Wiecie, rozumiecie

Wiecie, rozumiecie

Dodano: 2
Wiecie, rozumiecie
Wiecie, rozumiecie / Źródło: Helena Kowalik
Prominenci PRL na Śląsku budowane dla nich wille traktowali jako polecenie partyjne.

Marzec, 1981 r. Wychodząca w Katowicach „Trybuna Robotnicza” drukuje artykuł Tadeusza Biedzkiego pod tytułem „Rachunek dla bezkarnych”. Mowa w nim o bulwersujących wynikach kontroli NIK przeprowadzonej w śląskich przedsiębiorstwach budowlanych i w urzędzie wojewódzkim. Okazuje się, że w latach 70. na Śląsku zostały wybudowane dla partyjnych prominentów luksusowe wille, za które nie musieli płacić, notarialnie nie byli bowiem wówczas ich właścicielami. Nazwiska beneficjentów:

I sekretarz KW PZPR Zdzisław Grudzień, wicepremier Tadeusz Pyka, sekretarz ekonomiczny KW Zdzisław Legomski, wicepremier Jan Szydlak, minister górnictwa Włodzimierz Lejczak i przede wszystkim – I sekretarz KC Edward Gierek z synami. Rozmawiający z reporterem dyrektor jednego z przedsiębiorstw budowlanych zaprzęgniętych do budowy dwusegmentowej willi Zdzisława Grudnia i Adama Gierka mówi o zniewoleniu go przez zwierzchników. Kierownik budowy opowiada zaś o luksusach w wyposażeniu domu: różowych marmurach spawanych srebrem, sanitariatach kupowanych w Austrii i wysyłanych do Katowic pocztą dyplomatyczną przez radcę ambasady w Wiedniu, saunach, kryształowych lustrach i boazeriach z modrzewia tak dobranego, aby nie było ani jednego sęka. U Grudnia sadzono dwudziestoletnie drzewa przywiezione z parku. Operację wykonał specjalnie zakupiony na Zachodzie dźwig, którego godzina pracy kosztowała 600 zł (ówczesna średnia pensja to 4 tys. zł). – Najgorsze, że musieliśmy wszystko w sobie dusić – dodaje inżynier z tego przedsiębiorstwa – Bo kogo alarmować? Gierka, który często mówił o potrzebie zwalczania prywaty? Biedzki kończy artykuł pytaniem, dlaczego ci, którzy nas okradli, nie stoją przed sądem. Publikację przedrukowuje większość gazet w Polsce. Wkrótce potem prokuratura wojewódzka ma gotowy akt oskarżenia. Zarzuty niegospodarności w wydawaniu państwowych pieniędzy i służalczego spełniania życzeń partyjnych prominentów „kosztem dóbr należnych społeczeństwu” otrzymują: Stanisław Kiermaszek, były wojewoda, i Zdzisław Tabaszewski, były dyrektor naczelny Katowickiego Przedsiębiorstwa Budownictwa Przemysłowego. Zapowiedziano, że Edward Gierek, Tadeusza Pyka, Jan Szydlak i Zdzisław Legomski będą sądzeni osobno. Nigdy do tego nie doszło.

Składka na Dezembra

Główny oskarżony, były wojewoda, nie przyznaje się do winy, ale w śledztwie składa obszerne wyjaśnienia. Na pytanie prokuratora, jak to było z przekazaniem prawie 4 mln zł na remont własności prywatnej Edwarda Gierka w Katowicach, odpowiada, że nigdy nie wydał takiego polecenia Miejskiemu Przedsiębiorstwu Gospodarki Mieszkaniowej w Katowicach. Skoro coś podpisał, to widocznie podłożono mu podstępem. Jednakże konfrontacja z dyrektorem MPGM obciąża byłego wojewodę. Świadek twierdzi, że Stanisław Kiermaszek mówił mu o konieczności przeprowadzenia remontu domu Gierków w Katowicach najpierw przez telefon, a potem wydał na piśmie polecenie zapłaty 4 mln zł. Prawdomówność dyrektora poświadcza kierownik pracowni architektury w urzędzie miasta, któremu wojewoda zlecił przygotowanie dokumentacji przebudowy i remontu domu Edwarda Gierka. Kolejne pytanie w czasie przesłuchania dotyczy willi dla Edwarda Gierka w Ustroniu Śląskim. – Było tak – wyjaśnia oskarżony – syn I sekretarza KC Adam Gierek zlecił Katowickiemu Przedsiębiorstwu Budownictwa Przemysłowego postawienie w tej wypoczynkowej miejscowości domu dla jego rodziców. Zdzisław Tabaszewski, dyrektor KPBP, zaszczycony wyborem jego firmy, przedstawił koszty budowy – około 850 tys. zł. O tym, że z czasem urosły do 1 mln 794 tys. zł, nie wiedziałem, w fakturach nie było śladu. Ale nie dziwię się. Tabaszewski był najbardziej zaufanym budowlańcem w całym województwie, gdy chodziło o prowadzenie nielegalnych inwestycji. Chociaż zlecenie dotyczyło własności prywatnej, on brakujące na budowę 500 tys. zł dostał z funduszu Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku. Kilka lat później w willi zaczął przeciekać dach, a towarzysz Gierek akurat wybierał się do Ustronia na wypoczynek. – O przeprowadzenie remontu poprosił mnie premier Jaroszewicz – zeznaje były wojewoda. – Polecenie doprowadzenia domu I sekretarza KC do porządku wydałem Tabaszewskiemu. Kiedy koszty obliczono na około 20 tys. zł, uznałem, że taki wydatek z konta wykonawcy na rzecz najwyższej władzy partyjnej w Polsce nie będzie przestępstwem. Potem dyrektor przyszedł do mnie z fakturami na ponad 240 tys. zł. Co miałem robić? Kazałem uregulować, tyle tylko, że mu nagadałem. W połowie lat 70. Zdzisław Grudzień chciał się przeprowadzić do innej dzielnicy Katowic, bo jego dom znalazł się blisko torów tramwajowych. W urzędzie wojewódzkim zaproponowano mu osiedle, gdzie już mieszkał w swej posiadłości Edward Gierek z żoną i młodszym synem Jerzym. „Dezember”, jak powszechnie nazywano na Śląsku I sekretarza wojewódzkiego, zaaprobował projekt zbudowania dla niego willi w pobliżu domu Gierka (choć go nie lubił), ale postawił warunek – chciałby mieć w sąsiedztwie jeszcze innych zaufanych towarzyszy. W magistracie zdecydowano, że przy ulicy Drozdów powstanie bliźniak. W jednym segmencie zamieszka Grudzień, w drugim profesor Adam Gierek. Na wykonawcę wyznaczono Przedsiębiorstwo Budownictwa Węglowego, którego dyrektorem był Lesiecki. Inwestorem została Okręgowa Dyrekcja Rozbudowy Miasta w Katowicach. – Postawienie bliźniaka za państwowe pieniądze zlecił mi premier Jaroszewicz w czasie pobytu w Katowicach, ale zastrzegł, że koszty nie mogą przekroczyć 7 mln zł – informuje prokuratora przesłuchiwany Stanisław Kiermaszek. Kierownikiem budowy został inżynier W. On też jest przesłuchiwany w śledztwie. Zeznaje: – Dyrektor nie powiedział, kto będzie użytkownikiem, budynki były zaszyfrowane, jako P i S. Zorientowałem się, że S oznacza sekretarza Zdzisława Grudnia, a P prof. Adama Gierka. Chciałem się upewnić, czy jest zezwolenie na budowę. Dyrektor tylko popatrzył na mnie z niesmakiem. A obecny przy tej rozmowie architekt przestrzegł, że ewentualne niedociągnięcia w wykonaniu inwestycji zostaną potraktowane jako sabotaż. Grudzień chciał jak najszybciej wprowadzić się do nowego domu. Na budowie zarządzono prace na cztery zmiany. Nocna zajmowała się suszeniem mokrych tynków sprowadzonymi za dewizy dmuchawami. Normalnie taki dom sprawne przedsiębiorstwo w Polsce buduje rok, ale towarzysz Grudzień chciał widzieć wiechę na dachu po trzech miesiącach. Na święta Bożego Narodzenia dom musiał być gotowy. Słowo „musi” załoga słyszała na każdym kroku. Roboty prowadzono za wysokim płotem, pod czujnym okiem funkcjonariuszy ochrony. – 23 grudnia 1976 r. – wspomina kierownik budowy – dyrektor Lesiecki kazał mi usunąć z placów wszystkich pracujących, bo przyjedzie towarzysz Grudzień. Jeden segment był prawie wykończony, ale ściany mokre. Sugerowaliśmy, aby budynek postał pusty przez dwa-trzy tygodnie. Sekretarz się zdenerwował, kazał nam się wynosić, jego ludzie z ochrony zajęli się przeprowadzką. Postawił na swoim, a my miesiąc później wymienialiśmy w tym domu boazerię i parkiet, bo zbutwiały.

Następnie ekipa budowlana zabrała się do dokończenia segmentu dla prof. Adama Gierka. Tam już nikt ich nie poganiał. Ale pojawił się inny problem – braku pieniędzy na dalszą budowę. Cały bliźniak kosztował ponad 27 mln zł. – Zadzwoniłem do towarzysza Grudnia – zeznaje Stanisław Kiermaszek – że jest problem, na przekroczenie limitu 7 mln zł trzeba mieć zgodę Warszawy. A on mi nawymyślał – że nie potrafię załatwić najprostszej sprawy i skoro jestem tak nieudolny, to zwalnia mnie z tego zadania, teraz będzie je prowadził towarzysz Legomski. Czułem wiszącą nade mną dymisję. Z inicjatywy KW ogłoszono zbiórkę pieniędzy z państwowych przedsiębiorstw. Najwięcej, bo 15 mln zł, udało się uszczknąć z inwestycji „Murckowska” – budowy drogi z Katowic do Tychów. Ostatnie brakujące 3 mln wykonawca wpisał sobie do strat. Gotowe budynki przekazano komunalce. Na fakturach ich wartość wynosiła 4 mln zł.

Kopalnia dobry Wujek.

Grudzień miał kolejne życzenie: wiecie, rozumiecie, trzeba, aby w pobliżu stanęły jakieś domy i zasłoniły mój segment od głównej ulicy. Sam wyznaczył, kogo chce za sąsiada: sekretarza ekonomicznego KW Zdzisława Legomskiego i wicepremiera Tadeusza Pykę. Kiermaszek na pytanie, kto zapłaci ze te inwestycje, usłyszał, że Legomski załatwił wszystko z wicepremierem Tadeuszem Wrzaszczykiem. Pieniądze weźmie się z puli przeznaczonej na przebudowę ulicy Murckowskiej. Przesłuchiwany w charakterze świadka dyrektor Przedsiębiorstwa Budownictwa Przemysłu Węglowego tłumaczy: – Na moim stanowisku sprzeciwianie się sekretarzowi partii byłoby samobójstwem. Wiosną 1977 r. inżynier został ponownie wezwany do gabinetu dyrektora Lesieckiego. Usłyszał od szefów, że skoro dobrze mu poszło ze zleceniem dla Grudnia, zostanie kierownikiem budowy następnych dwóch prominenckich willi: dla ministra górnictwa Włodzimierza Lejczaka i jego zastępcy. Im też się spieszy. Chcą się wprowadzić za pięć miesięcy. – Błagałem o zwolnienie mnie z tej funkcji, po harówie na budowie przy Drozdów byłem wykończony. Nawet nie chcieli słuchać. Inwestorem obiektów, które miały kosztować 6 mln zł, była kopalnia Wujek. Potem się okazało, że koszty zostały przekroczone dwukrotnie, samo wyposażenie wnętrza dla ministra pochłonęło 770 tys. zł. Do zakupienia za państwowe pieniądze przedstawił spis kilkuset przedmiotów, była tam nawet szczotka do butów. Listę sąsiadów Grudnia zamknęła rodzina wicepremiera Jana Szydlaka. On z żoną i szwagier Ludwik B. Ten drugi tak wyjaśnia swoje uwikłanie w prominenckie inwestycje: – Mąż mojej siostry z racji sprawowanej funkcji wicepremiera został oddelegowany do Warszawy, ale na starość chciał wrócić w rodzinne strony, na Śląsk. Zaproponował mi, abyśmy razem postawili bliźniak. Mój udział finansowy miał się zamknąć kwotą 500 tys. zł. Miałem 400 tys., resztę wpłaciła za mnie siostra. Sześć lat później, pod koniec 1980 r., gdy szwagier został pozbawiony wszystkich funkcji, z Przedsiębiorstwa Budownictwa Przemysłowego otrzymaliśmy obaj fakturę na 600 tys. zł. Z pisma wynikało, że w 1975 r. nasz bliźniak został taką kwotą dofinansowany z funduszu budowy Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie. Siostra mi powiedziała: Ludwik, czasy się zmieniły, trzeba dopłacić. I tak zrobiliśmy. Kończąc składanie zeznań, dyrektor Lesiecki wiele mówi o swoim udręczeniu z powodu spełniania wygórowanych życzeń władz wojewódzkich. Ale jego podwładni twierdzą, że szef robił wszystko, aby przypodobać się wojewodzie i KW; nawet w nocy doglądał budowy, a gdy nadszedł czas urządzania wnętrza, sam chodził do sklepów. Przesłuchiwany sekretarz Legomski zaklina się zaś, że nie wiedział, na jakiej zasadzie była prowadzona budowa przydzielonej mu willi przy ulicy Różyckiego. Wcale nie chciał tam zamieszkać, niczego nie uzgadniał z wicepremierem Wrzaszczykiem i nie wydawał poleceń Kiermaszkowi.

Gdzie te marmury

Jeszcze przed procesem, zaraz po ukazaniu się artykułu Tadeusza Biedzkiego, prof. Adam Gierek napisał dementi do „Trybuny Śląskiej”. Wyjaśnił, że bliźniak przy ulicy Drozdów jest własnością miasta, za zajmowanie go płaci wyznaczony czynsz, a do przeprowadzki pod ten adres został zmuszony przez Biuro Ochrony Rządu. Ponieważ zajął z żoną dom kwaterunkowy, nie informowano go co do sposobu inwestowania i realizacji. Zaprzeczył istnieniu we wnętrzu różowych marmurów spawanych srebrem i sauny. Nikt nie kupował im mebli ani firan, nawet malowanie ścian to już była ich inwestycja, mają na to rachunki. Proces byłego wojewody i dyrektora przedsiębiorstwa budowlanego zaczął się z opóźnieniem, pod koniec 1982 r., bo sądy w kilku miastach przerzucały sobie akta jak gorący kartofel. Stanęło na Krakowie. Kiermaszek na rozprawie: – Skłamałem, mówiąc, że Piotr Jaroszewicz polecił mi wybudowanie willi dla Gierka. To była inicjatywa ówczesnego wojewody Jerzego Ziętka. Dyrektora Tabaszewskiego, który dzielił z nim ławę oskarżonych, przeprosił za pomówienie go w śledztwie o służalczość wobec władz, nawet za cenę omijania prawa. Śląskie władze przedstawił zgodnie z krążącym w Warszawie powiedzeniem, że rządzą jak w Katandze. O Grudniu, że w 1979 r., rywalizując o popularność z Gierkiem, kazał zbudować drugi Spodek – ogromną salę widowiskową. Oficjalna jej nazwa to Centrum Doskonalenia Kadr Kierowniczych, ale potocznie mówiło się Dezember Palast. Pieniądze na tę inwestycję zabrał z budowy Huty Katowice i Narodowego Funduszu Zdrowia. Ponadto kazał każdemu z 300 tys. członków partii w województwie wpłacać na centrum 10 proc. od swych zarobków. Gierek w przekonaniu Kiermaszka nie dorósł do roli I sekretarza KC. Dlatego on nie chciał się bratać z takim towarzystwem, fotel wojewody objął tylko dlatego, że było to polecenie partyjne. Urzędował zaledwie trzy lata – w maju 1978 r. został odwołany, bo powątpiewał w sens budowy Dezember Palast. Kiedy to dotarło do Grudnia, sekretarz powiedział mu, że „powinien się leczyć albo przejść do dyplomacji”. Na stanowisko wojewody powołano Zdzisława Legomskiego.

Stanisław Kiermaszek nie doczekał końca procesu. W sierpniu 1983 r. zmarł, mając 57 lat. Drugi oskarżony wobec niemożności udowodnienia mu, że nie działał pod przymusem, został uniewinniony. W wydanej w 2012 r. książce Dariusza Kortko i Judyty Watoły pt. „Czerwona księżniczka” o Ariadnie Gierek, synowej I sekretarza PZPR, jej szwagier Jerzy Gierek zwierza się, jaki spotkał go los po odsunięciu ojca od władzy. „Zostałem oskarżony, że koło Zwardonia kupiłem starą chałupę i wyremontowałem ją za zdefraudowane państwowe pieniądze. Do mojego domu w Katowicach przyszedł komornik i zajął najcenniejsze przedmioty. Trzy lata ciągali mnie po sądach. Pod koniec procesu prokurator wystąpił z wnioskiem, aby mnie uniewinniono z braku dowodów przestępstwa”. Mimo to dwa lata później „Super Express” doniósł, a powtórzyło za nim kilka regionalnych gazet, że w latach 70. koło Zwardonia młodszemu synowi Edwarda Gierka Spółdzielczy Kombinat Rolno- -Spożywczy w Szczekocinach zbudował willę za 1,6 mln zł, za którą Jerzy Gierek zapłacił zaledwie 200 tys. zł. W tym samym artykule pojawiła się informacja, że w lutym 1982 r. sąd w Katowicach wyrokiem utajnionego (!) procesu odebrał Edwardowi Gierkowi dom w Katowicach, jako pochodzący z przestępstwa. I to jest nieprawdą, do żadnego procesu nie doszło. Były I sekretarz KC po odsunięciu go od wszelkich publicznych funkcji wyprowadził się z żoną do Ustronia, a dom w Katowicach, który był jego notarialną własnością, sprzedał w 1994 r. Edward Gierek zmarł w 2001 r. Przyczyną zgonu była niewydolność płuc spowodowana pylicą. Profesor okulistyki dr Ariadna Gierek, w 1983 r. jeszcze żona Adama (wkrótce potem się rozwiedli), wyznała autorom „Czerwonej księżniczki”, że kiedy trwał proces byłego wojewody Kiermaszka, przeżyła wielką traumę. Obawiała się, że do ich domu przy ulicy Drozdów „przyjdzie rozjuszony tłum”. Zapakowała co cenniejsze rzeczy i przeprowadzili się do przyjaciół. W ciągu dnia jeździli sprawdzać, czy dom jeszcze stoi. Stał i lekarka do dziś w nim mieszka razem ze swym trzecim mężem, który wykupił ten segment bliźniaka z zasobów komunalnych. Pani doktor oprowadziła red. Dariusza Kortka po willi. Pokazała, że nie ma tam marmurów ani sauny. A rzekomy bunkier przeciwatomowy, o którym również rozpisywała się prasa w 1981 r., to zwykła piwnica. g

Okładka tygodnika WPROST: 33/2016
Artykuł został opublikowany w 33/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 2
  • Wyciulany IP
    A co na to kurdupel?
    Dodaj odpowiedź 0 4
      Odpowiedzi: 1

    Czytaj także