Z ojca na syna

Z ojca na syna

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Klaus Eppele/Fotolia.pl)
Gwałciciele z Nowego Dworu doczekali się naśladowców.

Osiemnastu wyrośniętych nastolatków nie mieści się w ławie oskarżonych warszawskiego sądu. Trzeba ich posadzić na miejscu dla publiczności i oddzielić kordonem milicjantów. Jednego funkcjonariusze otaczają szczególną opieką. Podczas konwojowania koledzy chcieli sprawić mu łomot. Nie pomagają nawoływania funkcjonariuszy o spokój. Co chwilę ktoś na sali krzyczy: „Faja, trzymaj się” albo „Sikawica, siemano”. I zaraz głośny śmiech, pogardliwe miny, wypinanie się, że wszystko jest git. Ten chroniony, Bolesław Zys pseudo Wapniak, ma powód do strachu. Gdyby w czasie przesłuchania nie wygadał się o zgwałceniu, zamordowaniu i utopieniu Grażyny B. (jak się wyraził, popłynęła do Gdańska), w ogóle nie byłoby procesu. Dziewczyna zaginęła przed rokiem i śledztwo szybko umorzono.

Ale na skutek gadulstwa Bola, podejrzanego o włamanie się w nocy do pawilonu Samo pomocy Chłopskiej i kradzież zegarków, milicja złapała trop i herszt młodocianej bandy z Nowego Dworu Zygmunt Szajer został oskarżony o zamordowanie Grażyny. W sumie 17 mieszkańców Nowego Dworu Mazowieckiego otrzymało zarzuty wielokrotnych zbiorowych gwałtów na 13-, 14-letnich uczennicach. Byłoby ich w ławie dla oskarżonych 18, ale ten najmłodszy, zarażony syfilisem Sulikowski, rzucił się pod pociąg. Jak straciła życie 18-letnia Grażyna? W majowy wieczór 1970 r. wracała do domu ze szkoły. Z krzaków koło twierdzy modlińskiej wyszedł Zys. „Przejedziemy się?”, zaproponował. Po chwili dołączyli: Zygmunt Szajer, Andrzej Witkowski, Ryszard Kubik i Marek Sulikowski. Dziewczyna znała ich z podstawówki. Na wale przeciwpowodziowym Szajer chwycił ją za rękę i ściągnął na dół, nad rzekę. Tam Kubik trzymał za włosy, a Witkowski zrywał z niej ubranie. Gwałcili po kolei. Przez cały czas nóż Szajera tkwił wbity w piasek koło jej głowy. Gdy podczas drugiej tury dziewczyna traciła przytomność, Szajer polewał ją wodą z zardzewiałej puszki po konserwach.

Wreszcie pozwolili jej się podnieść. Wtedy zagroziła im: „Pójdę na komendę”. „Nigdzie, k…, nie pójdziesz, nikomu już nic nie powiesz” – odpowiedział Szajer i pchnął ją sprężynowym nożem w okolicy serca. Witkowski przyciągnął starą łódź, wrzucili do niej konającą i wypłynęli na Narew. Zwłoki ofiary wyłowiono z Wisły tydzień później.

Młody jest, musi się wyszumieć

Po roku aresztu gwałciciele już się nauczyli od starszych więźniów odwoływać wyjaśnienia jako rzekomo wymuszone biciem w śledztwie. Ale przemycanie grypsów jeszcze im nie wychodziło. Wszystkie zostały przechwycone. „Jeśli oskarżony twierdzi, że przyznał się do gwałtów pod przymusem, dlaczego wziął udział w wizji lokalnej?” – zapytał prokurator. „Bo Nowy Dwór” – odpowiedział Sikawica, rozglądając się z porozumiewawczym uśmiechem po sali. Dziennikarzom obserwującym proces nie trzeba było więcej tłumaczyć. Oskarżony chciał się przejechać z aresztu do rodzinnego miasteczka, aby go podziwiali wystający na chodnikach kumple. Dla nich był git człowiekiem. Należał przecież do „bandy byków” (wszyscy mieli tatuaż byka na ramieniu) terroryzującej Nowy Dwór i okolice. A także podmiejskie pociągi, z których wyrzucali konduktorów i „niepodchodzących” im pasażerów. Tylko frajer mógł nie wiedzieć, kto się kryje za pseudonimami: Faja, Wapniak, Sikawica, Halibut, Kolor czy Saba.

Janusz Rolicki z „Kultury” pierwszy spośród sprawozdawców sądowych zorientował się, że małe kropki na twarzach oskarżonych to demonstracja przynależności do tzw. git ludzi. Rozszyfrował też znaczenie kropek w zależności od miejsca ich „wydziargania” i zadał sobie trud poszukania gitowców (w 1972 r. było to pojęcie jeszcze obce socjologom) w szkołach Nowego Dworu. W przekonaniu wielu nastolatków zakwalifikowanie ucznia do grypsujących było wielkim wyróżnieniem. Aby dostać się do gitów, trzeba było zdać egzamin. Mogło to być rozbicie w szkole wszystkich muszli klozetowych, zdemolowanie sklepu albo położenie się na jezdni tuż przed nadjeżdżającym samochodem. Jeden z oskarżonych w procesie gwałcicieli popisał się wejściem na gzyms 30. piętra Pałacu Kultury. Przez kilka godzin stał w slipach na narożniku, rzekomo szykując się do samobójczego skoku.

Jeśli uczeń poskarżył się wychowawcy na gitowców, otrzymywał od nich wyrok. Mogło to być skotłowanie glanami, pocięcie kurtki żyletką, wyrzucenie zeszytów do ubikacji albo wyprostowanie nożem, czyli rozharatanie skarżypycie policzka od ust do ucha. Git człowiek, który choć raz posłuchał nauczyciela, dostawał łomot, bo się skiepścił. Kurwy – tak się mówiło w środowisku git ludzi o każdej dziewczynie – są od tego, aby je gwałcić. Liczbę gwałtów należało zapisywać, aby się chwalić przed kolegami. Gdy na procesie chłopców z Nowego Dworu miały zeznawać (przy drzwiach zamkniętych) ofiary ich gwałtów, główny oskarżony Faja tuż przed wejściem sędziów zapytał głośno kumpli na sali: „Kurwy już przyszły? Ale będzie ryk”. Odpowiedział mu zbiorowy rechot.

Strojenie min się skończyło, gdy ofiary gwałtu w szczegółach opowiedziały, czego doświadczyły od oskarżonych. Uczennica szkoły wieczorowej: – Wracałam z lekcji do domu. Koło księgarni stali Kolor z Wapniakiem i Sikawicą. Najpierw mnie zaczepiali, a gdy nie reagowałam, szli za mną aż do przystanku PKS. Chciałam wejść do autobusu, ale Kolor zagrodził mi drogę i uderzył w twarz. Przewróciłam się na chodnik, a kierowca zatrzasnął drzwi i odjechał. W pobliżu stał milicjant. Powiedziałam mu, co się stało, pokazałam, który to Kolor. „Wracaj do domu” – poradził. – „Gdy się ściemni, może być gorzej”. Nadjechał kolejny autobus. Gdy wsiadłam, koło mnie stanął Wapniak. „Już nie żyjesz” – powiedział. Udało mi się ukryć w tłumie wysiadających na następnym przystanku. Nazajutrz zobaczyła w szkole na przerwie tych trzech. Czekali, aż skończą się lekcje.

„Już na boisku wykręcili mi ręce i pociągnęli w kierunku pobliskiego cmentarza. Płakałam, wtedy Sikawica uderzył mnie dwa razy w twarz. Jakiś starszy mężczyzna przechodził obok i zwrócił im uwagę, że używają brzydkich wyrazów. Ale widząc, co się dzieje, przyspieszył kroku, choć wołałam o pomoc. Potem gwałcili mnie po kolei, to się powtarzało”. Inna ofiara zbiorowego gwałtu, lat 14: „Nie chciałam żyć, oni pozbawili mnie dziewictwa. Zażyłam 20 tabletek. Odratowali mnie w szpitalu”. Matka niepełnoletniej na pytanie sędziego, czy zgłosiła gwałt córki na milicji: „Jeszcze by tego brakowało! Rozniosłoby się po mieście. Jaki porządny chłop chciałby ją potem za żonę? Wszyscy wiedzą, że ten tu [kobieta wskazała oskarżonego Bolesława Zysa] zatrzymany w areszcie za inny gwałt siedział tam tylko do przyjazdu ojca pułkownika, który załatwił mu zwolnienie”.

Zys potwierdził: „Komenda w Nowym Dworze nie prowadziła postępowania. Ani też wtedy, gdy porwaliśmy z plaży taką jedną i chcieliśmy ją przewieźć w krzaki na drugi brzeg Narwi. Ona się darła już na sam widok wyciągniętej kosy. Usłyszał to milicjant z komisariatu rzecznego i kazał nam ją wypuścić. Więcej się nie czepiał”. O braku interwencji milicji mówiło wielu świadków z Nowego Dworu. Matka Sikawicy zeznała, że raz poszła do dzielnicowego z prośbą, aby coś powiedzieli jej synowi, bo zamiast się uczyć, zaprasza do ich domku nad Narwią dziewczyny. Ona wychowuje go samotnie, jest w robocie od rana do wieczora. „Czego mu pani tak żałuje? Młody jest, musi się wyszumieć” – usłyszała. A na korytarzu sądowym rodzice gwałcicieli dziwili się na głos: „Po co te dziewczyny szły z naszymi synami w krzaki? Same są sobie winne”.

Mamo, wyrób mi alibi

W połowie procesu (trwał osiem tygodni) oskarżeni wyraźnie stracili rezon. „Kochana mamo”, napisał w grypsie 18-letni Sikawica, „wyślij mnie list ekspres polecony, przez który dasz znać czy załatwiłaś mnie świadków do tego morderstwa na Grażynie oraz czy te dziewczyny, co podałem ich adresy zmienią swoje zeznania że ja ich nie gwałciłem. Jeżeli mnie to załatwisz, to znaczek przyklej na kopercie w rogu a jak nie to normalnie a będę wiedział, co robić czy już zacząć jechać wariata. I przyślij mi rakietę [paczkę – red.] masz przecież talon. Twój kochający syn”. Ten gryps, podobnie jak następne, sędzia odczytał na rozprawie.

„Mamo bardzo cię proszę o ile chcesz żebym dostał mały wyrok to idź do [tu nazwisko i adres]. Poproś ją, żeby gdy będzie miała ze mną konfrontacje powiedziała, że mnie przy tym nie było i nie ja ją gwałciłem. Mamo mnie grozi bardzo wysoki wyrok za tą Grażynę wyłowioną z Wisły dlatego powiedz, że ja 21 maja 1970 roku byłem w domu i nigdzie nie wychodziłem. Gdyż ja do tego początkowo się przyznałem gdyż nie miałem wyjścia, bo milicja już wszystko wiedziała, ale teraz będę się wypierał”. Po tygodniu: „Mamo załatw mi z tymi dziewczynami gdyż już miałem z jedną konfrontacje i ta kurwa mnie rozpoznała. To, co zeznaliśmy z Fają o użyciu noża można odwołać że nas psy pobiły i sprawa upadnie, ale ty wyrób mi alibi”.

Trzy dni przed ogłoszeniem wyroku: „Kochana Mamusiu. Za to morderstwo czeka mnie straszny wyrok ja na sprawie będę udawał wariata ciebie proszę abyś powiedziała że w dzieciństwie miałem zapalenie opon mózgowych tylko gdzieś się zapodziała dokumentacja ze szpitala. Idź do szkoły, poproś kierownika żeby wydał zaświadczenie, że ja byłem niedorozwinięty jak się będzie stawiał daj mu parę groszy, wtedy na pewno wyda, on hajcem [pieniędzmi – red.] nie śmierdzi”. Tuż przed wyrokiem Janusz Rolicki napisał w tygodniku „Kultura” o skazanych: „Oni są już straceni. Wierzą tylko w oszustwa i prawo pięści, niech więc ręka sprawiedliwości będzie ciężka”. Zygmunt Szajer został skazany na 25 lat więzienia – była to najwyższa kara w kodeksie przewidziana dla młodocianego.

Andrzej Witkowski, autor przechwyconych grypsów, miał wyjść na wolność po 15 latach. Pozostali oskarżeni otrzymali wyroki o kilka lat niższe. Sędzia odrzucił argumenty obrony, że młodociani nie byli w stanie zapanować nad swymi popędami seksualnymi. Powołał się na opinię biegłego: „Sprawca gwałtu zbiorowego nie jest zdeterminowany tego rodzaju obsesją. On chciał tylko rozładować agresję. Gwałcona dziewczyna jest takim samym obiektem, jak szyba, którą można rozbić jednym uderzeniem cegły”. Po procesie komenda wojewódzka MO zorganizowała konferencję prasową, na której jej przedstawiciele tłumaczyli, dlaczego organa ścigania nie zapobiegły rozszerzającej się fali gwałtów. Otóż policja i prokuratura miały związane ręce, bo poszkodowane nie meldowały, co je spotkało. Przez prasę przetoczyła się dyskusja, czy gwałty powinno się ścigać z urzędu, czy też – jak dotychczas – tylko na wniosek osoby poszkodowanej. O ile publicyści byli zgodni, że nie należy czekać na inicjatywę pokrzywdzonych (Marek Rymuszko, „Prawo i Życie”), ponieważ dotychczasowy przepis stał się wygodnym parawanem kryjącym bierność miejscowych organów ścigania, o tyle prawnicy mieli różne zdania. Sędzia Michał Kulczycki opowiedział się na łamach „Życia Warszawy” za utrzymaniem obecnego przepisu z uwagi na jego humanitaryzm. „Nasz ludowy ustawodawca pozostawia ofierze wolny wybór: czy chce na nowo, często na oczach wszystkich, przeżywać swój dramat, czy też wolałaby pozostawić to w tajemnicy”. Z sędzią polemizował jego kolega po fachu Janusz Eksner: „Gwałt zbiorowy to nie jest czynność intymna; dokonuje się go publicznie, jak chuligaństwo i tymi samymi metodami. Powinien być ścigany na wniosek prokuratora”.

Do redakcji „Kultury” napisał pierwszy sekretarz powiatowy PZPR w Nowym Dworze: „Nie zostawiajcie nas tak samych”, prosił, „zrobiliśmy tyle na naszym terenie, a teraz, po obmalowaniu przez was naszego miasta, ludzie plują na Nowy Dwór. Odwołaliśmy komendanta MO i jego zastępcę”. Reporter pojechał na spotkanie z władzami miasteczka. Oczekiwał pretensji za „obmalowanie” miasta, tymczasem władza wypłakiwała mu w mankiet swoją bezsilność. Nie dają sobie rady z nowym pokoleniem, które w PRL wyrosło przy pobliskiej twierdzy Modlin. Melina na melinie, a wykwaterowywanie z bunkrów do bloków idzie opornie. Gdy oświetlono otaczający twierdzę park, następnej nocy wszystkie żarówki zostały rozbite. Niestety, nie ma ustawy, która by kierowała chuliganów do pracy. A na współpracę ze społeczeństwem nie można liczyć, i to nie tylko w Nowym Dworze. Na poparcie tej tezy organizatorzy spotkania wyciągnęli świeżą „Trybunę Ludu”, gdzie opisano zbiorowy gwałt we wsi Zręcz Duży, powiat Busko: grupa podchmielonych wyrostków skatowała, a następnie zgwałciła młodą wczasowiczkę.

Gdy ta wołała o pomoc, w zagrodach nagle zgasły światła. Zdołała się wyrwać swym oprawcom i wbiegła do domu sołtysa, ale ten wyrzucił ją za próg, mimo że widział czekających przy furtce bandytów. Ponownie zgwałcona, odzyskała przytomność na skraju wsi w krzakach. Po pewnym czasie do redakcji przyszły wytyczne z wydziału prasy KC, aby kończyć już te jeremiady o gwałtach. Jako pierwszy zdyscyplinował się tygodnik „Kierunki”. Uświadomiono społeczeństwu, że „28 lat temu wstąpiliśmy na drogę, która warunkuje u nas niespotykany dotąd rozwój społeczny i gospodarczy. Miliony ludzi przenoszą się ze wsi do miast, awans kulturowy i cywilizacyjny jest faktem oczywistym. Ale razem z tym awansem rodzą się zjawiska negatywne. Są one marginesem. Socjalizm […] daje nam wyjątkową szansę przeciwdziałania tym zjawiskom. Trzeba tylko umieć ją wykorzystać”.

Wilczki nadchodzą

30 lat później, 23 czerwca 2000 r. To samo miejsce, gdzie w 1970 r. Faja zaczepił uczennicę Grażynę. Wtedy był tam zaśmiecony placyk, teraz pyszniący się reklamami piwa pub EB. Z okazji końca roku szkolnego na tarasie mają wystąpić uczniowie. Rano właściciel lokalu ze swymi pracownikami sprawdza, czy wszystko jest przygotowane. Pod jednym ze stolików zauważa poluzowaną kostkę brukową. Gdy jej dotyka, następuje wybuch. Mężczyzna ginie na miejscu, a wraz z nim trzech chłopców z obsługi. Dochodzenie wykazało, że zamach przygotowali kierujący gangiem modlińskim bracia K.: Dariusz ksywa Kary i Grzegorz „Gieno”. Bomba miała zabić najważniejszych mafiosów z bandyckiego odłamu tzw. nowodworskich. Grupy walczyły między sobą o pieniądze z agencji towarzyskich, sprzedaży narkotyków, napadów i uprowadzeń. Kilka miesięcy po tragedii w pubie EB dwaj „nowodworscy” grali na automatach w miejscowym klubie Tartak. Nagle do lokalu wpadło dwóch zamaskowanych mężczyzn z bronią maszynową. Zabili obu gangsterów. Nie pomogły im nawet kamizelki kuloodporne, które nosili od wybuchu w pubie EB. Wykonawcami wyroku byli „żołnierze” braci K., którzy dostali wsparcie grupy wołomińskiej. Wojna gangów przez wiele lat paraliżowała strachem mieszkańców Nowego Dworu. Starsi na widok „byczych karków” w dresach przechodzili na drugą stronę ulicy, a po zmroku starali się nie wychodzić z domów. Ludzie nie wierzyli w skuteczność interwencji policji. Większe nadzieje pokładali w tym, że bossowie gangsterów z czasem sami się wystrzelają. I było w tym trochę racji.

W sierpniu 2004 r. strzały mafijnych egzekutorów dosięgły w szpitalu bielańskim operowanego po nieudanym zamachu Konrada O. ksywa Obój, prawą rękę Karego. Dokładnie rok później we wsi pod Nowym Dworem zamaskowani „modlińscy”, którym przewodził 24-letni Rafał L. ps. Zwierzak, od pewnego czasu skonfliktowany z Dariuszem K., wpadli nad ranem do mieszkania Artura Z. Półnagiego wywlekli z łóżka wraz z jego dziewczyną Małgorzatą R. i uprowadzili do dzikiego parku przy twierdzy modlińskiej. Powód? Poprzedniego dnia ktoś strzelał do Zwierzaka. I ten chciał się dowiedzieć od powiązanego z „Wołominem” Artura Z., jak miał na nazwisko niedoszły zabójca.

Porwana para musiała wykopać sobie grób. Artura Z. zabijano na raty, bo zacinała się broń. Przed śmiercią ujawnił, że zamach na Rafała Ł. zlecił Kary. Dziewczynę oprawcy najpierw wepchnęli do dołu, żeby patrzyła na konanie swojego partnera, potem Zwierzak założył jej na głowę kominiarkę i pokazał kumplowi taki gest: palec na ustach, ręka na gardle. Tamten usiadł na Małgorzacie R. okrakiem i dusił ją sznurówką. Na koniec przeciął jej gardło nożem. Rafał Ł. wyrokiem sądu do końca życia pozostanie w więzieniu. Jego matka z płaczem zeznawała w sądzie, jak nie potrafiła uchronić syna od zejścia na złą drogę: „Pierwszy raz go aresztowali w 2001 r., chłopak miał 17 lat. Potem trafiał do więzienia jeszcze pięć razy. Na wolności nigdzie nie pracował, a pieniądze miał na wszystko. Nie chciał mnie znać”. Dopiero na procesie syna jego matka usłyszała, ile morderstw miał na swym sumieniu Rafał Ł. W czasie wizji lokalnej, wskazując miejsca, gdzie jego banda zakopywała swoje ofiary, zapowiadał, że w więzieniu napisze książkę, do której ma już tytuł „Grabarze z Modlina”. Dariusz K. ps. Kary, oskarżony o liczne morderstwa i podżeganie do zabójstw członków grupy „nowodworskiej” w pubie EB, został skazany w 2013 r. na podwójne dożywocie. Jego brat Grzegorz K. ps. Gieno, który kierował swoimi „żołnierzami” jeszcze z aresztu (w licznych grypsach wydawał polecenia krwawego rozprawiania się z konkurencyjną bandą), stracił życie od gangsterskiej kuli, gdy po pięciu latach tymczasowego aresztu wyszedł poza bramę więzienia.

Pokazowy proces w 1972 r. nie odkleił też od Nowego Dworu etykiety miasta gwałcicieli. Nadal zdarzały się tego rodzaju przestępstwa. We wrześniu 2009 r. mafijny bandyta Piotr O. ps. Otto poznał w dyskotece w Nowym Dworze 22-letnią Justynę. Po tańcach wyszli na dwór i wtedy O. powiedział, że chciałby zapisać numer telefonu dziewczyny, ale komórkę zostawił w samochodzie. Gdy wsiedli do auta, mężczyzna zablokował drzwi i ruszył. Dojechali nad Wisłę. Tam Piotr O. brutalnie zgwałcił i pobił swoją partnerkę z tańców. Następnie zaciągnął na most i z wysokości 20 m zrzucił do wody. Justyna przeżyła, Piotr O. został skazany przez Sąd Okręgowy Warszawa- -Praga na dożywocie.

W raportach policji nowodworskiej odnotowano też kilka gwałtów, których sprawcami byli małoletni. Na przykład pod koniec 2010 r. czterech chłopaków z gimnazjum wciągnęło na dużej przerwie do toalety koleżankę, aby ją gwałcić i wszystko nagrywać komórką. Potem ją szantażowali, że wrzucą film do internetu. Gimnazjalistka najpierw płaciła za milczenie, a gdy zabrakło jej pieniędzy, usiłowała popełnić samobójstwo. Od dwóch lat w Nowym Dworze nie słychać o gangsterskich porachunkach. Ale uważni obserwatorzy przestępczego podziemia już mówią o rosnącej w siłę watasze „młodych wilków” wokół metropolii.

Korzystałam z relacji sądowych zamieszczonych w tygodnikach, które wymieniłam w reportażu. Nazwiska skazanych w procesie gwałcicieli zostały zmienione.


Okładka tygodnika WPROST: 8/2015
Więcej możesz przeczytać w 8/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • uytury IP
    Z tymi czterema gimnazjalistami co niby zgwałcili uczennicę to była nieprawda. Ta gówniara i nałogowa wagarowiczka kłamała bo groziło jej umieszczenie w poprawczaku i na poczekaniu wymyśliła, że ją zgwałcono w szkole. Chłopaki zostali uniewinnieni.
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także