Biegli ustalają winę, a sąd karze

Biegli ustalają winę, a sąd karze

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ślepe decyzje
Ślepe decyzje / Źródło: Fotolia / Autor: Nando Machado / KW
Nie noszą togi ani nie ściągają uwagi mediów. Jednak coraz częściej to oni przesądzają o tym, kto siądzie w ławie oskarżonych.

Koniec grudnia 2013 r., sala rozpraw Sądu Okręgowego w Warszawie. Na ławie oskarżonych pięć osób z kierownictwa Zakładów Graficznych Domu Słowa Polskiego w Warszawie oraz z firm wykonujących remonty w siedzibie firmy przy ul. Towarowej. Oskarżeni o wyrządzenie szkody w obrocie gospodarczym. Proces się toczy od czterech lat. O co chodzi? Pod koniec 2002 r. za zgodą Ministerstwa Skarbu Państwa zapadła decyzja o sprzedaży deficytowych Zakładów Graficznych w Warszawie. Nabywcą została spółka Jupiter Invest braci S. Ponieważ wcześniej Jupiter remontował obiekty Zakładów Graficznych, w toku transakcji odliczył sobie od zapłaconej kwoty koszty prac, czyli 31 mln zł. Kwotę tę określili rzeczoznawcy Zakładów Graficznych. Kilka lat później NIK, kontrolując wyprzedaż majątku państwowego, zakwestionowała prawidłowość potrącenia z ceny 31 mln zł. Prokurator przygotował akt oskarżenia. Na grudniowej rozprawie sędzia Dorota Radlińska kolejny raz przesłuchuje biegłych.

Sędzia: Jak panowie zrozumieli polecenie prokuratury wykonania opinii dotyczącej rozliczenia między sprzedającym a nabywcą?
Biegły nr 1: Mieliśmy odpowiedzieć na pytanie, czy 31 mln zł to faktycznie koszt remontu, czy wynik popełnionych w transakcji nieprawidłowości. Muszę przyznać, że nasza opinia nie zawiera pełnej odpowiedzi na pytanie.
Sędzia: Dlaczego?
Biegły nr 1: Bo myśmy tej kwoty nie wyliczali.
Sędzia: Czyli została spisana z dokumentów prokuratora?
Biegły nr 2: My się nie znamy na remontach. Nasze opinie były skoordynowane z ustaleniami urzędów skarbowych. Organizowano nam wspólne odprawy z prokuratorem w celu dalszego ukierunkowania przy sporządzaniu opinii.
Sędzia: W opinii stwierdzono, że właściciel Jupiter Invest zawyżył fakturę na prace remontowe o 80 proc. Pojawia się tam sformułowanie: „wyłudzenie przez oskarżonych”. W którym miejscu opinii biegli wskazali wyliczenia potwierdzające tę tezę?
Biegły nr 2: Przypuszczam, że zapis wynikał z zeznania w prokuraturze świadka M.
Sędzia: Panowie nie mogą oceniać zeznań świadków.
Biegły nr 1: W takim razie wniosek jest nieadekwatny, proszę o jego skreślenie.
Sędzia: W opinii występuje pojęcie „figuranci”. Czy prokurator zlecił panom ustalenie figurantów i co się kryje za tym epitetem?

Zamiast odpowiedzi długa cisza. Potem odzywa się biegły nr 2: – Słowo „figurant” powinno być z opinii wykreślone. I nasze wnioski końcowe, które stanowiły podstawę aktu oskarżenia. Chcę dodać, że to zostało przygotowane na konkretne zamówienie i zweryfikowane przez CBŚ. Po kilku dniach przesłuchań biegłych sędzia Radlińska zwróciła akt oskarżenia do prokuratury z zaleceniem jego uzupełnienia.

Można wypaść z rynku

Ten przykład to tylko wierzchołek góry lodowej. Poziom opinii biegłych jest dramatycznie niski. A przecież tak wiele od nich zależy. Doktor prawa Hanna Gajewska-Kraczkowska, która jako adwokat od lat skutecznie broni oskarżonych w przestępstwach gospodarczych, podkreśla wagę ekspertyz biegłych sądowych w tego rodzaju sprawach: – Z natury rzeczy są trudne do osądzenia, bo my nie mamy w kodeksie pojęć ryzyka gospodarczego ani eksperymentu w tego rodzaju działalności. Art. 296, zwany tradycyjnie karalną niegospodarnością, bywa więc źródłem ryzyka dla rzutkich menedżerów. W mojej ocenie stanowi zagrożenie dla wszelkich inicjatyw gospodarczych. Prokuratura traktuje ten artykuł w Kodeksie karnym jako instrument karania za wszelkie nieudane transakcje, abstrahując od zmian w miarę upływu czasu i sytuacji rynkowej. Zazwyczaj podstawą aktu oskarżenia są opinie powołanych do sprawy biegłych.

Pani mecenas podaje przykłady: prokurator oskarżał jej klienta o zakup kilkudziesięciu hektarów nieużytków po zbyt wysokiej cenie. Rzecz w tym, że kiedy dokonywała się transakcja, ten teren miał przylegać do planowanej drogi szybkiego ruchu, co znacząco wpłynęło na jego wartość. Od budowy jednak odstąpiono – wycena gruntu dokonana już w śledztwie była rażąco niska. Nie przeszkadzało to jednak prokuratorowi twierdzić do wyroku – uniewinniającego zresztą – że oskarżony działał na szkodę spółki. Bo takimi wyliczeniami dysponował.

Inna sytuacja: oskarżony, jako szef spółki, nabył znaczącą liczbę akcji spółki matki. W ciągu następnych trzech lat cena tych akcji bardzo spadła. Został oskarżony z art. 296 kk. Proces trwał sześć lat. Pod koniec akcje spółki poszybowały o 260 proc. w górę. Prokurator, opierając się na starej „ekspertyzie”, nadal żądał skazania. Nawet jeśli po wielu latach wszystko zakończy się szczęśliwie uniewinnieniem – zauważa pani mecenas – to toczące się postępowanie może oznaczać śmierć cywilną dla oskarżonego menedżera, bo wypada z rynku.

Skończyłem kurs, nie powiem jaki

Za ofiarę biegłych sądowych uważa się Jacek Socha oskarżony o to, że w 2003 r. jako minister skarbu podjął decyzję o sprzedaży akcji elektrociepłowni w Łodzi. Wartość spółki została oszacowana na 1,175 mld zł. Nabywcą została spółka Dalkia Polska, która za 85 proc. akcji zaproponowała 900 mln zł. Równocześnie się zobowiązała, że w ciągu czterech lat zainwestuje w przedsiębiorstwo co najmniej 272 mln zł. Był sierpień 2005 r.

Trzy lata później prokuratura uznała, że Socha popełnił przestępstwo. Biegły Roman M. bowiem stwierdził, że akcje elektrociepłowni sprzedano ze szkodą dla Skarbu Państwa. Z grubsza chodziło o to, że spółkę sprzedano za kwotę niższą, niż wynikało to z wyceny przedsiębiorstwa. Tyle że w gospodarce rynkowej to norma. O rzeczywistej wartości spółki decyduje to, ile w danym momencie ktoś jest w stanie za nią zapłacić. A to wynika z aktualnej sytuacji rynkowej. Wbrew sugestiom biegłego państwo nie może też zmusić nowego właściciela do inwestycji na wyższym poziomie, niż on sam uważa za uzasadnione gospodarczo. Byłoby to bowiem sprzeczne z prawem Unii Europejskiej. Jacek Socha i jego obrońca mec. Magdalena Bentkowska już na etapie śledztwa włożyli wiele wysiłku, aby przy pomocy szczegółowych pytań kontrować opinie biegłego M. Przedstawili także w prokuraturze prywatne opinie uznanych rzeczoznawców. Prof. dr hab. Grzegorz Domański, specjalizujący się w zagadnieniach prawa handlowego oraz prywatyzacji stwierdził, że Minister Skarbu dochował w przygotowaniu transakcji należytej staranności.

Kolejny biegły powołany przez obronę, Paweł Cygański, członek Amerykańskiego Stowarzyszenia Biegłych ds. Wycen w Polsce, zeznając przed sądem, nie miał wątpliwości: – Szacowanie wartości spółki przez Romana M. jest błędne i nierzetelne. Biegły M. nie odróżnia prywatyzacji kapitałowej, gdzie zbywa się akcje, od zbywania majątku spółki. Sprzedaż akcji po cenie określonej w umowie z sierpnia 2005 r. była w istocie ratunkiem dla tego przedsiębiorstwa. Bardzo obszerną analizę opinii wynajętego przez prokuraturę biegłego przedstawił wielokrotnie przesłuchiwany w charakterze świadka Mirosław Długosz, doradca gospodarczy z Polish Institute of Management: – Biegły nie zna kluczowych przepisów odnoszących się do procesu prywatyzacji. Piramidalną bzdurą było posługiwanie się przy oszacowaniu prywatyzowanej spółki przepisami dotyczącymi gospodarki nieruchomościami.

Jak wytłumaczyć taką ignorancję? Mec. Magdalena Bentkowska wykazała, że Roman M. nie jest specjalistą od analiz prywatyzacyjnych. Sam zresztą przyznał, że po raz pierwszy ocenia proces prywatyzacji. Wiedza, którą, jak oświadczył, dysponuje, nie została potwierdzona żadnymi egzaminami ani certyfikatami. Ponoć w Danii uczestniczył w kursie na temat prywatyzacji organizowanym przez pewną firmę. Ale odmówił ujawnienia jej adresu. Dlaczego zatem ta opinia stała się podstawą aktu oskarżenia? Mirosław Długosz widział tylko jedno wytłumaczenie: kryło się ono w przekonaniu prokuratury, że każda prywatyzacja to jeden wielki przekręt. Dosłownie tak się wyraził przesłuchujący go funkcjonariusz CBA. W połowie 2011 r. mec. Bentkowska wystąpiła do Prokuratury Okręgowej w Warszawie o umorzenie śledztwa. I tak się stało. Ale w decyzji prokuratury trudno szukać ubolewania wobec byłego ministra, który przez kilka lat musiał żyć w aurze podejrzanego.

Pomagał oficer

Już dziesięć lat toczy się proces Grzegorza Wieczerzaka, byłego prezesa PZU Życie, oskarżonego o narażenie spółki na 173,5 mln zł strat. Straty poniesione na handlu akcjami Narodowych Funduszy Inwestycyjnych wyliczał biegły doradca inwestycyjny Tomasz K. Przesłuchiwany przez sąd wyznał z rozbrajającą szczerością: – Nigdy szczególnie nie interesowałem się rynkiem akcji NFI. Ale skontaktował się ze mną oficer CBŚ. Dostarczył odpowiednie papiery i pomógł mi napisać opinię. Nie była to jedyna kompromitacja „instytucji” biegłego na tym głośnym procesie. Jadwiga M., rewident, która szacowała straty PZU Życie na podstawie pożyczek udzielonych trzem firmom, przyznała się na sali sądowej, że dane do swej opinii zebrała ze stron internetowych jednej z gazet. Ale pomieszały się jej liczby, wskutek czego zawyżyła korzyści firm o 14,4 mln zł.

Na następnej rozprawie wyszedł na jaw inny błąd tej samej biegłej. Pomyliła ona zyski z bonów skarbowych z lokatami bankowymi. Sędzia pożyczył Jadwidze M. kalkulator, proponując, aby zweryfikowała swoje dane. Po długich i mozolnych obliczeniach straty PZU Życie stopniały na sali sądowej o 20 mln zł. Ostatecznie sąd zwrócił prokuraturze akta z poleceniem uzupełnienia ich nowym raportem biegłych. W tej sprawie (Wieczerzak miał jeszcze inne procesy) nie ma dotąd wyroku.

Więcej szczęścia miał dwa lata temu były minister Skarbu Państwa Wiesław Kaczmarek oskarżony o działanie w zorganizowanej grupie przestępczej. Prokuratura zarzuciła ministrowi spowodowanie 47 mln zł straty na warszawskich Torach Wyścigów Konnych. Podstawą aktu oskarżenia były przede wszystkim opinie biegłego sądowego sporządzone na zlecenie organów ścigania. Same ekspertyzy kosztowały ok. 200 tys. zł. Toczący się od trzech lat proces (40 rozpraw) zakończył się w 2011 r. wycofaniem aktu oskarżenia.

Kaczmarek zasiadał na ławie oskarżonych przez trzy lata. To niewiele w porównaniu z Władysławem Jamrożym, byłym prezesem PZU SA, który został uniewinniony po dziesięciu latach. Miał proces o narażenie PZU SA na prawie 11 mln zł strat przy kupowaniu działek, na których planowano postawienie tzw. centrów likwidacji szkód. Nieruchomości kupowała spółka córka centrali PZU Dewelopment. Według prokuratury zbyt drogo. Podczas procesu porównano wyceny biegłych pracujących dla prokuratury, a potem innych powołanych przez sąd. Różnice okazały się drastyczne. Na koniec prokurator sam złożył wniosek o uniewinnienie oskarżonych.

Robota na taśmę

Nic dziwnego, że od lat część środowisk prawniczych domaga się, by status biegłych, zasady wyboru i funkcjonowania zostały określone ustawowo. Obecnie kwestie te reguluje rozporządzenie ministra sprawiedliwości z 2005 r. Biegłym sądowym może zostać każdy, kto ma ukończone 25 lat, polskie obywatelstwo i legitymuje się praktycznymi wiadomościami z dziedziny potrzebnej wymiarowi sprawiedliwości. Jego wiedzy nikt nie weryfikuje. Kiedy śledczy wkroczyli do siedziby Amber Gold, właściciela gdańskiej piramidy finansowej, zabrali m.in. 500 kartonów i 190 segregatorów z dokumentacją firmy. Prokuratorzy postanowili oddać ten zasób w ręce biegłego, który by wszystko zanalizował i odsłonił kulisy funkcjonowania piramidy. Zapytano pewnego biegłego z listy sądu, czy się podejmie tego zadania. Chętnie się zgodził. Za ekspertyzę zażądał zaledwie 7 tys. zł. Prokuratorzy już po cenie usługi zorientowali się, że ekspert rachunkowości nie bardzo wie, o co chodzi. Podjęto więc pertraktacje z wyspecjalizowaną firmą z Warszawy, która cenę usługi (w sumie pół roku pracy) określiła na 1 mln zł.

Wcale nie tak rzadko biegli dla korzyści majątkowych sprzeniewierzają się składanemu przyrzeczeniu, że będą wykonywać swe obowiązki „z całą sumiennością i bezstronnością”. Obecnie w warszawskim sądzie okręgowym toczy się proces lekarzy ze Stocera, którzy za łapówki operowali zdrowych przestępców, uniemożliwiając w ten sposób ich zamknięcie areszcie. W przygotowaniu fałszywej dokumentacji z oskarżonymi chirurgami współpracowali lekarze biegli sądowi. Prof. Piotr Girdwoyń z Katedry Kryminalistyki Wydziału Prawa i Administracji UW twierdzi, że przyczyny skandalicznego niekiedy poziomu biegłych należy szukać u podstaw, czyli w systemie organizacyjnym tego rodzaju świadczeń. Jeszcze do ubiegłego roku część przepisów dotyczących biegłych wynikała z dekretu Bieruta. Od kilkunastu lat dyskutuje się nad ustawą o biegłych. Projektów było już kilkanaście, żaden nawet nie wyszedł z Sejmu.

Wybitni fachowcy nie ścigają się do wpisu na listę, bo nie satysfakcjonują ich honoraria. W postępowaniu przygotowawczym prokurator bez konsultacji może zasięgnąć opinii kosztującej co najwyżej 1,5 tys. zł. W tej sytuacji chętni do napisania opinii często się rekrutują spośród osób, które zarejestrowały działalność gospodarczą z zakresu jakichś badań i z tego żyją. Tu za „ekspertyzę” 800 zł, tam 1 tys. zł i się uskłada. Jakość takiej opinii to kwestia zupełnie drugorzędna. Często i dla prokuratora, który nie za bardzo się utożsamia ze sprawą, bo prowadzi ją tylko na pewnym etapie, potem przekazuje koledze, a jeszcze inny prokurator uczestniczy później w procesie sądowym. W Polsce, gdzie funkcja biegłego bywa albo zajęciem dla pasjonatów, albo po prostu źródłem zarobku, ale niedużego, opłaca się zatem pracować na ilość. To rodzi niebezpieczeństwo powielania w opinii schematów, w których zmieniają się tylko dane osobowe badanego.

– Przedmiotem oceny biegłego – zauważa prof. Piotr Girdwoyń – nie może być kwestia, kto jaki przepis naruszył i czy jest winien. To należy do wyłącznej kompetencji sądu. Opinia biegłego, tak jak i każdy inny dowód w sprawie, podlega swobodnej ocenie organu procesowego; teoretycznie wszystkie dowody ważą tyle samo. Ale w praktyce wypowiedź biegłego jest uważana przez bardzo wielu sędziów, prokuratorów i adwokatów za dowód trudniejszy do podważenia. W wielu przypadkach można by uniknąć kompromitacji, gdyby jeszcze na etapie postępowania prokuratorskiego ktoś te opinie uważnie przeczytał i w razie wątpliwości wezwał autora, dopytał. Niestety, jeśli dochodzi do takiej czynności, to najczęściej dopiero w sądzie.

Miałem okazję poznać sędzię Dorotę Radlińską na rozprawie i wiem, że jest bardzo dociekliwym sędzią. Ale nie wszyscy są tacy. W sprawie, o której myślę, występowałem jako biegły z zakresu badań pisma ręcznego. W czasie postępowania przygotowawczego została sporządzona inna opinia i ona wzbudziła wątpliwości sędzi Radlińskiej. Zwróciła się więc do naszej katedry, żebyśmy wydali drugą opinię; w rezultacie moja różniła się o 180 stopni. Na rozprawie odbyła się konfrontacja i autor tej pierwszej zgłosił, że chce sprostować swoje wnioski. W miejscu, gdzie jest napisane, że materiał pochodzi od oskarżonego, zmienia następująco: „prawdopodobnie nie pochodzi od oskarżonego”. Sędzia zaskoczona tak istotną korektą pyta, co się stało. A biegły: – Bo to nie ja pisałem tę opinię, gdyż byłem w tym czasie w sanatorium, tylko mój uczeń, a ja się tylko podpisałem. Taka „niewinna” poprawka! A przecież na sali sądowej decyduje się los człowieka. Nadal są aktualne obserwacje nieżyjącego już wybitnego prawnika prof. Tadeusza Cypriana, który ponad 30 lat temu napisał, że w Polsce biegli ustalają winę, a sąd karze. 

Okładka tygodnika WPROST: 3/2014
Więcej możesz przeczytać w 3/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także