Bez znieczulenia

Bez znieczulenia

Dodano:   /  Zmieniono: 
Stetoskop, kajdanki.
Stetoskop, kajdanki. / Źródło: Fotolia / Autor: RioPatuca Images
Dlaczego procesy trwają dziesięć lat? Bo sąd czeka na kolejne opinie biegłych lekarzy. A te często są byle jakie.

Zobaczyła tuż nad sobą twarz męża. Nie od razu usłyszała, co mówił, choć poruszał wargami. Wreszcie do niej dotarło: – „Mamy śliczne córki”. – Przecież jest tylko jedna, Klaudia – wyszeptała z trudem Barbara P. – Urodziłaś drugą. Dwa miesiące byłaś w śpiączce… Postanowili, że drugie, wymarzone dziecko, które miało przyjść na świat w październiku 2003 r., urodzi się „po ludzku”, czyli w warszawskiej prywatnej klinice. – Po północy – wspomina mąż Barbary – zauważyłem, że anestezjolog dr O., dyrektor kliniki, naciska górną część brzucha żony, co miało przyspieszyć poród. Kilka minut później urodziła się córka. O wpół do drugiej lekarze odjechali do domów, zostały tylko pielęgniarki. Chciałem podciągnąć żonę na łóżku. Gdy odkryłem kołdrę, zobaczyłem pełno krwi. To był alarm, również dla ściągniętych do kliniki lekarzy. Żonę zabrano najpierw na salę zabiegów. A o 9 rano została zawieziona do szpitala publicznego.

– Stan pacjentki był krytyczny – zeznała trzy lata później przed sądem ordynator oddziału intensywnej terapii w tym szpitalu. Chorą przywieziono nieprzytomną, z pękniętą macicą, która musiała zostać natychmiast usunięta. Neurolog wskazywał na możliwość uszkodzenia mózgu na skutek niedotlenienia.

Krzywdzące oskarżenie

32-letnia Barbara P. przeszła cztery operacje. Gdy po dwóch miesiącach opuszczała szpital, mogła się poruszać tylko na wózku. Prokuratur oskarżył właściciela prywatnej kliniki dr. O. oraz zatrudnioną tam ginekolog dr Anetę T. o spowodowanie ciężkiego, nieodwracalnego uszczerbku na zdrowiu pacjentki. Ponieważ lekarze nie przyznawali się do żadnego z zarzucanych im czynów, sąd powołał biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej w Białymstoku. Opinia nadeszła po kilku miesiącach. Biegli jako przyczynę skrajnie ciężkiego stanu kobiety uznali pęknięcie macicy w końcowej fazie porodu. Niestety, w prywatnej klinice nikt tego nie rozpoznał.

W terminarzu rozpraw nastąpiła ponadroczna przerwa. Po wznowieniu postępowania sąd postanowił wezwać na rozprawę ginekologów z Białegostoku, aby zadać im dodatkowe pytania. Biegli zaprzeczyli temu, co wcześniej stwierdzili w opinii. Tylko jeden zarzut został podtrzymany: decyzja o operacji powinna nastąpić natychmiast po ponownym załamaniu się stanu pacjentki o godz. 6 rano. Tymczasem chora dotarła do publicznego szpitala ponad trzy godziny później.

Oskarżeni postarali się o jeszcze jedną opinię biegłego – tym razem prywatną – konsultanta wojewódzkiego w dziedzinie ginekologii i położnictwa. Prof. W. nie miał żadnych zastrzeżeń do opieki nad pacjentką, również podczas dwóch pierwszych godzin po porodzie. „Oskarżenie dr. O. i dr T. o pozbawienie pacjentki zdolności płodzenia w sytuacji, gdy trzeba było ratować życie, uważam za krzywdzące” – orzekł. Cztery lata po pierwszej opinii z Białegostoku od tych samych biegłych nadeszły jeszcze na żądanie sądu wnioski uzupełniające. Stwierdzili, że utrata zdrowia pacjentki jest następstwem trudnych do przewidzenia powikłań, które nie powinny obciążać personelu medycznego.

Wobec tego, że ginekolodzy z Białegostoku raz po raz zmieniali zdanie, sąd postanowił zasięgnąć opinii innych biegłych. Poszukiwanie chętnych trwało trzy lata, co spowodowało kolejną przerwę w procesie. Nadszedł rok 2010. Młodsza córka państwa P. poszła do pierwszej klasy, gdy do sądu nadeszła oczekiwana opinia trzech biegłych ginekologów z Krakowa. Nie byli jednomyślni. Zdaniem dwóch profesorów oskarżeni dopuścili się błędu lekarskiego, ale trzecia biegła nie podpisała się pod tym wnioskiem. Sąd musiał wybierać.

W marcu 2011 r., osiem lat po tragicznym wydarzeniu, dr Aneta T. została uznana za winną nieumyślnego spowodowania u pacjentki poważnych komplikacji zdrowotnych. Otrzymała karę grzywny. Właściciela kliniki sąd uniewinnił. Sąd Najwyższy nakazał ponowne rozpoznanie sprawy w sądzie niższej instancji. Tam również dr O. został uznany za winnego. Oczywiście złożył apelację, która jeszcze nie została rozpatrzona. I tak dziesięć lat po tragedii sprawa wraca do punktu wyjścia. – Miałam ochotę stanąć przed budynkiem sądu i krzyczeć, kiedy to się skończy – wyznała mi Barbara P.

Mec. Piotr Rychłowski: – Medycyna to wiedza tajemna dla przeciętnego człowieka i nasz, adwokatów, problem polega na tym, jak wnikliwie i z czyją pomocą jesteśmy w stanie zweryfikować opinię biegłego, która obciąża naszego klienta. W sądach powszechnych prokurator często korzysta z ekspertyz zgromadzonych w danej sprawie przez sądy lekarskie. A sędziowie odpowiedzialność za rozsądzenie o winie zrzucają na biegłych.

Problem się pojawia, kiedy mamy do czynienia z dwiema sprzecznymi opiniami. Wówczas najczęściej sąd powołuje trzeciego biegłego i dokonuje matematycznego rozstrzygnięcia: np. jest dwa do jednego, zatem większość ma rację, kończymy postępowanie. Taka taktyka nie zawsze i nie do końca usuwa wątpliwości merytoryczne. – Na tym polega rola obrońcy lub pełnomocnika – przypomina adwokat Katarzyna Gajowniczek-Pruszyńska. – W interesie ich klientów jest wypunktowanie ewentualnych wadliwości opinii i wnioskowanie o kolejną, nawet jeśli może to przedłużyć procedowanie. – Jeszcze gorzej się dzieje – dodaje pani mecenas – gdy biegli, niefortunnie zapytani przez prowadzącego postępowanie, wykraczają poza swoje kompetencje i wypowiadają się na temat kwalifikacji prawnej czynu. Jest to błąd nie do zlekceważenia przez strony procesowe, wszak od kwalifikacji prawnej czynu wiele zależy. Na przykład w sprawach o pobicie kwalifikacja decyduje, czy sprawca będzie ścigany z oskarżenia prywatnego, czy też uruchamia się całą machinę oskarżenia publicznego.

Sala rozpraw to nie uniwersytet

A co się dzieje, gdy opinie biegłych są na tyle niejasne, że sąd może je różnie interpretować? Ośmioletnia Iwonka, bawiąc się na podwórku, nagle straciła przytomność. W szpitalu na oddziale neurologii lekarz dyżurny Stefan N. uznał, że jest to objaw cukrzycy. W nocy do dziecka nie zaglądał. Gdy rano dziewczynka zaczęła sinieć, na krzyk matki zareagował już inny lekarz. Badanie głowy tomografem ujawniło tętniaka. Po operacji dziecko nie odzyskało przytomności. Zmarło trzy tygodnie później.

Prokurator zwrócił się o opinie do biegłych sądowych. Jeden uznał, że lekarz z nocnego dyżuru popełnił błąd w sztuce lekarskiej, bowiem tomografię komputerową należało wykonać w trybie pilnym. Z kolei adwokat oskarżonego podparł się opinią pediatry z izby przyjęć, też biegłej, która nie widziała powodu do zlecenia tego badania. Sędzia postanowił powołać kolejnego biegłego. Między specjalistami doszło do ostrej wymiany zdań. Ich opinie nie tylko się różniły w ocenie postępowania oskarżonego, ale też każda z nich była sprzeczna wewnętrznie.

Mimo to zapadł wyrok skazujący – osiem miesięcy pozbawienia wolności z zawieszeniem na cztery lata. W wyniku apelacji sprawa została przekazana do ponownego rozpatrzenia. W kolejnym procesie sąd znowu uznał dr. N. za winnego. Ponowna apelacja przyniosła lekarzowi uniewinnienie. Ale prokurator się odwołał, wyrok został uchylony i sprawa wróciła do sądu niższej instancji. Sąd rejonowy (w innym składzie) uznał dr. Stefana N. za winnego. Zatem znów apelacja (wszystkich stron procesowych), w wyniku której lekarz został po raz drugi uniewinniony. Pozostała już tylko kasacja do Sądu Najwyższego. Złożył ją rzecznik praw obywatelskich. Sąd Najwyższy podzielił zarzuty rzecznika dotyczące biegłych lekarzy: „Opinie obu profesorów neurologów nawet po ich uzupełnieniu i skonfrontowaniu trudno uznać za jasne i pełne”. Sprawa wróciła do sądu okręgowego. Tak więc wszystko zaczyna się od nowa. Od śmierci Iwonki minęło osiem lat.

Mec. Piotr Rychłowski: – O dużej odwadze sędziego będzie świadczyć, jeśli powie: nie wiem. Ale to się zdarza bardzo rzadko. Bronię chirurga ortodontę oskarżonego przez jego pacjentkę o nieumyślną, ale bardzo poważną szkodę na zdrowiu. Na rozprawie staraliśmy się wyjaśnić mechanizm tego tragicznego zdarzenia. Przygotowaliśmy odpowiednie plansze, obrazujące przebieg operacji. Niestety, sąd nie chciał o tym słyszeć, bo sala rozpraw to nie miejsce na wykłady akademickie.

Drukarka ledwo chodzi

Pacjent wieziony karetką bez lekarza z warszawskiej kliniki do szpitala powiatowego zmarł w drodze na skutek ostrej niewydolności krążeniowo-oddechowej. Gdy opuszczał klinikę, jego stan zdrowia oceniono jako dobry, dlatego pojechał tylko z sanitariuszem. Sprawa niespodziewanej śmierci trafiła do sądu z oskarżenia publicznego. Prokurator zwrócił się o opinie do biegłych. Z Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu przyszła odpowiedź, że nie są w stanie przygotować opinii w oczekiwanym terminie, gdyż nie mają pieniędzy na kupno nowej drukarki. A stara ledwo chodzi. Zakład Medycyny Sądowej w Łodzi miał sprawny sprzęt, ale bardzo dużo zleceń, tak że mogli podpisać umowę z terminem wykonania za dwa lata. Prokuratura nie miała wyjścia – trzeba było poczekać.

Na pytanie, czy stan zdrowia pacjenta pozwalał na jego transport z Warszawy do szpitala w Wyszkowie, odpowiedź z Zakładu Medycyny Sądowej w Łodzi brzmiała: nie. Pacjenta należało zostawić w klinice. Ta opinia przesądziła o postawieniu dr. Jerzemu U. zarzutu nieumyślnego spowodowania śmierci. Przerzucanie się aktami z sądów rejonowych trwało trzy lata. Sam proces dwa lata – w tym czasie nie dało się uzyskać wspólnego mianownika dla opinii biegłych z dwóch ośrodków klinicznych. Sąd wybrał opcję korzystną dla oskarżonego i zapadł wyrok uniewinniający. Prokurator złożył apelację, sprawa wróciła do sądu rejonowego, gdzie powołano kolejnego biegłego, tym razem z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Nowa opinia nie wyjaśniła podnoszonych wątpliwości. „Trudno jednoznacznie stwierdzić” – napisał biegły – „czy postępowanie z pacjentem na poszczególnych etapach leczenia było prawidłowe”. W 2012 r., po ośmiu latach od oskarżenia dr. U., proces dobiegł końca. Prokurator zażądał roku pozbawienia wolności i zakazu wykonywania zawodu przez dziesięć lat. Sąd uniewinnił lekarza. Wyrok się uprawomocnił. Ale z sali sądowej nikt nie wychodził usatysfakcjonowany.

– Opinie kilku biegłych w tej samej sprawie mogą się wykluczać, szczególnie w medycynie – twierdzi dr Wojciech Łącki, prezes Naczelnego Sądu Lekarskiego. Najczęściej wynika to z różnej interpretacji np. wyników badań. Poza tym jakość opinii zależy w dużej mierze od pytań, jakie zadaje zleceniodawca.

Mec. Gajowniczek-Pruszyńska, która z biegłymi lekarzami ma do czynienia na co dzień, uważa, że opinie w sprawach pospolitych, na przykład jeśli doszło do obrażeń ciała w wyniku pobicia, wpływają ostatnio dość szybko. Kłopot może być, gdy chodzi o bardziej skomplikowane przypadki. W każdym razie jej zdaniem biegli mogą dziś w większym stopniu korzystać z narzędzi pomocnych do postawienia diagnozy, a także są monitowani przez organa ścigania lub sąd. – Przewlekłość procesów sądowych wynika raczej z konieczności poszukiwania specjalistów z poszczególnych dziedzin medycyny – zauważa pani mecenas. – Sędziowie narzekają, że brakuje biegłych z ortopedii, traumatologii, neurologii. Czyli tych, którzy oceniają stan zdrowia pokrzywdzonego w częstych sprawach, na przykład wypadków drogowych. Nastąpiła wymiana pokoleniowa, odeszli wieloletni eksperci, a młodzi zwykle są tak zapracowani, że szkoda im czasu na uczestniczenie w postępowaniach sądowych.

Środowisko biegłych nie jest też wolne od korupcji. Przed warszawskim sądem okręgowym toczy się właśnie proces osób, które zorganizowały w Centrum Chirurgii i Rehabilitacji „Stocer” „szybką ścieżkę” prowadzącą na stół operacyjny, tyle że dla zasobnych w grube portfele gangsterów i defraudantów. I wcale nie chodziło o ratowanie ich zdrowia, lecz o uniknięcie więzienia. Zdaniem prokuratury proceder przebiegał następująco: warszawski adwokat Robert D. przesyłał do sądu kolejne wnioski o odroczenia wykonania kary, dowodząc, że jego klient ma chory kręgosłup i istnieje podejrzenie guza mózgu. Klientów naganiał mu notoryczny oszust Konrad T. Niezgodne z prawdą dokumenty podbijał w Stocerze pieczątką zastępcy ordynatora dr Krzysztof J. Następnie składała pod nimi swój podpis przekupiona biegła sądowa dr Maria Ż. Sfałszowany opis rezonansu magnetycznego mózgu i kręgosłupa szyjnego rzekomo chorego pacjenta Konrad T. załatwiał u dwóch skorumpowanych radiologów z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

Pustawo, bo idą święta

W przekonaniu wielu pokrzywdzonych wyroki sądów, zwłaszcza korporacyjnych, są zbyt łagodne. Taką opinię usłyszałam na przykład od rodziców Martynki. Był rok 2009, trzy dni przed Wielkanocą. Do gabinetu zabiegowego oddziału chirurgii dziecięcej Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach przywieziono półtoraroczną Martynkę K. Dziewczynka jest karmiona dojelitowo, rano matka zauważyła, że wysunęła się sonda gastrostomijna. Trzeba założyć nową. Zajmuje się tym dr Grażyna W. Poszerza otwór w powłokach jamy brzusznej, wkłada znacznie grubszy cewnik i każe niemowlę nakarmić.

Dziecko wraca do domu. Widać, że cierpi i z minuty na minutę jest coraz gorzej. Spanikowani rodzice, podejrzewając, że cewnik nie trafił do żołądka, wracają do szpitala. Mała pacjentka pozostaje na obserwacji. Tego dnia nikt już jej nie bada, na oddziale jest tylko jeden lekarz. Pustawo, bo idą święta. Upłynęło już 36 godzin od włożenia nowej sondy. Dziecko jest nieprzytomne. Zapada decyzja o operacji. Chirurg widzi, że rurka przebiła ścianę żołądka, rozwinęło się ropne zapalenie otrzewnej. Sześć dni później dziewczynka umiera w ogromnych cierpieniach. Państwo K. wystąpili do Śląskiej Izby Lekarskiej ze skargą na lekarzy zajmujących się ich dzieckiem. Żaden nie widział swojej winy.

Okręgowy rzecznik odpowiedzialności zawodowej postanowił o dopuszczeniu jako dowodu, opinii biegłego z zakresu chirurgii dziecięcej prof. D. Ten, oceniając postępowanie dr Grażyny W., zauważył z niezmierną ostrożnością, „że nie wszystkie okoliczności zostały wzięte pod uwagę”. Wobec tak enigmatycznej oceny Okręgowy Sąd Lekarski powołał kolejnego biegłego – chirurga dziecięcego, również profesora, z Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Biegły uznał, że nie można nikogo z lekarzy obarczyć odpowiedzialnością za przebicie do otrzewnej, bo niemożliwe jest jednoznaczne ustalenie, dlaczego tak się stało.

Następnie rzecznik zwrócił się o opinię do specjalisty z oddziału leczenia żywieniowego Szpitala Dziecięcego w Krakowie. – W postępowaniu dr Grażyny W. – orzekł powściągliwie biegły – zabrakło przewidywania wszystkich możliwości wystąpienia powikłań. Naganny był duży pośpiech, z jakim „załatwiono” problem z urwaną rurką gastrostomijną. Podobna opinia nadeszła z Zakładu Medycyny Sądowej w Bydgoszczy.

W lipcu 2011 r. dr Grażyna K. została ukarana upomnieniem. Rodzice Martyny K. odebrali wyrok sądu korporacyjnego z goryczą. Ich zdaniem niski wymiar kary świadczył o zbyt pobłażliwym potraktowaniu postępowania lekarki, która cały czas demonstrowała wielką pewność siebie i niewrażliwość na cierpienie dziecka. Opinia biegłego, który posługuje się wiedzą specjalistyczną, nieznaną sądowi, ma wyjaśnić, czy zostały naruszone zasady wykonywania zawodu lekarza lub zasady etyki lekarskiej. To do sądu należy ostateczne rozstrzygnięcie co do winy bądź jej braku.

Nic natomiast sądzący nie mogą poradzić na zbyt małą liczbę biegłych, niską jakość opinii (co może wynikać z małego wynagrodzenia), długi czas oczekiwania na ich sporządzenie czy trudności z przesłuchaniem biegłych w sądach w określonych terminach. A to wszystko wpływa na przewlekłość postępowania procesowego.

* Imiona poszkodowanych zostały zmienione

Okładka tygodnika WPROST: 5/2014
Więcej możesz przeczytać w 5/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także