Wścibski dotyk chirurga

Wścibski dotyk chirurga

Dodano:   /  Zmieniono: 
fot. Kzenon/fotolia.pl
Genialnie operował u chłopców klatki piersiowe. Ale jego ręce wędrowały też niżej.

Udawałem, że śpię. W sali było ciemno. On usiadł na moim łóżku, zsunął mi trochę spodnie od piżamy i włożył rękę w majtki. Dotykał mnie tam, od góry do dołu i z powrotem – szeptał na korytarzu 14-letni Krzysiu K., pacjent Specjalistycznego Szpitala Chorób Płuc i Gruźlicy w Ch. do poznanego w szpitalu kolegi. – Ile razy był w nocy u ciebie? – dopytywał starszy o rok Robert W. – Dwa i robił to samo. – Ja z początku też udawałem, że śpię, ale potem nie wytrzymałem i się poruszyłem – zrewanżował się zwierzeniami Robert. – Wtedy on podciągnął mi majtki i wyszedł. Ale szybko wrócił i znów się zaczęło. Na koniec zgasił światło w łazience i sobie poszedł.

Chłopców podsłuchała salowa. Opowiedziała o tym w pokoju pielęgniarskim. Dyrektor szpitala zawiadomił prokuratora, że mogło dojść do molestowania nieletnich pacjentów przez chirurga dr. A., który pracuje w szpitalu od miesiąca, na kontrakcie. Wezwany na przesłuchanie lekarz zaprzeczył tym, jak je nazwał, insynuacjom. Owszem, badał w nocy obu pacjentów, ale rutynowo. Wcześniej nie mógł, bo operował. – Ja bardziej wierzę doktorowi – zareagowała matka jednego z chłopców, gdy dyrektor szpitala powiedział jej o swoich podejrzeniach. Rodzicom Krzysia i Roberta trudno było się pogodzić z tym, co usłyszeli. Dotarcie do A., znanego w kraju torakochirurga specjalizującego się w operacjach tzw. ptasiej klatki piersiowej u dzieci, traktowali jak los wygrany na loterii. Na wniosek prokuratury chłopcy zostali zbadani przez psychiatrów i psychologów. Stwierdzono, że nie zmyślali, z dużym prawdopodobieństwem doświadczyli tego, co dotarło do salowej.

Ponownie przesłuchany dr A. (po 48 godz. aresztu) tłumaczył śledczemu: – Jako doświadczony lekarz, niezależnie od powodów, z którymi nieletni chory się zgłasza, przed operacją badam całe ciało, w tym okolice intymne, w celu ewentualnego stwierdzenia np. stulejki, bo taka wada wymaga odroczenia zabiegu klatki piersiowej. Dotykając ciała chorego po operacji, rozpoznaję, czy jest on spięty bólem, co może świadczyć o rozedmie podskórnej lub krwiaku brzucha. Takie powikłania zdarzają się nawet kilka dni po zabiegu. Operacja tzw. kurzej klatki polega na wprowadzeniu za mostek metalowych płytek. Po zabiegu do ran zakłada się dreny, które prowadzą do zbiorników ułożonych na brzuchu pacjenta. Trzeba je obserwować, bo w przypadku krwawienia szybka interwencja chirurgiczna może być jedyną szansą uratowania życia. Kontrola drenów wymaga odchylenia kołdry, którą przykryty jest pacjent

Doktor twierdził, że miał obawy co do położenia płytki i jej stabilnego zamocowania u Krzysztofa K. Nastolatek był bardzo chudy, jego mięśnie mogły nie utrzymać protezy. – Dlatego zaglądałem do chłopca także późno w nocy, po skończonych operacjach. Dotykałem brzucha i klatki. Nie ściągałem mu piżamy, nie wkładałem ręki w spodnie. Badanie w okolicy pachwin mogło stworzyć u pacjenta niewłaściwe przekonanie, że świadomie dotykam go w miejscach intymnych. Zupełnie nie o to mi chodziło – bronił się torakochirurg. Z badaniem Roberta W. miało być w relacji dr. A. tak: odebrał w domu telefon od oddziałowej, że chłopiec gorączkuje i ma powiększone węzły chłonne nad obojczykiem. Zdecydował się pojechać do odległego o 70 km szpitala, bo pacjent trzy dni wcześniej przeszedł operację. Uznał, że w celu wykluczenia nowotworu trzeba sprawdzić wszystkie węzły chłonne. Dlatego podczas badania zsunął chłopcu spodnie od piżamy i dotykał nasady prącia. Nie robił żadnych posuwistych ruchów opisanych w zeznaniach pacjenta.

Tej nocy chirurg badał Roberta W. dwa razy, bo nie był pewny swej diagnozy. Wszystkie czynności wykonał po ciemku (tylko w łazience paliło się światło), bez budzenia pacjenta. W pobliżu nie było nikogo z personelu. Doktor w czasie przesłuchań często wracał do tematu swego przepracowania. Jego operacje w wielkopolskiej klinice były nowatorskie. Robił ich coraz więcej, a i tak pacjenci czekali na zabieg ok. 1,5 roku. Dlatego gdy szpital w Ch. zaproponował mu kontrakt, zgodził się na tę dodatkową pracę. Zwłaszcza że potrzebował pieniędzy na spłatę kredytów. Gdy przyjeżdżał na operację z P., zwykle brał kilka następujących po sobie dyżurów. W ciągu miesiąca wykonał w Ch. ok. 50 zabiegów.

Opowiedziałem o wszystkim mamie

Śledztwo w sprawie molestowania nieletnich objęło również pacjentów chirurga w wielkopolskiej klinice. Wśród przesłuchiwanych znalazł się 14-letni Artur P., operowany rok wcześniej. Zeznał, że kiedy już trochę wydobrzał po zabiegu, doktor A. zaprosił go do swego gabinetu, aby mógł sobie pograć na komputerze. Chłopiec usadowił się na krześle, ale w pewnym momencie lekarz kazał mu usiąść na swoich kolanach. Następnie chwycił go za biodra i zaczął dotykać w krocze. Artur się wyrwał i wybiegł na korytarz. O incydencie opowiedział kolegom z podwórka, bratu, a po pewnym czasie mamie. Również 13-letni Daniel Z. opowiedział, że w czasie badania przed zabiegiem doktor A. polecił mu się położyć na kozetce. Powiedział, że musi sprawdzić, czy nie ma przepukliny – odchylił majtki i uciskając dół brzucha, kazał mu zakaszleć. Ponieważ chłopiec był bardzo spięty, lekarz próbował go rozluźnić, łaskocząc. – W pewnej chwili pan doktor chwycił mnie za przyrodzenie – zeznał F. na policji – ale zaraz usłyszałem coś jakby przeproszenie, że chyba nie wolno tam dotykać.

Po zabiegu chirurg przychodził w nocy na salę, gdy Daniel spał. – Gdy włożył rękę pod kołdrę, obudziłem się i wtedy on ją natychmiast stamtąd zabrał. Przyszedł po 30 minutach, ale gdy zobaczył, że nie śpię, powiedział, że zajrzy później. Ja już nie spałem do rana. Bałem się, że znów będzie mi coś tam gmerał. Kolejnym pacjentem, który oskarżył chirurga, był 14-letni Marcin W. Twierdził, że po operacji doktor poprosił go do pokoju pielęgniarek, gdzie miał zrobić zdjęcia klatki piersiowej. Chłopak ściągnął bluzę, lekarz uruchomił aparat fotograficzny. Potem na polecenie doktora pacjent zdjął majtki i położył się na kozetce. W trakcie badania chirurg dotykał go również po genitaliach, nic nie mówiąc. – Ja myślałem – zeznał W. – że jest jakiś problem z siusianiem, że przyszły złe wyniki analizy moczu.

W laptopie lekarza znaleziono plik powstały w czasie rozpakowywania fotografii pornograficznych z udziałem małoletnich. Biegły seksuolog prof. Zbigniew Lew-Starowicz stwierdził, że przedstawiają one ekspozycję genitalną i stymulacje członka czyjąś ręką u dwóch nagich chłopców poniżej 15 lat. Zdjęcia zostały skasowane lub rozpakowane na lokalizację inną niż dysk twardy. Biegły informatyk nie był w stanie stwierdzić, czy zbiory pliku źródłowego zostały usunięte automatycznie, czy też przez użytkownika komputera, ani ile upłynęło czasu między rozpakowaniem a skasowaniem. Dr A. wyjaśniał, że plik z pornografią mógł założyć ktoś z personelu szpitala, bo chirurg często pozostawiał komputer niezabezpieczony. Lekarza zbadali biegli seksuolodzy i psychiatrzy. Nie stwierdzono psychozy ani zaburzeń w sferze seksualnej. Z opinii wynikało, że jeżeli chirurg popełnił zarzucane mu czyny, to miały one charakter tzw. kontaktów seksualnych zastępczych. W takich sytuacjach dziecko nie jest partnerem najbardziej pożądanej erotyczności, lecz odgrywa rolę zastępczą.

– Aberracje seksualne o charakterze czynów, o które dr A. został oskarżony, są obce jego osobowości. Molestowanie małoletnich jest mało prawdopodobne – napisano w konkluzji. Skoro tak, wnioskowali śledczy, to należy zbadać wpływ leków na psychikę pacjentów dr. A. Po operacji odczuwali silne bóle, wtedy stosowano m.in. morfinę. Czy mogła mieć istotny wpływ na postrzeganie rzeczywistości? – zapytano biegłych z zakładu medycyny sądowej. Odpowiedź brzmiała: nie. W ich ocenie tego rodzaju leki wpływają na sprawność koncentracji uwagi chorego, natomiast nie powodują omamów ani urojeń. Morfina może wywoływać euforię, ale tylko u osób zdrowych.

To tylko badanie

Akt oskarżenia zarzucał torakochirurgowi A. molestowanie seksualne pięciu małoletnich pacjentów. Na pierwszej rozprawie A. odwołał złożone na policji wyjaśnienia, że dotykał chłopców w miejscach intymnych podczas koniecznego badania lekarskiego. Twierdził, że doglądał pacjentów w nocy, bo w szpitalu nie było odpowiedniego zespołu lekarskiego. A on od czasu, gdy pacjentka po zabiegu dostała w nocy krwotoku z żołądka i nikt nie dostrzegł w porę niebezpieczeństwa, co spowodowało w ciągu 30 min śmierć, zawsze bada brzuch pacjenta po operacji. W żadnym razie nie były to jednak gesty lubieżne. Sąd zważył, że odwołanie przez lekarza pierwotnych zeznań jest nie bez znaczenia dla oceny wiarygodności jego wyjaśnień. Z innych wypowiedzi lekarza wynikało, że miał świadomość niestosownego, jak sam określił, zachowania, przekroczenia pewnej granicy.

Sąd nie przyjął interpretacji oskarżonego, że chodziło mu o kontrolę drożności drenów lub sprawdzenie, czy nie ma stulejki. Tych czynności nie wykonuje się po ciemku po operacji, ale przed nią, aby w razie stwierdzenia patologii powstrzymać się od zabiegu. W grudniu 2011 r. sąd rejonowy skazał Jarosława A. na dwa lata i sześć miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem na pięć lat. Ponadto miał zapłacić 22,5 tys. zł grzywny i po 5 tys. zł zadośćuczynienia na rzecz trzech nieletnich: Krzysztofa K., Roberta W. i Artura P. Lekarz został uniewinniony od zarzutów rozpowszechniania zdjęć pornograficznych oraz molestowania Marcin W. i Daniel Z. W przypadku tych dwóch chłopców sąd miał wątpliwości co do jednoznacznie seksualnego kontaktu lekarza z pacjentem. Nie bez znaczenia było i to, że 13-letni Z. zdradzał skłonności do ubarwiania relacji. W prokuraturze twierdził, że odepchnął oskarżonego i wybiegł na korytarz po tym, co mu lekarz zrobił. W sądzie zaprzeczył, aby z krzykiem uciekł z gabinetu. Relacja Marcina W. wzbudziła nieufność zespołu sędziowskiego, gdyż w pewnych fragmentach była kalką zeznań Daniel Z. Apelacje zarówno prokuratora, jak i obrońcy lekarza zostały odrzucone.

Z mniejszą surowością

Toczyło się również postępowanie z urzędu przed sądem lekarskim. Dr A. nadal twierdził, że jest niewinny. Podkreślał swoje skrajne wyczerpanie w tamtym czasie; z braku innych lekarzy specjalizujących się w torakochirurgii był zdany tylko na siebie, co oznaczało odpowiedzialność na granicy ryzyka. Faktycznie źle zrobił, dotykając pacjentów po ciemku, bez asysty pielęgniarki, ale to wynikało z chęci upewnienia się, czy nie ma komplikacji po zabiegu. Owszem, posadził sobie na kolanach 14-letniego Artura P. – zrobił to odruchowo, gdyż ma dziewięcioletnią córkę, z którą w ten sposób bawi się w gry komputerowe. – Często wpuszczałem dzieci do dyżurki, bo w klinice nie było dla nich świetlicy – tłumaczył. – Chciałem dostarczyć im rozrywki, tak cierpiały. Dlaczego miałbym się tak zachować wobec jednego pacjenta, podczas gdy inne dzieci też wchodziły do dyżurki?

Przed sądem lekarskim obwiniony skarżył się na niezrozumienie i ignorancję prokuratora, który na rozprawie twierdził, że nie widzi uzasadnienia dla badania narządów moczowo-płciowych u pacjentów poddanych operacji na klatce piersiowej. Tymczasem wezwani na świadków torakochirurdzy nie byli w tej kwestii jednomyślni. – W pediatrii badanie ogólne narządów moczowo-płciowych jest obligatoryjne – przypomniał dr A. Doktor się żalił, jak bardzo proces i wyrok skomplikowały mu życie.

– Przestałem pracować jako chirurg – mówił. – Szpital w Ch. zrezygnował z moich usług, a z klinicznego centrum torakochirurgii odszedłem sam, napiętnowany przez środowisko. Sąd nie pozbawił mnie wprawdzie prawa wykonywania zawodu, jednak z uwagi na wąską specjalizację mam ograniczone możliwości zatrudnienia w miejscu zamieszkania. Dla świadomości społecznej nie jest ważne, że część zarzutów została oddalona. Mam winę taką, jaka mi została przypisana w oskarżeniu prokuratorskim i powtórzona w tabloidach. Okręgowy rzecznik odpowiedzialności zawodowej nie przyjął tłumaczeń dr. A., że dotykanie nieletnich pacjentów w miejsca intymne było elementem badania. Domagał się ukarania torakochirurga za doprowadzenie trzech chłopców do wielokrotnego poddania się czynnościom seksualnym, czym sprzeniewierzył się etyce lekarza. Wnosił o karę zawieszenia wykonywania zawodu na trzy lata.

W marcu 2013 r. Naczelny Sąd Lekarki obniżył karę do sześciu miesięcy.

Okładka tygodnika WPROST: 28/2013
Więcej możesz przeczytać w 28/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także