Za kraty do końca życia

Za kraty do końca życia

Dodano:   /  Zmieniono: 
Więzień
Więzień / Źródło: Fotolia / Autor: BortN66
Dożywocie czy uniewinnienie? To pytanie wisiało w powietrzu, gdy sędzia zaczął odczytywać wyrok.

W warszawskim sądzie okręgowym dobiegł końca proces oskarżonego o zamordowanie czterech osób 34-letniego Mariusza B. oraz jego kuzyna Krzysztofa R., któremu postawiono zarzut pomocnictwa. Ciał ofiar nie znaleziono, a oskarżeni, którzy w śledztwie przyznali się do przestępstwa, przed sądem wszystko odwołali.

Ojciec i córka

„Muszę wam coś ważnego powiedzieć. Zbiórka wieczorem u Krzyśka I.” – SMS tej treści od Zbigniewa D. wyświetlił się 6 kwietnia 2006 r. na ekranach telefonów kilku osób. Wszyscy znali się ze spotkań w parafii jednej z dzielnic Warszawy. Śpiewali tam w kościelnym chórze, latem wyjeżdżali na oazowe rekolekcje organizowane przez wikariusza Piotra S. 40-letni Zbigniew D., najstarszy w tym gronie, właściciel sklepów ze sztuczną biżuterią, oficjalnie żonaty, w rzeczywistości od kilku lat był w separacji. Na spotkanie przyjechał z córką, 18-letnią Olą. Wyglądał na zdenerwowanego, drżały mu ręce. – Zostałem wczoraj porwany przez Mariusza, któremu pomagał Krzysiek – powiadomił obecnych. – Skrępowali mi ręce taśmą, zakleili oczy. Wszyscy znali Mariusza B. Jako nastolatek mieszkał u Zbigniewa D. i jego żony Małgorzaty, gdy skłócony z matką wyjechał z rodzinnego Pułtuska. D. wypatrzył go, bezdomnego, na warszawskiej ulicy. Wprowadził do chóru parafialnego. Mariusz był młodszy od Małgorzaty D. o 14 lat. Po dwóch latach oboje opuścili dom Zbigniewa, bo urodziła im się córka.

– Z telefonu Gośki dostałem SMS, żebym podjechał pod jej dom, ma pilną sprawę – relacjonował roztrzęsiony Zbigniew D. – Stawiliśmy się tam z Olą. Przed blokiem czekał Mariusz i jego kuzyn Krzysiek R. Usłyszałem, że Gośka jest przesłuchiwana na komisariacie, trzeba tam jechać. Wsiedliśmy do samochodu Mariusza, ale zamiast na policję zawiózł nas do mojego pustego mieszkania w Starej Miłosnej. Tam mnie skrępowali i Mariusz przystawił mi pistolet do skroni. Chciał, abym spłacił Gośce połowę wartości mieszkania, 200 tys. zł. Potem mnie rozwiązali, nawet się z nimi napiłem. Jednak o powrocie do Warszawy nie było mowy, bo następnego dnia rano miał przyjechać umówiony przez Mariusza agent od ubezpieczeń, żebym podpisał polisę na życie. Dwa miliony złotych dla Gośki, gdyby coś mi się stało. – Zrozumcie wreszcie – włączyła się Ola, gdy już mieli wychodzić. – To był szantaż.

Kilka dni później, 10 kwietnia, Mariusz B. zaprosił Zbigniewa D. i Olę na kolację w mieszkaniu przy ulicy Dzielnej, które zajmował z Małgorzatą i ich córką. Przyjęcie miało zatrzeć nieprzyjemne wrażenie z wyjazdu do Miłosnej. Pół godziny przed tą wizytą Ola wysłała do znajomego taty Krzysztofa I. SMS: „Boję się. Ustalmy jakieś hasło”. Zaniepokojony I. zadzwonił do Zbigniewa D. z pytaniem, czy wszystko w porządku. Ten odpowiedział, że są z Olą poza Warszawą, wrócą rano.

Nazajutrz Krzysztof I. znów usiłował się dzwonić do ojca Oli. Po wielu nieudanych próbach usłyszał głos Zbigniewa D.: „Wszystko w porządku, zaraz będę jechać”. Słowa wypowiadane były jak przez robota. Na prośbę, aby podał komórkę Oli, Zbigniew D. się rozpłakał i połączenie zostało przerwane. Cztery godziny później Ola puściła Krzysztofowi I. sygnał, a kiedy do niej zadzwonił, wyszeptała: – Wierzysz w to, że jakby byli obok, tobym z tobą rozmawiała? Odtąd telefony obojga milczały. 15 kwietnia Krzysztof I. złożył na policji zawiadomienie o uprowadzeniu Aleksandry i Zbigniewa D. Rozpoczęło się śledztwo. Mariusz B., który przedstawił się jako site coordinator w firmie Xerox, zaprzeczył, jakoby miał coś wspólnego z zaginięciem męża jego konkubiny i jej starszej córki. Owszem, pojechali razem do Starej Miłosnej, ale na życzenie Zbigniewa, którego przypadkowo spotkał na ulicy. Od tamtej pory nie widział ani Oli, ani jej ojca.

– Nie można wierzyć w to, co mówi D., a zwłaszcza jego córka – uprzedził policjantów. – Odkąd dorosła, gotowa jest ślepo wykonywać polecenia ojca, gdyż liczy na jego kasę. Stąd pobłażliwość dla wszystkich głupstw tatusia. – Jakie głupstwa ma pan na myśli? – uściślał śledczy. Mariusz B. zwierzył się ze szczególnych relacji, jakie łączyły go z małżeństwem D. Kiedyś stanowili trójkąt erotyczny.

Krzysztof R. najpierw potwierdzał wersję kuzyna, a pod koniec zeznał, że w Starej Miłosnej Mariusz B. „postraszył” Zbigniewa D. Jak bardzo, nie wie, bo na polecenie kuzyna wyszedł z pokoju, gdy założyli mężczyźnie opaskę na oczy. Przesłuchano Małgorzatę D. Zaginięcie męża niespecjalnie ją zmartwiło. – To humbug, on teraz leży gdzieś z kochankiem nad ciepłym morzem i śmieją się, że wycięli mi numer – mówiła. Nie wiedziała, że w domu zostały paszporty zaginionych. Agent firmy ubezpieczeniowej, który 5 kwietnia był w mieszkaniu klienta ze Starej Miłosnej, zapamiętał, że rozmawiał z D. w obecności drugiego mężczyzny. Podpisanie umowy odłożono, gdyż klient nie wykonał niezbędnych badań lekarskich. 18-letnia Ola, uczennica liceum plastycznego, od trzech lat miała chłopaka, Piotra. 10 kwietnia czekał na nią u siebie w domu.

Ola pojawiła się nad ranem. – Była przerażona, musiała się wypłakać – zeznał Piotr. – Mariusz z Krzyśkiem pod przymusem zawieźli ich na działki koło Pułtuska. Późnym wieczorem ubłagała Mariusza, aby podrzucił ją do Warszawy. B. postawił warunek, aby nazajutrz o godz. 14 stawiła się w mieszkaniu przy Dzielnej. Bała się o ojca, nie odmówiła. Ostatni raz Piotr widział ją, gdy następnego dnia dzwoniła na domofon mieszkania matki i Mariusza B. przy Dzielnej.

Partner do tańca

7 marca następnego roku przepadł wracający ze szkoły tańca Henryk S. Ostatni widział go parkingowy, gdy mężczyzna ok. 11 w nocy wysiadł z samochodu i szedł w kierunku swego bloku. Dwa dni później córka Henryka S. odebrała SMS: „Iwonko, nie będzie mnie ze dwa tygodnie. Całuję, tata”. Była zaskoczona, tym bardziej że ojciec nigdy nie zwracał się do niej per Iwonko, choć takie miała imię w dowodzie osobistym. Kolejny SMS przyszedł do żony: „Muszę oddać dług, potrzebuję pieniędzy, wpłać 50 tys. zł na moje konto w Citibanku i na konto PKO. Proszę, pomóż mi, całuję”. I jeszcze jeden, 13 marca tuż przed północą: „Wpłaćcie, ja dłużej nie wytrzymam”. S. był cenionym specjalistą w firmie konsultingowej, miał pieniądze. Kobiety zawiadomiły policję. W śledztwie pojawiły się sygnały, że Marcin B. może mieć coś wspólnego z zaginięciem tego mężczyzny. Ustalono, że w szkole tańca partnerką Henryka S. była Małgorzata D.

W dniu, kiedy zaginął, odprowadzał ją do jej samochodu. 8 marca 2007 r. późnym wieczorem zakapturzony mężczyzna, który zdaniem biegłych przypominał sylwetką Krzysztofa R., usiłował dokonać wypłaty z bankomatu, posługując się kartami Henryka S.; bez skutku, bo na koncie brakowało pieniędzy. Jeden z tych bankomatów znajdował się tuż obok bloku, w którym mieszkał Mariusz B. Kamera zarejestrowała podjeżdżające pod bankomat srebrne renault, takie, jakiego używał B., gdy pracował w firmie Xerox. Ustalono, że telefon do wysyłania SMS w imieniu Henryka S. został kupiony w komisie przez Krzysztofa R. Zarówno B., jak i jego kuzyn twierdzili, że o S. słyszą po raz pierwszy.

Ksiądz wikariusz

8 grudnia 2008 r. proboszcz parafii na warszawskiej Woli zawiadomił policję, że mieszkający z nim ksiądz Piotr S. po rozmowie przez komórkę nagle bez słowa wyjaśnienia wsiadł do samochodu i wyjechał z plebanii. Upłynęły już dwie doby, a on nie odbiera telefonu. Rewizja w mieszkaniu zaginionego wikariusza dostarczyła dowodów na homoseksualny charakter licznych znajomości księdza. Matka Zbigniewa D. zeznała, że ks. Piotr S. przyjaźnił się ze Zbyszkiem, Olą i Małgorzatą, a także z Mariuszem B. Ten ostatni jednak temu zaprzeczył.

Pół roku po zniknięciu duchownego – jest kwiecień 2009 r. – w Warszawie znaleziono porzucony samochód Piotra S. Badanie osmologiczne wykazało, że niedawno siedział w nim Mariusz B. Zapach człowieka utrzymuje się nie dłużej niż 30 dni. Zatem B. poruszał się tym samochodem już po zaginięciu wikarego. Ponownie przesłuchany B. nie tylko przyznał się do znajomości z księdzem, ale też wyjawił, że gdy był nastolatkiem i członkiem oazy, Piotr S. wykorzystywał go seksualnie. W połowie września 2009 r. Mariusz B. niespodziewanie poinformował śledczych, że wskaże, gdzie jest ciało Piotra S., którego udusił z zemsty za deprawowanie w młodości. Przyznał się też, że zatelefonował do księdza na plebanię z propozycją intymnego spotkania. We wskazanym miejscu ciała nie znaleziono. Po całonocnym przesłuchaniu B. przyznał się też do uduszenia Zbigniewa D., jego córki i Henryka S. Ciała zakopał w lesie. Ale po trzech latach nie pamiętał, w którym miejscu.

Jeszcze tego samego dnia B. odwołał swoje zeznania. Podobnie zachował się Krzysztof R. Obaj twierdzili, że w czasie przesłuchania byli bestialsko bici. Aby policjanci przestali ich męczyć, podawali do protokołu, co tylko chcieli usłyszeć. W opinii biegłych z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie Mariusz B. zachowywał się w sposób typowy dla psychopatycznego sprawcy seryjnych zabójstw: taki osobnik przyznaje się tylko raz i potem wycofuje z tego, co powiedział. Z reguły nie wskazuje prawdziwego miejsca ukrycia zwłok. Psycholodzy uznali, że Mariusz B., zeznając o uduszeniu czterech osób, mówił prawdę. Posłużono się też wariografem. – Obaj oskarżeni mają wiedzę o okolicznościach zaginięcia poszukiwanych czterech osób – orzekli biegli. Mariusz B. otrzymał zarzut czterokrotnego zabójstwa, a Krzysztof R. udzielania pomocy mordercy w uniknięciu odpowiedzialności karnej.

Wyrok

Sąd skazał Mariusza B. na dożywocie, Krzysztofa R. na dziewięć lat więzienia. Przez kilka godzin sędzia Marek Celej uzasadniał takie wyroki, wykazując, że w tej sprawie, nie do końca poszlakowej, dowody układają się w logiczny, nieprzypadkowy ciąg. Oskarżeni odwołali przyznanie się do winy, twierdząc, że zostało wymuszone torturami. Ale trzeba też wziąć pod uwagę zeznania policjantów, którzy zastosowali środki przymusu, bo B. i R. byli agresywni. Sąd ponownie powołał w tej kwestii biegłych, ich opinia pozwoliła uznać, że przyznanie się do winy nie było wymuszone.

Sędzia określił też motywy popełnienia morderstw: powikłane układy erotyczne, zazdrość, chęć wzbogacenia się, zlikwidowanie świadka przestępstwa. – Dobro i zło istnieją obok siebie, a człowiek musi dokonać wyboru – sędzia Celej zacytował Mahatmę Gandhiego. – Mariusz B. dokonał wyboru. Na koniec zauważył szczególną rolę Małgorzaty D., wdowy po Zbigniewie. Choć zamordowano jej córkę, dwukrotnie dała fałszywe alibi oskarżonemu o ten czyn konkubentowi.

Wyrok jest nieprawomocny.

O tej sprawie we „Wprost” (nr 18/2013) pisał Bartek Janiszewski

Okładka tygodnika WPROST: 18/2014
Więcej możesz przeczytać w 18/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także