedziałam o tych wizytach.
– Ale lekarz tak musi prowadzić wywiad, aby uzyskać jak najwięcej informacji o całym przebiegu choroby. Nie zawsze pacjent jest otwarty na drążenie tematu. Martyna N. po tygodniu odwiedzania gabinetów lekarskich straciła nadzieję, że ktoś jej pomoże. Również z powodu bólu nie była rozmowna.
– Badałam pacjentkę neurologicznie i nie stwierdziłam odchyleń.

Na swoją obronę dr Jolanta Z. przedstawiła prywatną opinię biegłego neurochirurga Pawła K.:
– Krwawienie do mózgu przebiega gwałtownie, jest nieprzewidywalne w skutkach, podobnie jak czas jego występowania, dlatego trudno się jednoznacznie wypowiedzieć, kiedy pacjentka powinna być diagnozowana. Biegły zwrócił też uwagę na to, że rodzina pacjentki świadomie sfałszowała obraz dolegliwości dziewczynki. Twierdziła, że ból utrzymywał się od dwóch tygodni, podczas gdy w rzeczywistości występował już prawie sześć tygodni. Tak wynika z wypowiedzi matki opublikowanych w miejscowej gazecie. Poza tym pani N. zataiła przed lekarką, że bez konsultacji z lekarzem dała córce ketonal, silny lek przeciwbólowy, co mogło spowodować zamazanie objawów choroby. Matka Martyny zaprzeczyła insynuacjom o wywiadach udzielanych dziennikarzom. Z żadnym nie rozmawiała. A bóle głowy zaczęły się na przełomie września i października. Wcześniej córka sporadycznie narzekała na migrenę. Co do epizodu z raz podanym ketonalem – nie ukrywała tego przed lekarzami. Rzecznik oddalił wniosek dowodowy w postaci opinii prywatnej neurochirurga. Trojgu lekarzy: Magdalenie P., Leszkowi B i Jolancie Z., przedstawił zarzuty niewdrożenia prawidłowego postępowania diagnostycznego, co doprowadziło do zgonu pacjentki, a tym samym naruszenia art. 8 Kodeksu etyki lekarskiej.

To normalne, że pacjent cierpi

Przed okręgowym sądem lekarskim dr Magdalena P. tłumaczyła, że powstrzymywała się z wysłaniem Martyny do neurologa, a tym bardziej do szpitala, bo chciała ją jeszcze obserwować.

Sąd:
– Jak często zdarzały się pani przypadki pacjenta w wieku 18 lat z tak wysokim nadciśnieniem?
– Zdarzało się, ale trudno mi powiedzieć, jak często. Dr Leszek B. upierał się, że na pewno sprawdzał sztywność karku i źrenice pacjentki. Jeśli matka zaprzecza, to może dlatego, że nie zauważyła badania. Dr Jolanta Z. na pytanie, czy dokładnie przyjrzała się pacjentce, zwróciła uwagę na jej wyjątkowe cierpienie, odpowiedziała oschle, że „dużo jest takich pacjentów”.

Sąd:
– Czy w szpitalnym oddziale ratunkowym robi się badania komputerowe głowy?
– Tylko w ostrych przypadkach. Praktycznie jest z tym za dużo zachodu. Trzeba ściągnąć technika, następnie przesłać badania do odczytu. Nie ma wewnętrznych procedur regulujących dostęp do tego rodzaju badań. Zdecydowanie łatwiej jest wysłać chorego na oddział szpitalny.
– A czy wydaje się skierowanie do specjalisty?
– To należy do lekarza rodzinnego.

Matka Martyny w podsumowaniu wyjaśnień obwinionych lekarzy: – Jestem oburzona, słysząc tyle kłamstw. W żadnym gabinecie nie doszło do badania neurologicznego. I ani jednego słowa przeproszenia. Rejonowy sąd korporacyjny ukarał wszystkich troje lekarzy upomnieniem. W uzasadnieniu wysokości kary padł komentarz, że skarga matki była trudna do osądzenia. Zachorowalność na krwawienie śródmóżdżkowe to rocznie od dwóch do pięciu przypadków na 100 tys. mieszkańców. Umieralność 60-70 proc. Lekarz rodzinny ma pod opieką ok. 2 tys. pacjentów, rzadko więc spotyka się z takim przypadkiem. Doktor Jolanta S. i Leszek B. odwołali się od wyroku do Naczelnego Sądu Lekarskiego. Zyskali tyle, że ich sprawa została przekazana do ponownego rozpatrzenia w niższej instancji. 

Okładka tygodnika WPROST: 25/2013
Więcej możesz przeczytać w 25/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • Czytelniczka IP
    Jestem też matką i jest mi przykro. Co zrobiła matką, żeby pomóc ratować córkę? Czyż nie chodzi jej trochę o zaspokojenie własnego sumienia zwalając winę na lekarzy z pomocy doraźnej? Jak wskazuje nazwa "pomoc doraźna" wszyscy wiemy, co to oznacza. Mam wrażenie, że tylko tam jej szukała [ jak trwoga to do Boga]. Gdyby dotyczyło to mojego dziecka - poruszyłabym niebo i ziemię, dałabym ostatni grosz żeby pomóc. Uważam też, że największa winę ponosi lekarz rodzinny. Zamiast zainteresować się dziewczyną, bawiła się gimnastyką. Dlatego też nie robiła odwołania, bo dla niej jest to wymarzony wyrok.
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także