Proces o lepkie ręce

Proces o lepkie ręce

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Jak uniknąć więzienia? Na stole operacyjnym (fot.sxc.hu)
W słynnym konstancińskim Stocerze była szybka ścieżka dotarcia na stół operacyjny – tyle że dla zdrowych przestępców, którzy w ten sposób chcieli uniknąć więzienia.

Nie wpływałem na lekarzy, nigdy im nie zapłaciłem za fałszywą dokumentację o moim stanie zdrowia. Gdy zjawił się u mnie oszust Konrad T., wyrzuciłem go za drzwi. Mój syn Marcin walczył o moje życie i godne traktowanie. Nie wiem, jak bym się zachował na jego miejscu – oświadczył na rozprawie znany producent filmowy Lew Rywin. Proces w warszawskim sądzie okręgowym dopiero się rozkręca. Choć na ławie oskarżonych posadzono też pięcioro lekarzy i dwoje adwokatów, mówi się, że to proces Lwa Rywina. Prokuratura apelacyjna w Łodzi zarzuca mu, że wiosną 2005 r. nakłaniał Konrada T., dziś świadka koronnego, do przyjęcia 400 tys. zł i wręczył mu 210 tys. zł łapówki jako zaliczkę za pośrednictwo w załatwieniu lewej dokumentacji medycznej. Dzięki niej miałby uzyskać odroczenie kary dwóch lat więzienia, na które został skazany za pomoc w płatnej protekcji.

Notes gońca

Wielu chorym Stocer, czyli Specjalistyczne Centrum Rehabilitacji i Leczenia Schorzeń Narządu Ruchu w Konstancinie, jawi się jako ostatnia deska ratunku. Zgadzają się na wielomiesięczną kolejkę do zabiegu w przekonaniu, że dotrą do specjalistów najwyższej klasy. I oto akt oskarżenia ujawnia, że w Stocerze była szybka ścieżka prowadząca na stół operacyjny – tyle że dla zasobnych gangsterów i defraudantów. Nie chodziło o ratowanie zdrowia, lecz o wymiganie się od więzienia. Proceder zorganizowały cztery osoby: zawodowy oszust Konrad T., adwokat Robert D., neurochirurg Krzysztof J. i dr Maria Ż. – biegła sądowa. Konrad T., absolwent szkoły podstawowej, od połowy lat 90. zajmował się wyłudzaniem z ZUS zasiłków chorobowych dla swoich klientów. Wtedy poznał lekarzy gotowych za łapówki poświadczać nieprawdę o stanie zdrowia petenta. Ponieważ mnożyły mu się procesy o korupcję, w 2001 r. nawiązał ścisłe kontakty z adwokatem Andrzejem B., byłym prokuratorem. Mecenas, którego klientami byli głównie skazani chcący uniknąć odsiadki, zatrudnił Konrada T. w swojej kancelarii na „pomocniczym stanowisku”. W rzeczywistości do zadań nowego pracownika należało naganianie klientów. Konrad T. i jego chlebodawca doradzali, jak pozorować dolegliwości neurologiczne lub kardiologiczne. Zaufanym klientom serwowali np. roztwór atropiny, wywołujący jeden z objawów urazu głowy. Ta metoda była popularna wśród przestępców mafijnych, którzy znali Andrzeja B. z czasów, gdy był prokuratorem. Pod koniec 2003 r. B. został wykluczony z palestry. Ale wtedy notes Konrada T. był już pełen adresów przekupnych lekarzy, biegłych i prokuratorów. W rozmowie z klientami mógł się powoływać na wpływy w tych środowiskach. Cenił się – od petenta brał 50-100 tys. zł, czasem więcej. Odszedł od stosowania środków farmakologicznych, którymi klienci mieli oszukiwać lekarzy. Mniej ryzykowna okazała się współpraca z lekarzami gotowymi wystawiać fałszywe dokumenty. W Stocerze należał do nich zastępca ordynatora oddziału neuroortopedii dr Krzysztof J.; w Samodzielnym Zespole Publicznych Zakładów Lecznictwa Otwartego Warszawa Praga-Północ – biegła sądowa dr Maria Ż.; byli też radiolodzy Jarosław R. oraz Andrzej P. z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

Po wydaleniu z adwokatury skompromitowanego Andrzeja B. (który potem zmienił nazwisko i został radcą prawnym) jego klientów przejął inny warszawski adwokat Robert D. Przejął on też Konrada T. i zatrudnił go na etacie gońca. D. w środowiskach przestępczych miał opinię „swojego chłopa”, który za pieniądze zrobi wszystko. Był specjalistą od przeciągania procesów i utrudniania pracy sądom.

Tak też postępował na przykład jako obrońca Rafała K. Do Sądu Rejonowego w Wołominie przesyłał kolejne wnioski o odroczenie wykonania kary, dowodząc, że jego klient ma chory kręgosłup i podejrzenie guza mózgu. Dokumenty podbijał w Stocerze pieczątką zastępca ordynatora Krzysztof J. Następnie składała pod nimi swój podpis przekupiona biegła sądowa dr Maria Ż. Sfałszowany opis rezonansu magnetycznego mózgu i kręgosłupa szyjnego Rafała K. załatwił Konrad T. u dwóch skorumpowanych radiologów z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Namiary na tych lekarzy dał gońcowi z kancelarii dr Krzysztof J. Rafał K. znalazł się za kratkami rok później z powodu zatrzymania w innym postępowaniukarnym. Wypróbowaną metodę powtarzano przy kolejnych klientach mecenasa D.; zmieniała się tylko wysokość łapówki, którą ustalał rzekomy goniec Konrad T.

Nowotwór Artura R.

W razie potrzeby mecenas z gońcem zapewniali klienta, że mają dojście do sędziego prowadzącego sprawę. Tak było, gdy Robert D. został obrońcą Artura R., na którym ciążył wyrok niemieckiego sądu za usiłowanie zamordowania i ograbienie jubilera w Monachium. Konrad T. podał stawkę – 50 tys. zł. R. nie miał wyboru. Następnie goniec pojechał z klientem do radiologów w Instytucie Psychiatrii na badanie rezonansem. Chociaż pacjent był okazem zdrowia, specjaliści za 1 tys. zł sporządzili opis nieprawidłowości w obrazie. Z takim wynikiem T. udał się do dr. J. w Stocerze. Mimo spreparowanego opisu diagnoza okazała się dla skazanego niepomyślna. – Żeby położyć go na stół – tłumaczył mecenasowi dr Krzysztof J. – trzeba do opisu badania rezonansu magnetycznego dopisać podejrzenie nowotworu w postaci nerwiaka.

Goniec znów podjechał do Instytutu, wyciągnął 500 zł i w ekspresowym tempie dostał papiery. Następnie za 1 tys. zł dr J. stworzył obszerną dokumentację z długiego leczenia ambulatoryjnego i rehabilitacyjnego pacjenta, którego widział pierwszy raz na oczy. Ponadto R. dostał od przekupionej biegłej sądowej dr Marii Ż. zaświadczenie o niemożności odbywania kary z powodu złego stanu zdrowia. Mimo tych zabiegów poszukiwany Artur R. siedział w kryjówce jak na rozżarzonych węglach. Mecenas D. straszył go, że sytuacja jest trudna, trzeba szukać dojścia do sędziego, który będzie decydował o wsadzeniu R. za kratki.

Po kilku dniach D. oznajmił, że jego starania zakończyły się sukcesem – zna jeszcze ze studiów przewodniczącego wydziału szczecińskiego sądu, w którym będzie rozpatrywana sprawa. Artur R. od razu zapłacił za fatygę 20 tys. zł i 6 tys. zł na koszty dojazdu adwokata na rozprawę. Mecenas do Szczecina nie pojechał (choć zapewniał, że tam był), wniosek o uchylenie aresztu został odrzucony, a powołani przez sąd biegli stwierdzili, że R. symulował. Tak wynika z aktu oskarżenia, ale mecenas D., który na pierwszej rozprawie chciał utajnienia procesu, wszystkiemu zaprzeczył. Konrada T. zatrudnił w swojej kancelarii wyłącznie jako gońca i nigdy nie zlecał mu naganiania klientów. Zwolnił go, gdy się przekonał, że jest oszustem. Owszem, spotkał się kilka razy z dr. J., bo potrzebował konsultacji w sprawie klientów, ale żadnej gratyfikacji pieniężnej lekarzowi nie wręczał.

Skalpel dr. J.

Mecenas przedstawiał klientom sprawę otwarcie – płacą mu tylko za odsunięcie momentu, gdy zatrzaśnie się za nimi więzienna brama. Dobrze to rozumiał Piotr B., który dostał siedem lat za oszustwo na rzecz Banku Gospodarki Żywnościowej. Zachęcony przez Konrada T. zjawił się w kancelarii mecenasa, aby pertraktować cenę za spreparowane dokumenty lekarskie. Chciał, aby na ich podstawie został uchylony nakaz doprowadzenia go do więzienia i odroczenie wykonania tej kary. Usługę utargowali na 45 tys. zł plus samochód marki Ford Mondeo. Wkrótce cena podskoczyła do 100 tys. zł, Piotr B. podejrzany bowiem o kolejne przestępstwo (wyłudzenie zwrotu krakowskich kamienic od Skarbu Państwa) w każdej chwili mógł się spodziewać zatrzymania.

Mecenas nie ufał klientowi z tak bogatą przeszłością kryminalną. Dlatego gdy goniec rutynowo załatwiał w Instytucie Psychiatrii „podkoloryzowane”, jak określali zaufani radiolodzy, badanie tomograficzne, poprosił też o ustalenie faktycznego stanu zdrowia Piotra B. Okazało się, że przestępca naprawdę ma schorzenie kręgosłupa. Nie powiedziano jednak o tej diagnozie choremu, bo mógłby zażądać zwrotu pieniędzy. B. nie doczekał się jednak operacji w Stocerze, gdyż został zatrzymany. Mecenas już się nim wtedy nie interesował, przygotowywał obronę innego klienta o nazwisku znanym w świecie przestępczym. Był to Krystian Sz., ps. Młody Sajmon, syn zabitego w gangsterskich porachunkach mafiosa ze Śląska. Dla poszukiwanego listem gończym najlepszym schronieniem była sala operacyjna w Stocerze.

Fałszywe rozpoznanie rezonansu wykonali jak zwykle dwaj radiolodzy z Instytutu Psychiatrii. Na wszelki wypadek zabezpieczono się diagnozą innego specjalisty radiologa, nieskorumpowanego. Na to badanie zamiast Krystiana Sz. poszedł jego kolega, były zapaśnik, który miał sfatygowany kręgosłup. Wtajemniczony we wszystko dr J. za 10 tys. zł łapówki napisał do sądu opinię, że niezbędna jest operacja w wyspecjalizowanym ośrodku. Sprawdzonym trybem dołączono do dokumentacji poświadczenia dr Marii Ż., przekupionej biegłej sądowej w zakresie neurochirurgii.

Ponieważ pacjentem interesowały się media, dr Krzysztof J. uzgodnił z Konradem T., że tuż po operacji Młodego Sajmona powiadomi policję o obecności gangstera w szpitalu, ale funkcjonariusze nie zostaną dopuszczeni do pacjenta, bo będzie leżał na oddziale intensywnej terapii. Krystian Sz. znalazł się w areszcie dopiero rok później. W śledztwie dr J. przyznał, że wiedział, iż kręgosłup na rentgenie, który był wskazaniem do operacji, jest innej osoby niż ta, którą miał na stole. W czasie zabiegu świadomie zastąpił implantem zdrowy krążek międzykręgowy pacjenta. Natomiast mecenas D. zapewniał prokuratora, że nie mieści mu się w głowie, aby lekarz mógł kroić zdrowego człowieka. W każdym razie on nie miał z tym nic wspólnego.

Lew Rywin w sieci Konrada T.

To była najcenniejsza zdobycz w kancelarii adwokackiej Roberta D. Pozyskanie takiego klienta zapowiadało długą współpracę, bo syn znanego producenta robił wszystko, aby uchronić ojca od odsiadywania wyroku. Konrad T. spotkał się ze zdesperowanym Marcinem R. W relacji świadka koronnego R. junior dał mu 210 tys. zł zaliczki w zamian za pośrednictwo w załatwieniu lewej dokumentacji medycznej. Gdy Lew Rywin cieszył się jeszcze wolnością opłaconą wysoką kaucją, goniec z kancelarii mecenasa D. zorganizował mu pierwszą wizytę w Stocerze. Neurochirurg dr J. jak zwykle zlecił badania u radiologów w Instytucie Psychiatrii. Lew Rywin stawił się tam w towarzystwie Konrada T., który negocjował wysokość łapówki z wykonującymi rezonans. Tym razem jeden z radiologów postawił warunek – już nie zwyczajowe 500 zł, ale 17 tys. zł, proporcjonalnie do kwoty, za której żądanie Rywin został skazany. Ale Konrad T. nie uległ – wręczył lekarzowi 1,7 tys. zł, radząc, aby w przyszłości powstrzymał nadmierną zachłanność, bo go „odetnie od źródła”. Radiolog z pokorą przyjął kopertę.

Potem zastępca ordynatora neuroortopedii przygotował dla sądu diagnozę o schorzeniu kręgosłupa wymagającym leczenia zachowawczego, a może i operacyjnego. Zaświadczenie miało kosztować 50 tys. zł. Dr J. zastrzegł, że wykonanie zbędnej operacji będzie kosztowało dużo więcej. Na tym skończyły się rozmowy naganiacza z dr. Krzysztofem J. w sprawie Lwa Rywina. Neurochirurg nie dostał oczekiwanych pieniędzy, bo kontakty ojca i syna z kancelarią mecenasa D. zostały z inicjatywy producenta przerwane.

Za zamkniętymi drzwiami

Zabiegi o uchronienie producenta filmowego przed więzieniem skończyły się fiaskiem. Lew Rywin został osadzony. W 2009 r., gdy był już na wolności, w jego willi agent CBA znalazł na półce szarą teczkę. Ukryte w niej notatki świadczyły o kontaktach Marcina R. z Konradem T. W śledztwie Lew Rywin wraz z synem tłumaczyli początkowo, że nie dawali gońcowi żadnych pieniędzy. Potem Marcin R. wziął winę na siebie – twierdził, że ojciec o niczym nie wiedział. Również dr J. przesłuchiwany w prokuraturze nie przypominał sobie propozycji 50 tys. zł łapówki od Lwa Rywina.

Z aktu oskarżenia w sprawie Stocera wypadły nazwiska najważniejszych animatorów przestępczego procederu, gdyż prokuratura wystąpiła o orzeczenie wobec nich wyroku bez postępowania sądowego. W takiej uprzywilejowanej sytuacji znalazł się świadek koronny Konrad T. Krzysztof J. skorzystał z dobrodziejstwa art. 60 par. 3 kk (tzw. mały świadek koronny), swoimi wyjaśnieniami w śledztwie bowiem pomógł w rozszyfrowaniu mechanizmu korupcji na linii: lekarz – więzień – adwokat. Poza tym przyznał się do brania łapówek za fałszowanie dokumentacji i nieetyczne operacje wbrew wskazaniom medycznym.

Podobnie sąd potraktował Artura R., a także Piotra B. Obaj oskarżeni przyznali się do winy, w śledztwie wyczerpująco odpowiadali na pytania, zatem zdaniem prokuratora należą im się za to pewne gratyfikacje. Czy do opinii publicznej będą docierały informacje z procesu? Wygląda na to, że nie. Ostatnio obrońcy spowodowali wyproszenie publiczności z sali z uwagi na to, że zeznający jako świadek dr J. mógłby ujawnić pewne dane medyczne swoich pacjentów. Taki wybieg łatwo zastosować na kolejnych rozprawach.

Okładka tygodnika WPROST: 27/2013
Więcej możesz przeczytać w 27/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 1
  • xxxxx IP
    Włos się na głowie jeży! Przypominam, że proces jeszcze trwa. Cały artykuł napisany w formie "tak było"... Czy Wprost słyszał kiedyś o domniemaniu niewinności? A co jeśli opisane osoby zostaną uniewinnione? Napiszecie równie długi artykuł o swoich błędach?
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także