Na zgubę Lipów

Na zgubę Lipów

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Kadr z programu TVP2
Kadr z programu TVP2 "Paragraf 148 - Kara śmierci, odc. 9 - Zakrzewscy" / Źródło: TVP2
W świętokrzyskiej wsi w Zaduszki 1969 r. zostaje zamordowany sołtys z całą rodziną. Czy to wiejskie porachunki? A może morderstwo polityczne?

Uklękli przy stole, na którym stał krucyfiks. Helena Zakrzewska odmawiała „Pod Twoją obronę”, jej mąż Józef i synowie Czesław oraz Adam powtarzali za nią. Następnie kobieta wzięła zapaloną gromnicę i trzykrotnie ją przechyliła, szepcząc: – Na zgubę Lipów niech skapie. Ci, na których wydali wyrok, byli zasiedziałymi mieszkańcami ich Rzepina, niewielkiej wsi w Górach Świętokrzyskich. Od lat w miejscowej władzy. 45-letni Mieczysław Lipa pełnił urząd sołtysa, zasiadał też w zarządzie kółka rolniczego. 27-letni Władysław był przewodniczącym prezydium gromadzkiej rady narodowej.

Wieczorem w Zaduszki 2 listopada 1969 r. zerwał się silny wiatr. Stare kobiety mówiły, że zawodzą dusze potępione, nie mogąc się dostać do nieba. Kto nie musiał, nie wychodził z chałupy. Sołtys Lipa musiał – 1 listopada upłynął termin wpłaty czwartej raty podatku gruntowego, nie wszyscy we wsi o tym pamiętali. W tym celu wybrał się do sąsiada. Po wypisaniu kwitu został na telewizji. Do siebie wrócił przed północą. O drugiej w nocy mieszkańców Rzepina obudziło wycie syren strażackich. Paliły się zabudowania Lipów. Gaszenie ognia trwało do rana. Na pogorzelisku znaleziono zwęglone zwłoki pięciu osób: Mieczysława, jego matki Marianny, jego syna Władysława z żoną Zofią i młodziutkiej synowej Krystyny w zaawansowanej ciąży.

Będzie się lepiej hajcowało

Gdy sołtys siedział u sąsiada, kilka zabudowań dalej, u Zakrzewskich, ujadający pies zapowiadał innego gościa w tym obejściu. To przyszedł po nocy do rodziców pierworodny syn, 40-letni Czesław. Na łóżku w kuchni zobaczył drzemiącego młodszego brata Adama. Potrząsnął nim: – Nie wychodź dziś na kawalerkę, bo szykuje się robota. Idziemy do Lipów po pieniądze. Adam zaczął się ubierać, a Czesław zajrzał do stołowego, gdzie ojciec czyścił rewolwer.

Po chwili wszyscy trzej wyszli na dwór. Adam jęknął: – Matko Boska, tak duje, co wy robita, a jak to wszystko się wyda? – Duje – odpowiedział ojciec – znaczy będzie się lepiej hajcowało. Na górce koło Lipów Czesław dał Adamowi siekierę. Sam miał mausera. Ojciec rewolwer i nóż. Na podwórze weszli przez okienko piwniczne. Spuścili konia, który z rżeniem przebiegł między zabudowaniami. Te odgłosy zwabiły Zofię Lipę. Zapaliła w sieni światło, wyjrzała za próg. W tym momencie Czesław szepnął do Adama: – Dziabnij. Zofia dostała obuchem siekiery w głowę. Do chałupy wbiegł Józef Zakrzewski i tam natknął się na obudzonego Władysława Lipę. Stary krzyknął: – Czesiek, bij! Posłuszny syn uderzył mężczyznę kolbą karabinu, a następnie pchnął go nożem. Adam zamachnął się siekierą na Krystynę. – Oddaj podatki – zażądał stary Zakrzewski, stojąc nad leżącym sołtysem. Mieczysław Lipa początkowo się opierał, ale pod lufą karabinu podszedł do łóżka swojej matki Marianny i wyciągnął z siennika zwitek pieniędzy. Potem Czesław kazał Adamowi iść po słomę do stodoły. Ustawili snopki pod ścianami i podpalili. Nazajutrz od rana policja przeszukiwała pogorzelisko. Jeszcze nie było wiadomo, czy ofiary zmarły od uduszenia dymem, czy też zostały zamordowane, a jeśli tak, to kto wiedział, jak nietypowo zamyka się chałupa Lipów. Gaszący pożar widzieli w świetle ognia otwarte frontowe drzwi.

Nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności ocalał od ognia kwitariusz sołtysa ściągającego od rolników ostatnią ratę podatku gruntowego. Wynikało z niego, że Mieczysław Lipa zebrał ok. 40 tys. zł. Tylko część z tego zdążył wpłacić do kasy GRN. Ponadto sołtys kilka dni przed śmiercią wziął z banku 60 tys. zł pożyczki na budowę domu. Spłonęły czy może ktoś ukradł te pieniądze? Gdy z Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie przyszła informacja, że Lipowie zostali zamordowani, śledczy przyjęli do rozpoznania trzy wersje tła zabójstwa: polityczne, rabunkowe i nieporozumienia rodzinne. Za wywatowanymi drzwiami gabinetu Jana Sikory, wiceprokuratora wojewódzkiego w Kielcach, dociekano, do jakiego oddziału partyzanckiego w czasie okupacji należeli Lipowie. W Górach Świętokrzyskich ukrywali się żołnierze ze wszystkich formacji: AK, AL, BCh i NSZ. Podobno Mieczysław na polecenie swojej organizacji (nie ustalono której) wykonywał wyroki na zdrajcach. Może to był odwet? Podejrzewano też Cyganów, którzy tydzień przed Zaduszkami w pobliskim Prędocinie zabili i podpalili rodzinę gajowego. A nazajutrz po tragedii u Lipów płacili w sklepie pięćsetkami. Nieporozumienia rodzinne zostały wykluczone – Lipowie byli zgodną rodziną. Szukano też innych tropów. Kilka osób we wsi widziało owej tragicznej nocy tajemniczy samochód, który tuż przed pożarem przejeżdżał przez Rzepin w kierunku zabudowań Lipowa. Gdy po godzinie wracał, światła miał wyłączone. Nie udało się ustalić właściciela tego pojazdu.

Szukajcie u sąsiada

Mijały miesiące, śledztwo stało w miejscu. Starachowicka milicja miała obowiązek informować komendę wojewódzką w Kielcach o wszystkim, co dzieje się w Rzepinie. Któregoś dnia w potoku błahych informacji znalazła się notatka o Czesławie Zakrzewskim złapanym na kradzieży drewna z lasu. Rutynowo zapytano sprawcę, co robił w nocy z 2 na 3 listopada 1969 r. Nie potrafił wyjaśnić. Jego żona przyznała, że męża nie było wówczas w domu. Funkcjonariusze przyjrzeli się bliżej rodzinie Zakrzewskich. Najbogatsi we wsi. Ojciec Czesława miał duży sad, sprzedawał owoce w Starachowicach. Po wsi jako jedyny jeździł bryczką, którą też wynajmował na wesela. Zakrzewscy byli mrukami – swoje obejście obwarowali wysokim płotem, furtki strzegły groźne psy. Nie mieli zwyczaju odpowiadać miejscowym na dzień dobry. Czasem zza płotu dochodził krzyk żony Czesława bitej przez teścia, która mieszkając nadal z rodzicami, przychodziła do męża w odwiedziny. Wszyscy we wsi wiedzieli, że póki stary żyje, Czesiek nie ma szans, aby pójść na swoje. Za każdą próbę usamodzielnienia się dostawał drągiem. Inna rzecz, że okrucieństwem nie ustępował ojcu – kiedyś złapał w ogrodzie sześcioletniego chłopaka, który przyszedł na jabłka. Wsadził go na całą noc do chlewika ze świniami. Od tej pory dziecko się jąkało. Wiejskiemu pijaczkowi obciął ucho, gdy wracając którejś nocy do chałupy, dojrzał go nieprzytomnego w rowie. Potem przechwalał się w gospodzie: – Marian ładny, ale bez ucha zrobiłem go jeszcze ładniejszym. – Zakrzewscy śpią na pieniądzach, a mimo to nocami kradną kury i doją cudze krowy w oborach – donosili funkcjonariuszom ludzie z Rzepina. – A postawić się takim, to mogą zastrzelić. Nie na darmo zaraz po wyzwoleniu, gdy trzeba było oddawać zdobyczną broń, Józef zabierał co lepsze sztuki ze stosu do swojej stodoły. W czasie rewizji u Zakrzewskich znaleziono niewysłaną skargę Czesława do Prokuratury Rejonowej w Starachowicach na poborcę podatków Mieczysława Lipę.

„Doniesienie. W dniu 20.9.1968 roku o godz. 12 w padły do mego ojca domu złodzieje i z kredli mnie 4000 zł z szafy, które były pożyczone od mego stryjka. W tym czasie, kiedy z kredli te pieniądze mnie nie było mnie w domu tylko była moja matka która choruje na serce i z lapali Matke krzywili rece żeby nie krzyczała. Z wracam się z zażaleniem do Prokuratora o ścisłe dochodzenie. [...] Tyle mego majątku co mi złodzieje skredli pytalem się mojej matki Heleny kto był to mi powiedziała ze poznała Przewodniczącego Prez GRN z Rzepina Władysława Lipę. Milicja ją dusiła żeby nie widziała co robia 3-ch zlodzieje” (pisownia oryginalna). – Może sam chciał wymierzyć sprawiedliwość? – zastanawiał się śledczy, wydając nakaz aresztowania Czesława oskarżonego o kradzież drewna.

Zamknięty w celi Zakrzewski ponad sześć tygodni symulował chorobę psychiczną, która miała się m.in. objawiać bełkotliwą mową. Podczas jednego z przesłuchań czołgał się po podłodze, a odprowadzany do celi płakał, kurczowo trzymając się marynarki funkcjonariusza. W końcu odzyskał mowę. Dzień wcześniej, w czasie rewizji w celi, znaleziono w bucie więźnia list bez adresata, w którym dokładnie opisał zabójstwo Lipów i dwa wcześniejsze morderstwa. Ale nawet słowem nie wspominał o sprawcach. Nie udało się ustalić, dla kogo był przygotowany ten gryps.

Podczas przesłuchania Czesław Zakrzewski powiedział, że Lipów zamordował jego sąsiad D. Opisał kryjówkę w dziupli dębu, gdzie były ukryte pończochy Krystyny Lipy i zegarek Władysława. O swoim zeznaniu uprzedził listownie z aresztu przebywającego na wolności ojca: „Tato, chcę ci powiedzieć, że ta broń w worku nylonowym pochodzi od D. Nie bój się i pokaż milicji, gdzie zakopana”. W przekonaniu, że nie tylko odsunął od siebie podejrzenia o udział w zbrodni, lecz nawet zasłużył na nagrodę śledczych, zwrócił się do prokuratora o umorzenie mu wszelkich kradzieży, zwolnienie z aresztu i przyznanie premii: „Pragnąłem przyczynić się do odnalezienia tego, czego MO poszukiwała. Otworzyłem przed wami serce, mając na uwadze, że posiadam drobne grzechy łatwe do skreślenia”. Spod krzaku jałowca wykopano paczkę z pistoletem, karabinem i maską na twarz. D. twierdził, że widzi te przedmioty po raz pierwszy. Uratowało go to, że na broni ujawniono ślad linii papilarnych Józefa Zakrzewskiego.

To są Zakrzewscy, mamo

Informacja o aresztowaniu ojca załamała Czesława. Po dwóch dniach namysłu napisał oświadczenie: „Obecnie zrozumiałem, że kłamstwo byłoby zgubą mojego życia, i dlatego postanowiłem niczego nie ukrywać. Jezusie, Twoje rany nie pomogą. Pobicia i spalenia Lipów dokonałem razem ja z ojcem Józefem i Adamem, moim bratem. Ja byłem w masce zrobionej z portek, w tej, którą ukryłem pod jałowcem. Tam był front. Rżnęli nożami, krew bryzgała po ścianach. Z uwagi tej, że czuję się zmęczony, dalsze oświadczenie napiszę po odpoczynku. Więzień Czesław Zakrzewski” (błędy ortograficzne poprawione w redakcji). Potem przyznał się do zabójstwa sołtysów pełniących ten urząd przed Lipą: Hartunga i Borowca. Najtrudniej było im dopaść tego ostatniego, więc wzięli się ojcem na sposób. Sołtys Borowiec dodatkowo zastępował we wsi dentystę – wyrywał obcęgami bolące zęby. Poszli w nocy pod jego furtkę i Józef zaczął wyć, niby z bólu. Gdy gospodarz otworzył drzwi, Zakrzewscy wpadli do sieni i Józef wbił mu nóż w plecy. Z kolei wyrok za ściąganie podatku wydany na przewodniczącego GRN Zaczykiewicza wykonali w ten sposób, że gdy nocą znaleźli się w obejściu ofiary, stary Zakrzewski kazał napadniętemu iść przodem w kierunku studni. W tym czasie Czesław odpiął krowie łańcuch i zarzucił go Zaczykiewiczowi na szyję, głowę zaś omotał mu płachtą. Tak skrępowanego wrzucili do studni. Rano ciało utopionego znalazła żona, gdy chciała nabrać wody. Józef Zakrzewski zaprzeczył, aby brał udział w morderstwach opisanych przez starszego syna: – Jestem niewinny, nikogo nie zabiłem, nic nie wiem, nic nie słyszałem. Po co miałbym kogoś okradać czy zabijać dla pieniędzy. Mam 130 tys. zł w gotówce zakopane w ogródku.

Na dowód wskazał miejsce, gdzie ukrył słoiki z pieniędzmi. Milicjanci wyciągnęli skarbiec spod krzaku jaśminu. Przejrzano po lupą poszczególne banknoty – na trzech były ślady krwi (czyje – tego nie można było ustalić, jeszcze nie prowadzono badań DNA). Znaleziono też zakrwawiony nóż, wbity w miotłę brzozową na ganku chałupy Zakrzewskich. W 1968 r. Zakrzewscy zalegali z obowiązkową dostawą na siedem ton ziemiopłodów i 400 kg żywca. Następnego dnia po śmierci Lipów stary zapłacił wszystkie zaległe podatki. Zamknięty w aresztanckiej celi Józef szybko się załamał. W przekonaniu, jak to powtórzył potem przed sądem, że „co było, a nie jest, nie liczy się w rejestr” przyznał się w śledztwie do zabójstwa Zaczykiewicza i Borowca. – Zakładali kołchozy i dlatego im się należało – twierdził. Na temat Zakrzewskich nadal nie miał nic do powiedzenia.

Znalazł się też sposób na odizolowanie od rodziny Adama. W pobliskiej wsi doszło do napadu. Podejrzenia padły na najmłodszego syna Zakrzewskich, który nie miał alibi. Został aresztowany. Wkrótce do jego celi przyszedł list od osadzonego Czesława: „Kochany Bracie. W pierwszych słowach donoszę, że jestem zdrowy, czego i Tobie życzę. Adam, nie przejmuj się, wszystko się wyrówna, siedzisz niewinnie. […] Wiem dobrze, że w areszcie to zapadniesz na słuch, czyli będziesz pozbawiony słuchu. Do Marysi chodzę, o wszystkim mówię, nie przejmuj się” (ortografię poprawiono). Zgodnie z instrukcją brata Adam podczas przesłuchań udawał głuchego.

Czesław najbardziej z całej trójki walczył z oskarżeniami. Ale w miarę rozwoju śledztwa było mu coraz trudniej. Strażacy, biegnąc do pożaru w zabudowaniach Lipów, zeznali, że spotkali na drodze starszego z braci Zakrzewskich, który szybkim krokiem w nasuniętej na czoło czapce szedł w przeciwną stronę. Oskarżony: świadkowie mszczą się za to, że zdarzało mi się podkradać kury w ich gospodarstwach. Takich manewrów, polegających na przyznaniu się do drobnych przestępstw, wykonał Czesław więcej. Chciał odwrócić uwagę policji od zabójstwa Lipów. 6 sierpnia 1970 r. potwierdził swój udział w morderstwie Lipów. – Nie dało się zrobić inaczej – wyjaśnił. – Mietek, wyciągając pieniądze z siennika, powiedział do niedowidzącej babki: „To są Zakrzewscy, mamo”. Musieli my wymordować wszystkich.

Sędzia kumoter

Do aktu oskarżenia trzech Zakrzewskich o zabójstwa prokurator dołączył dowody: kolekcję obosiecznych noży, karabin typu Mauser, rosyjski rewolwer nagan z 1917 r., a także ukradzione przez sprawców: trzy kłębki owczej wełny, z których Krystyna Lipa zaczęła robić skarpety, dwie pary brązowych pończoch, rękawiczki ze skóry, schodzone czarne trzewiki damskie i zegarek marki Stołeczny, własność Władysława. Charakterystyczny, bo w wojsku koledzy wymalowali mu na cyferblacie kwiatki. Na procesie, który był od początku do końca filmowany kamerą telewizyjną, stary Zakrzewski kilkakrotnie wycofywał się z tego, co powiedział w śledztwie. Udawał omdlenie. Ale podniósł się z ławy w czasie wyjaśnień Czesława, które uderzały w młodszego brata. Józef Zakrzewski bronił Adama przed „krawatem”, jak się wyraził. Biadolił: – O Jezu kochany, darować sobie nie mogę, że Adam tu jest. Ja winien i winny Czesiek, Adama tam nie było! To wszystko bez Cześka, tak się rozbolał, że się chowa tucznika, chodzi kole tego, a potem na obowiązkowe dostawy, a jak nie, to grzywnę trzeba płacić. Czesiek ma ręce do siebie. Obiecałem mu dwoje krów, konia, matka chciała przepisać pole. Ale jak już oczy zamkniemy. Ale jemu zawsze się spieszyło, nie mógł jeszcze trochę poczekać.

Wbrew temu, co mówił Józef, jego pierworodny syn na swój sposób bronił brata przed skazaniem: – Adam szedł do Lipów jak krowa do szlachtuza, cały dygotał. Jak mu kazałem dziabnąć siekierką Zośkę, to się najpierw przeżegnał. On modlący był. Ale zaprzysięgli my zemsty Lipom, to musielim jej dotrzymać. – Dlaczego zamordowaliście rodzinę Lipów? – pytał sędzia. – Bo to harde komunisty. Niedobre ludzie. Poszli my odebrać im pieniądze. – Co znaczy komunista? – Na przykład sołtys albo przewodniczący GRN. – Jakie pieniądze był wam winien sołtys? – Te za tucznika, którego komornik zarekwirował, bo nie zapłacilim grzywny. Władek był z władzą. – Żałujecie, że zabiliście Lipów? – Kobit żałuję. Władka i Mietka nie. Należało im się za tucznika.

W 20. dniu procesu, po trzech miesiącach od odczytania aktu oskarżenia, proces dobiegł końca. Zapadł wyrok: kary śmierci dla Józefa i Czesława Zakrzewskich, 25 lat więzienia dla Adama. Na tym urywają się relacje sprawozdawców sądowych. Poza jedną – Edmunda Żurka w tygodniku „Kultura”. Napisał: „Spełniając podstawową rolę reportera – jaką jest rzetelność – pierwszy z piszących przerywam przygnębiająca zmowę milczenia. Wśród świadków zabrakło byłego sędziego ze Starachowic Stanisława W., przeciwko któremu prowadzone jest postępowanie prokuratora. Sędzia Borodej nie unikał podczas rozpraw pytań o »kumotra« vel Stanisława W. Czesław Zakrzewski już w drugim dniu procesu tłumaczył: – Nie mogę mówić, bo na ławie oskarżonych nie ma tego, który jest winien, i złość się z rozpaczy rozlewa”.

Żurek nie wyjaśnia wprost, kogo syn starego Zakrzewskiego miał na myśli. Ale z tego komentarza, a także z zamieszczonej w „Argumentach” zaraz po wyroku wypowiedzi wiceprokuratora wojewódzkiego w Kielcach, rysuje się polityczne tło morderstwa Lipów. Za niepiśmiennymi Zakrzewskimi stał sędzia ze Starachowic, któremu – jak zeznał Czesław – składali przysięgę wierności, kładąc rękę na trupiej czaszce.

U podnóża Gór Świętokrzyskich jeszcze w latach 50. wychodziły z lasu niedobitki oddziałów partyzanckich różnych formacji. Może sędzia Stanisław W. był utajnionym oficerem podziemia? A zwalczający władzę ludową Zakrzewscy jego żołnierzami? Dziwny list Czesława do Adama o jakiejś Maryśce, którą o wszystkim informował, nie został podczas procesu rozszyfrowany. Wiadomo tylko, że nie chodziło o kobietę. W osobnym procesie sędzia W. dostał cztery lata za poinformowanie oskarżonych, że mają założony podsłuch. Nie zachowały się akta tej sprawy, a proces był niejawny. Nie wiadomo więc, dlaczego sędzia za cenę przestępstwa chronił zbrodniarzy. Sąd Najwyższy odrzucił kasację wyroku dla Zakrzewskich. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok wykonano po roku. Adam Zakrzewski na wiadomość o śmierci ojca i brata nie chciał dłużej żyć. Powiesił się w celi.

Kamień na kamieniu

Nikt we wsi nie żałował skazanych. Również 24-letniego Adama. Ludzie długo jeszcze mieli przed oczami, jak na pogrzebie Zakrzewskich bardzo zapłakany niósł trumny ze zwłokami Marianny i Mieczysława. Którejś niedzieli ktoś w Rzepinie powiedział głośno przed kościołem: „Nawet kamień na kamieniu nie może zostać po mordercach”. Ludowy wyrok powtarzano z ust do ust. Nikt nie wołał o opamiętanie się. Najpierw pod osłoną nocy czyjeś chciwe ręce rozkradły wszystko, co było w obejściu Zakrzewskich. Potem wyrąbano na opał sad, wreszcie przyszła kolej na deski i cegły z zabudowań.

W ciągu kilku miesięcy najzasobniejsze gospodarstwo w Rzepinie zamieniło się w zarośnięty pokrzywami ugór. Stało się tak, jak chcieli mieszkańcy – nie pozostał kamień na kamieniu. Helena Zakrzewska i jej synowa uciekły ze wsi. Stara kobieta wkrótce zmarła na wygnaniu, żona Czesława zatarła za sobą wszelkie ślady. Na mogile zbiorowej Lipów na cmentarzu w Pawłowie widnieje wyryty w kamieniu napis: „Zginęli z rąk oprawców”.

Korzystałam z relacji sprawozdawców sądowych „Prawa i Życia”, „Argumentów”, „Kultury”, kieleckich „Przemian” i „Przekroju”.

Okładka tygodnika WPROST: 43/2014
Więcej możesz przeczytać w 43/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • Ciekawski IP
    A Zakrzewscy pomnik już maja?
    Dodaj odpowiedź 7 2
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także