Złoto PRL-u

Złoto PRL-u

Dodano:   /  Zmieniono: 1
biznes fot. shou1129/fotolia.pl
Proces „złotogłowych” miał pokazać, jak byli arystokraci łupią ludowe państwo z ocalałych w czasie wojny dzieł sztuki. Przez przypadek ujawnił jednak, że cenne obrazy trafiają do gabinetów sekretarzy PZPR, a w gmachu KC na korytarzach kurzą się cenne płótna Chełmońskiego i Gierymskiego.

Grabież narodowego dziedzictwa kultury przez oskarżonych była większa, niż dokonana przez hitlerowców – grzmiał prokurator Kazimierz Radowski, odczytując akt oskarżenia. Głośna sprawa gangu „złotogłowych” była największą aferą związaną z przemytem dzieł sztuki w całej historii PRL. W latach 1951-73 wywieziono z Polski miliony dolarów, które na Zachodzie zamieniono później na złote monety lub stugramowe sztabki. MSW szacowało, że oskarżeni przeszmuglowali na Zachód ok. 16 t złota. Ale nie mniej ciekawy od samej działalności przemytniczej szajki był proces „złotogłowych” – jak prasa nazwała oskarżonych. W grudniu 1975 r. na ławę oskarżonych Sądu Wojewódzkiego w Warszawie doprowadzono dziesięć osób zamieszanych w przemyt. Proces mógł się rozpocząć pół roku wcześniej, ale w aferze brali udział m.in. latynoscy dyplomaci. Władze komunistyczne chciały na tym wygrać korzystną umowę gospodarczą z Brazylią. Do kontraktu jednak nie doszło. SB próbowała też dogadać się w Wiedniu z tamtejszym antykwariuszem Czesławem Bednarczykiem, który był członkiem siatki „złotogłowych”. Oficerowie SB pokazali mu oświadczenia czterech głównych aresztantów, upoważniające antykwariusza do przekazania polskim władzom haseł ich szwajcarskich rachunków bankowych, oraz zażądali wydania niesprzedanych jeszcze dzieł sztuki, potajemnie wywiezionych z Polski. W zamian oferowali gwarancję, że nazwisko marszanda nie pojawi się w relacjach z procesu. – Zdecydowanie odmówiłem – powie potem o tej ofercie Bednarczyk dziennikarzowi tygodnika „Der Spiegel”.

Wiedeński antykwariusz niczego ze swej kolekcji nie oddał. Nie udało się zarekwirować większości zbiorów ks. Leona Dygasa, jednego z ważniejszych członków gangu „złotogłowych”. Suspendowany później kapłan był dyrektorem kościelnego muzeum. Cenne dzieła wyłudzał od wiernych, trafiały one potem na przemyt. Wiele obrazów, rzeźb i innych skarbów przechowywał na plebanii w Łodzi. Zbieg okoliczności sprawił, że proboszcz tej parafii nagle zmarł. Partnerka życiowa oraz córka ks. Leona jeszcze tej samej nocy otworzyły plebanię i mieszczący się w niej sejf. Do rana wszystkie obrazy oraz złoto zostały wywiezione.

Blaszany kubek

Na pierwszą rozprawę przyszło wielu byłych arystokratów, którzy „złotogłowym” sprzedawali ocalałe z pożogi wojennej rodowe pamiątki. Byli oburzeni, że znalazły się one poza granicami Polski. Ci, którzy stanęli za barierką dla świadków, zaczynali zeznania od jeremiad, jak można było do tego dopuścić. Sędzia był jednak sceptyczny. – Czy naprawdę świadek, pertraktując z handlarzem dziełami sztuki, nie domyślał się, jaki będzie los pokątnie sprzedawanego zabytku? Sami oskarżeni przedstawiali się jako koneserzy sztuki. Kupowali kolekcjonerskie unikaty, bo mierzi ich pospolitość. Po prostu chcieli się otaczać pięknymi rzeczami. Jedna z podsądnych w czasie przerwy w rozprawie oburzała się nawet, że herbatę dla popicia lekarstwa konwojentka przyniosła jej w blaszanym kubku: – Jakby nie można było w porcelanowym! Kosztowności wywozili za granicę z konieczności – wszak w ich kręgu towarzyskim trzeba żyć na odpowiednim poziomie. Ale obchodzili się z narodowym dziedzictwem pieczołowicie, starodruki np. wkładali do samochodu brazylijskiego dyplomaty w białych rękawiczkach.

O pieniądze rzekomo im nie chodziło. Oskarżony Witold Mętlewicz (główny oskarżony, właściciel antykwariatu) opowiadał, że kiedyś poszedł do żony swego wspólnika w interesach z wyrzutem, że ten pożycza od niego francuskie koniaki i nie oddaje. Zdegustowana tak przyziemnymi pretensjami małżonka zapłaciła za zobowiązania męża kilogramem złota. Parada świadków, którzy mieli coś wspólnego z działalnością gangu, stopniowo burzyła jednak ten pieczołowicie budowany przez nich obraz arystokratycznej elity. Owszem, ich wspólnikami byli dyplomaci i wysocy urzędnicy central handlu zagranicznego, ale też półświatek z bazaru Różyckiego. Przesłuchiwani wielokrotnie przywoływali nazwisko antykwariusza z Wiednia. – Czy wśród złota, które przemycał brazylijski dyplomata, znajdowało się złoto Czesława Bednarczyka? – maglował sędzia Mieczysława Młynarczyka (pracownika ambasady Brazylii, który jako pracownik dyplomacji przewoził cenne dzieła sztuki za granicę poza kontrolą celną). – Tak. W Polsce rozprowadzał je dalej Witold Mętlewicz, który miał swoich stałych klientów. Handlowano za dolary i inne waluty zachodnie, początkowo również za tzw. amerykańskie czeki rentowe, które można było kupić od chłopów z rzeszowskiego i krakowskiego. Ale szybko się okazało, że ten czarny rynek się nie opłaca, bo cwani chłopi natychmiast po sprzedaniu czeku zawiadamiali ambasadę amerykańską, że go zgubili i w banku czek blokowano. Zaczynały się wyjaśnienia, wizyty milicji.

Witold Mętlewicz twierdził, że dla niego przełomem był rok 1963, kiedy to pierwszy raz wyjechał za granicę. Do Wiednia, na zaproszenie Bednarczyka. – On mnie przyjął w luksusach, oszołomił, zapraszał do najlepszych restauracji. Gdy tam wchodził, orkiestra grała „Czerwone maki”. Zapytałem, jak się mam zrewanżować. Chciał, abym się zgłosił do kilku osób w Krakowie i je pozdrowił. Za następną wizytą sporządził listę przedmiotów, które mam kupić. Były to XVI-wieczne rzeźby, obraz Wyczółkowskiego i porcelana miśnieńska. Miałem schować i czekać na okazję wysyłki do Wiednia. Włodzimierz Chryniewiecki, przyznając się do zarzucanych mu czynów, tłumaczył, że wciągnął go ten hazard, bo nie ponosił kosztów – jako pracownik resortu kolei miał bezpłatne bilety na przejazdy, mógł więc przeszukiwać salony i strychy w całej Polsce. – W sumie przekazałem do Wiednia przedmioty za – licząc po cenach zakupu w Polsce – ok. 1,5 mln zł. Na Zachodzie ich rynkowa wartość rosła co najmniej trzykrotnie.

Człowiek z garbem

Jak wyglądały poszukiwania cennych zabytków, opowiedział przed sądem ks. Leon Dygas: – Włodka poznałem w osobliwych okolicznościach: siedziałem na ławce przy kościele w Pabianicach. Podszedł do mnie starszy pan w płaszczu wypuczonym na plecach widocznym garbem i zapytał, czy jako duchowny mógłbym mu ułatwić spotkanie z ks. Leonem Dygasem. Wyglądał na biedaka potrzebującego pomocy. – To ja – przedstawiłem się. Wtedy on opowiedział o sobie: jest zubożałym ziemianinem, miał duży majątek, wojna, a potem komuniści wszystko mu zabrali. – Pozostał mi tylko herb i garb na plecach – zaśmiał się z ironią. Pogłaskałem po garbie, bo mówią, że to przynosi szczęście. On miał łzy w oczach, gdy mi się zwierzył, że mimo nędzy, w jaką popadł, szuka w okolicy choćby drobiazgów z dawnych dworków czy pałaców. Przez sentyment do młodości. Może wiem, gdzie jeszcze można coś znaleźć? Podczas następnego spotkania, gdy już się dogadaliśmy w interesach, pokazał mi legitymację radcy w Ministerstwie Komunikacji. Z tym ubóstwem to był blef, on miał dużo pieniędzy. Niestety, jego garb nie przyniósł mi szczęścia. Ksiądz przed sądem teatralnie dramatyzował: – Dziś jestem jak rozdarta sosna! – krzyknął. – Zawsze lojalny obywatel, dałem się wplątać w nieprawdopodobną aferę. Byłem kolekcjonerem pięknych rzeczy, obrót złotem i dewizami to tylko uboczne zajęcia. Podrabianie obrazów traktowałem jako ćwiczenie ręki.

Twierdził, że wobec sądu nie ma nic do ukrycia. Ale miał. Czujnie zmieniał, odwoływał złożone w śledztwie wyjaśnienia, kręcił. Gdy kazano mu rozpoznać wyłożone na stole sędziowskim falsyfikaty własnej produkcji, zasłaniał się przytępieniem w areszcie pamięci. Danuta Mętlewicz na pytanie sędziego, jak się ustosunkuje do dopiero co złożonych wyjaśnień męża, że do jej powinności należało przeliczanie obcych walut, żachnęła się: – Coś podobnego! Przecież ja jestem taka słaba w rachunkach. – Zatem mąż kłamie? – Nie zwróciłam uwagi na to, co on mówi. Dziękuję, skończyłam. Sędzia: – Oskarżona pół procesu się prześmiała, mogła nie usłyszeć.

Witold Mętlewicz w ostatnim słowie przerywanym łkaniem, przedstawił psychologiczną analizę swego postępowania: – Ostatnio dużo się zastanawiałem nad tym, dlaczego zostałem przestępcą. Znalazłem odpowiedź. Pierwszym powodem był Bednarczyk, jego udane próby olśnienia mnie swoim bogactwem. Pragnąłem też zaimponować żonie, którą kochając bezmiernie, chciałem otoczyć wszelkimi luksusami. Poza tym – może zabrzmi to paradoksalnie – ale jestem przekonany, że do przestępstwa doprowadziła mnie moja uczciwość. Wszyscy, mając do mnie zaufanie, prosili o przysługę w niedozwolonych transferach, a ja nie potrafiłem odmówić. I wciągnęło mnie. Pozostali oskarżeni niewiele mogli powiedzieć, bo dusił ich szloch. 18 grudnia 1976 r. ogłoszono wyrok. Witolda Mętlewicza i Mieczysława Młynarczyka sąd skazał na kary po 25 lat więzienia i milionie grzywny. Ich żony usłyszały kilkuletnie wyroki. Pozostałych sześcioro handlarzy złotem, dewizami i dziełami sztuki szło za kraty na 9 i 12 lat. Sąd skonfiskował członkom gangu majątek wyceniony na ćwierć miliarda złotych. Zaraz po procesie dziennikarz „Kultury” Andrzej Gass zadzwonił do Czesława Bednarczyka po komentarz. Wiedeński antykwariusz wyznał, że procesu w Warszawie nie śledził. – Za granicę nie powinny być wypuszczane tylko przedmioty o naprawdę historycznej wartości, ale reszta? Jakieś Kossaki, Grottgery, co to za cymes… Dla renomowanego antykwariusza w Polsce już nie ma wartych uwagi dzieł sztuki.

Bądźmy dżentelmenami

Po ogłoszeniu wyroku kilku oskarżonych nie odwieziono od razu do celi, bo za ścianą rozpoczął się proces pracowników Desy, państwowego przedsiębiorstwa mającego w PRL monopol na handel antykami. Skazani w procesie „złotogłowych” mieli tam występować jako świadkowie. Obie afery w kilku miejscach się bowiem krzyżowały. Sprawa Desy zaczęła się od włamania do warszawskiej willi. Poza obrazami złodzieje wynieśli historyczną pamiątkę – powstańczy Krzyż Kawalerski z 1831 r., którym był odznaczony porucznik Henryk Wielowiejski. Milicja zatrzymała dwóch rabusiów – przyznali się do sprzedaży łupów w Desie. Jednakże kierowniczka sklepu Krystyna Delatkiewicz twierdziła, że nie mają i nigdy nie mieli takiego eksponatu.

Trzy lata później ta sama kobieta zaprowadziła ekipę śledczą na cmentarz w Radości. Kazała kopać ziemię przy szóstym słupku parkanu. Łopaty zazgrzytały na szklance po musztardzie, w której był ukryty ów powstańczy Krzyż. Akt oskarżenia objął 11 osób, sześć z nich to kolekcjonerskie tuzy, specjalizujące się głównie w numizmatyce. Dla zdobycia zbioru dawnych monet gotowi byli płacić horrendalne pieniądze. Publiczność sądowa usłyszała m.in. o ich podchodach do zbiorów zmarłego krakowskiego numizmatyka. Ten, któremu udało się dogadać ze spadkobiercami, od ręki oddał pół miliona złotych za niewielką część kolekcji. Właśnie tacy fanatycy z obsesyjną myślą zdobycia poszukiwanego eksponatu byli ulubionymi klientami warszawskiej Desy na Nowym Świecie. Do sklepu wchodzili z przygotowaną już łapówką, aby jak najszybciej dokonać transakcji na zapleczu salonu.

Oskarżona Delatkiewicz powie na procesie: – Kupujący czatowali na nowy towar jak hieny. Łapówki wpychali nam do kieszeni, nie można się było od tego opędzić. Ten wizerunek personelu, bezradnego wobec nachalności klientów, korygowały jednak zeznania oskarżonych kolekcjonerów. Twierdzili oni, że bez łapówki niemożliwe było ani wstawienie towaru, ani kupno czegoś wartościowego. Obowiązywała stawka – dziesięć procent ceny. Jeden z numizmatyków zeznał, że gdy sprzedał w Desie monety o wartości 20 tys. zł, podszedł do niego kierownik i szepnął: „Bądźmy dżentelmenami”. Włożone mu do kieszeni 1000 zł skwitował grymasem. – Przez skąpstwo spaliłem sobie dojście – ubolewał oskarżony. Łapówkarskiemu systemowi sprzyjał też fakt, że pracownicy Desy sami określali wartość eksponatów. Kuriozalne było to, że z reguły nie byli z wykształcenia historykami sztuki. Krystyna Delatkiewcz wyceniła powstańczy krzyż jak zwykłe militaria – na 25 tys. zł. Potem dołożyła jeszcze 700 zł „za rok 1863”. I natychmiast kupiła to odznaczenie, wymazując je z kartoteki. Krzyż schowany na cmentarzu czekał na kolekcjonera, nieliczącego się z wydatkami na zaspokojenie swojej pasji. Wyroki, jakie zapadły w sprawie wyprowadzania tylnymi drzwiami eksponatów z Desy, wynosiły od dwóch do sześciu lat.

Była furtka

Po zakończeniu obu procesów rozpoczęła się w prasie dyskusja historyków sztuki i muzealników o tym, jak wygląda w Polsce ochrona dóbr kultury. Śledztwo w sprawie „złotogłowych” wykazało, że wielu cennych dzieł sztuki z poprzednich wieków nikt nie zewidencjonował. W katalogach Ministerstwa Kultury nie było nawet wazy Augusta II i poszukiwanego na zachodzie serwisu łabędziego Brühla (oba dzieła dostały się w ręce „złotogłowych”). Od lat powszechną praktyką stało się wypożyczanie na słowo z muzeów obrazów i rzeźb do gabinetów ministrów, sekretarzy partii i innych prominentów. W gmachu KC nawet na korytarzach wisiały płótna Chełmońskiego, Gierymskiego i innych piewców chłopskiego znoju. Taka tematyka pasowała do socjalistycznej ideologii.

Dyskutanci wskazywali na luki w ustawie z 1962 r. o zakazie wywozu i ochronie dóbr kultury. Zgodnie z jej literą urzędy konserwatorskie miały obowiązek rejestrowania dzieł sztuki i niewypuszczania za granicę najcenniejszych antyków. Niestety, art. 5 ustawy otwierał furtkę dla grabieżców. Mówił on: „Nie podlegają zakazowi wywozu przedmioty, wymienione w art. 5, o ile wyrazi na to zgodę wojewódzki konserwator zabytków”. Handlarze przedmiotami antykwarycznymi korzystali też z chaosu organizacyjnego – gdy konserwator jednego województwa odmawiał, można się było dogadać z innym, wszak funkcjonowało ich siedemnastu. Ale od zakończenia wojny aż do procesu nikt nie podnosił alarmu, że trwa ogałacanie kultury Polski z jej dziedzictwa.

Willa dla generała

Jakie były dalsze losy skazanych? Żaden ze „złotogłowych” nie odsiedział wyroku do końca. Witold Mętlewicz wyszedł na warunkowe zwolnienie w listopadzie 1988 r. Nie miał możliwości odbudowania swej materialnej potęgi. Bezpowrotnie stracił swą willę na warszawskim Mokotowie. Po konfiskacie mienia luksusowo wyposażony dom przejął Skarb Państwa i następnie za symboliczną złotówkę oddał ówczesnemu wiceministrowi MSW Mirosławowi Milewskiemu. Po ujawnieniu afery „Żelazo” jesienią 1990 r. odwołany ze stanowiska generał musiał się z willi wyprowadzić.

MSW zarekwirowało też drogie zagraniczne samochody głównych skazanych. Skonfiskowane złoto i waluty przejął Narodowy Bank Polski. Natomiast znalezione w skrytkach obrazy i precjoza warszawiacy mogli obejrzeć na wystawie „Dzieła sztuki odzyskane dla kultury narodowej przez SB i MO”, urządzonej w Muzeum Narodowym. Obok płócien Chełmońskiego, Józefa Brandta, Alfreda Wierusz-Kowalskiego, Gierymskiego, Siemiradzkiego, Fałata pokazano XVII-wieczne srebra, miśnieńską porcelanę. Po zamknięciu ekspozycji komisja rządowa rozparcelowała obrazy i precjoza do gabinetów ministrów partyjnych i resortowych. Były już ksiądz Leon zmarł po wyjściu z więzienia na warunkowe zwolnienie. Materialnie z całej dziesiątki oskarżonych on najmniej stracił, bo uratował kapitał złożony w szwajcarskim banku.

Korzystałam z publikacji Andrzeja Gassa w warszawskiej „Kulturze”, Kazimierza Boska w „Literaturze”, Krystyny Świąteckiej w „Perspektywach” i Danuty Frey w „Tygodniku demokratycznym”.

Skarby SB

Jak w kraju, gdzie celnicy potrafią zakwestionować dwie puszki z mięsem na granicy, handel walutami, złotem i sztuką mógł trwać latami? – dziwiła się w 1975 r. „Wolna Europa”, komentując początek procesu „złotogłowych”. Media na Zachodzie, które opisywały sprawę, od początku sugerowały, że w skandaliczny handel złotem i dewizami uwikłany był PRL-owski aparat bezpieczeństwa. Wskazywano, że SB zachowuje w całej sprawie „podejrzaną powściągliwość”. Kilka lat temu „Gazeta Wyborcza” ustaliła, że oskarżeni mieli oparcie w MSW. Niewykluczone, że z przemytu złota finansowana była działalność kontrwywiadu PRL. Inna hipoteza głosi, że ujawnienie sprawy wykorzystano do walk frakcyjnych w Partii. - Ludzie z Biura Śledczego MSW nie wychodzili z sali rozpraw. Jakby czegoś pilnowali – mówił „GW” jeden z obserwatorów procesu.

Czytaj także:
Złoty gang marszandów

Czytaj także

 1
  • pipapo IP
    Dobra robota. Mozna by myśleć, kradzione nie tuczy. Tuczy, to widać dzisiaj w pod warszawskich willach złodziei polskich operujących na zachodzie Europy.
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także