Wyroki zapadają w ciszy - sprawa zabójczyni małej Madzi

Wyroki zapadają w ciszy - sprawa zabójczyni małej Madzi

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ogłoszenie wyroku w sprawie Katarzyny W.
Ogłoszenie wyroku w sprawie Katarzyny W. / Źródło: Newspix.pl / Foto: Artur Gierwatowski
Jeśli procesy kontradyktoryjne będą tak obsługiwane przez dziennikarzy, jak sprawa zabójczyni małej Madzi, sprawiedliwość nie dojdzie do głosu.

Najpóźniej na początku września zaczną się w sądach rozprawy według nowego modelu postępowania karnego - kontradyktoryjności. Nowelizacja k.p.k. obowiązuje od lipca br.

Do tej pory często było tak, że sędzia, prócz prowadzenia rozprawy i wydania wyroku zajmował się także ustaleniem okoliczności popełnionego przestępstwa. Działo się to w sytuacji, gdy akt oskarżenia był niedopracowany, a dyżurny prokurator zapytany na rozprawie o jakieś wnioski, za każdym razem odpowiadał: - Nie zgłaszam.

- Wprowadzenie modelu kontradyktoryjnego zmusi prokuratora do takiej znajomości akt postępowania przygotowawczego, by na rozprawie mógł skutecznie przeprowadzić dowody dla poparcia tezy oskarżenia, oraz wykazywać słabość dowodów obrony - stwierdza Jerzy M. Ferenz z departamentu Prawa Karnego Ministerstwa Sprawiedliwości.

Dziennikarze, którzy dotąd zwykle pojawiali się na rozprawach tylko w dniu rozpoczęcia i ewentualnie na ogłoszeniu wyroku teraz, uczestnicząc w całym, znacznie szybciej toczącym się procesie, będą świadkami niekiedy dramatycznej walki między stronami. Czy w przypadku spraw głośnych, bulwersujących, potrafią zachować właściwy dystans, czy uszanują procedurę i nie będą usiłowali na własną rękę prowadzić śledztwa? Tak zwana IV władza ma potężne narzędzie: gazety, telewizje, internet. Łatwo nimi zagłuszyć prawdę, dopiero wyłaniającą się po mozolnym dochodzeniu.

Przykład ostatecznie zakończonego procesu morderczyni małej Madzi z Sosnowca pokazuje, jak bardzo może być destrukcyjna rola dziennikarzy, którzy nie zważając na powołane do tego instytucje, chcą pierwsi wydawać wyroki.

Już nic nie da się ugrać

Ostatnia odsłona tego reality show odbyła się w lipcu br. w Sądzie Najwyższym, gdzie trafiły kasacje (prokuratora i obrońcy) od wyroku dla Katarzyny W.

Już w holu, przed rozpoczęciem rozprawy, na kilkudziesięciu uzbrojonych w kamery dziennikarzy spadła zła wiadomość - nie będzie skazanej, tylko reprezentujący ją adwokat Arkadiusz Ludwiczak, który domaga się powtórzenia procesu, „bo nie udało się ustalić mechanizmu śmierci”.

Skierowano zatem obiektywy na sędziów, ale było wiadomo, że newsa z tego nie będzie. Gdyby nie powaga sali sądowej, kamerzyści wycofaliby się na korytarz zaraz po ogłoszeniu, że kasacje zostały odrzucone. - Nie rozwijaj kabli. Tu już nic nie da się ugrać - usłyszałam szept operatora do swego pomocnika.

Również żaden z kilkudziesięciu obecnych na sali SN reporterów nie notował, co mówi sędzia w uzasadnieniu wyroku, choć starała się używać jak najprostszego języka. Dziennikarską publiczność nie interesowały rozważania prawne.

Tak oto odszedł w archiwalny niebyt proces, którym żyła cała Polska. Jak obliczono w Press Service Monitoring Mediów, jeszcze na etapie śledztwa ukazało się na ten temat ponad 26 tys. publikacji.

Po zejściu z łamów gazet i telewizyjnego ekranu sprawa matki 6-miesięcznej Madzi trafiła na seminaria dla studentów prawa. Nie tylko jako casus częściowo poszlakowego procesu, ale przede wszystkim, jako przykład manipulowania opinią publiczną przez podejrzaną, dziennikarzy, odbiorców medialnych wiadomości, a także prywatnego detektywa. Teraz, gdy wreszcie ucichł zgiełk, można zrobić to, na co nie zdecydowali się autorzy dotychczasowych publikacji - prześledzić w prokuratorskich aktach, jak ekipa kryminalna przez rok docierała do prawdy zmagając się z tymi, którzy usiłowali zmylić jej tropy.

Portret porywacza

Gdy 26 stycznia 2012 roku na ulicach Sosnowca i w okolicy rozlepiono 10 tys. plakatów o poszukiwaniu półrocznej Madzi, a matka Katarzyna W. z płaczem błagała porywacza z telewizyjnych ekranów o oddanie „małej perełki”, współczuła jej cała Polska. Policyjny psycholog zachęcał domniemanego porywacza do podrzucenia dziecka w „okna życia”. Na adres organów ścigania spłynęły tysiące listów od osób przekonanych, że zetknęły się z kidnaperem.

Ktoś 24 stycznia (w dniu zaginięcia Madzi W.) leciał samolotem do Londynu i widział młodą parę z dzieckiem, rozpaczliwe płaczącym, jakby je oderwano od matczynej piersi. - Pasażerka w ogóle się tym nie przejmowała, natomiast jej partner niespokojnie rozglądał się wokół. Na pewno porwali cudze dziecko - informował policję autor listu.

Reporterzy Dziennika Bałtyckiego popędzili do słynnego jasnowidza Jackowskiego z prośbą, aby „zobaczył”, gdzie jest Madzia. Powielona na internetowych portalach odpowiedź brzmiała: Dziewczynka nie żyje, została zakopana, trzeba szukać w okolicy fabryki z wysokim kominem. Słowo zsyp może być kluczem do zrozumienia zagadki. Za śmierć dziecka odpowiada mężczyzna z najbliższego otoczenia. Przy jego boku stoi kobieta.

Kiedy jeszcze internauci znaleźli informacje, że Bartłomiej W., ojciec Madzi rysuje komiksy z dymiącymi pistoletami i mrocznymi postaciami, wielu dziennikarzy nie miało już wątpliwości: mąż Katarzyny W. uczestniczył w porwaniu córki.

Śledczy tych sugestii nie dementowali, choć sprawdzili ojca dziecka - był czysty, używając policyjnego żargonu. Co innego zaprzątało głowy ekipy prokuratora Zbigniewa Grześkowiaka - opis porywacza, przedstawiony 31 stycznia przez Katarzynę W. Bardzo dokładnie zapamiętała przechodnia, który uderzył ją w głowę i porwał niemowlaka z wózka. Ten człowiek miał beżową kurtkę z ciemnymi wstawkami. I rzeczywiście, na nagraniu ulicznego monitoringu było widać matkę pchającą wózek, a za nią opisanego młodego mężczyznę. Po dwóch dniach policjanci odnaleźli tego człowieka. Wyrachowanie Katarzyny W., która do uwiarygodnienia swej kłamliwej wersji wykorzystała niewinną osobę (z konieczności osadzoną w areszcie, póki nie sprawdzono alibi) nasuwało śledczym podejrzenia, że dziewczyna łże bez mrugnięcia okiem.

Nie informowano jednak opinii publicznej, aby nie spłoszyć prawdziwego, ciągle jeszcze nieznanego sprawcy zniknięcia dziecka. Coraz więcej dowodów wskazywało na Katarzynę W. Ale ona nie mogła o tym wiedzieć, bo przy swej wysokiej inteligencji zrobiłaby wszystko, aby zatrzeć ślady. Nadal w mediach utrzymywała się wersja o nieznanym porywaczu, a matka dziecka budziła powszechne współczucie.

Sporo autorów korespondencji do prokuratury zasugerowanych publikacjami prasowymi wierzyło, że do śmierci dziecka przyczynił się jego ojciec. - Chciałbym prokuratorowi otworzyć oczy - napisał właściciel Biura Interwencji Obywatelskiej - było tak: Bartek trzymał niemowlę, Katarzyna uderzyła w tył główki. Zanieśli martwe dziecko w przygotowane już miejsce, on zagrzebał, a później na ulicy rąbnął ją w tył głowy, aby upozorować porwanie.

Są też wskazania na inne osoby: „Chciałabym podzielić się swoimi spostrzeżeniami i swoją intuicją, która nigdy mnie nie zawodzi. Matka Madzi obracała się w kręgach kościelnych, zatem porwanego dziecka trzeba szukać w klasztorach. Trop może prowadzić do Częstochowy. Ja pewnego wieczoru przysnęłam i śnił mi się zakonnik przepasany białym sznurem, jak zakopywał Madzię łopatą”.

Mieszkaniec Kościerzyny ustalił, że sprawcą śmierci dziewczynki jest 25 letni Fryderyk D., pracujący jako nauczyciel wychowania fizycznego w Sosnowcu: „To było jego dziecko, zależało mu, aby pozbyć się dowodu, uniknąć kłopotu. 24 stycznia przyjechał do mieszkania Katarzyny W. i za jej zgodą uderzył główką córki o futrynę drzwi. Wieczorem zakopali zwłoki w lesie. Moje informacje są wiarygodne. Liczę na nagrodę.”

Śledczy zdecydowali się na eksperyment procesowy: 2 lutego matka Madzi jeszcze raz przeszła z wózkiem trasę z domu do miejsca, gdzie upadła, rzekomo uderzona przez porywacza. Prześledzenie trasy z zegarkiem w ręku ujawniło dużo nieścisłości w wyjaśnieniach podejrzanej. Nic nie zgadzało się czasowo.

Love story

Katarzyna W. czuła, że pali się jej grunt pod nogami i nim została ponownie wezwana na przesłuchanie, w rozmowie z Rutkowskim wyznała: Madzia nie żyje, w domu wyśliznęła się jej z kocyka i upadła na próg. Dramatyczną rozmowę nieszczęśliwej matki z detektywem pokazała telewizja.

- Zrobiła takie fik - zanosiła się płaczem Katarzyna W. - mój maleńki aniołek.
- Potem jeździłaś z nią po parku?
- Nie wiedziałam, co robić.

Ciągle lejąc łzy kobieta jeszcze raz uciekła się do kłamstwa. Wskazała nieprawdziwe miejsce ukrycia zwłok. Dopiero policjanci nakłonili ją do wyznania prawdy.

Ale nie od razu pochwalono się tym sukcesem z obawy, aby podejrzana (na razie o nieumyślne spowodowanie śmierci dziecka) nie zmieniła swoich wyjaśnień. Podczas, gdy nagranie słynnego detektywa robiło karierę w internecie, policjanci z katowickiego wydziału kryminalnego zbierali dowody udziału Katarzyny w zakopaniu zwłok dziecka. Podejrzana nie została dopuszczona w pobliże, aby nie twierdziła potem, że jej ślady pochodzą z czasu, gdy przeprowadzano eksperyment. Matka Madzi mimo wrodzonej skrupulatności nie ustrzegła się błędów - w pobliskiej pryzmie pozostawiła niedopałek papierosa i rękawice robocze, w których grzebała ciało córki. Włókna z tych rękawic znaleziono później na ubranku Madzi.

Katarzyna W. trafiła do aresztu.

Wysłała stamtąd do męża list: - „Moja dusza cierpi niesamowicie bez Ciebie, ten smutek jest nie do zniesienia. Nie ma Ciebie, nie ma Madzinki, nie ma mnie. Spraw mój Aniele, abym znalazła w sobie iskrę do życia bez niej. Boże, przepraszam Kotku, przez nieuwagę odebrałam ją nam obojgu. Nie mam odwagi żyć dalej w takim świecie, ranić Cię sobą. Pochowaj mnie Kotku z Madzią. Będziemy Ci pomagać z tamtego świata”.

Próba samobójstwa okazała się demonstracją. Aresztantka rozpuściła w szklance trochę proszku do mycia naczyń i udała, że połknęła. Nie zgodziła się na badanie lekarskie. Współtowarzyszce z celi wyznała, że wyznanie Rutkowskiemu o przypadkowej śmierci dziecka było przez nich oboje ustawione.

Więzienny świadek przedstawiła matkę Madzi, jako osobę cyniczną skupioną na własnym ego. „Nie była załamana, zdjęcie córki pokazywane w telewizji nie robiły na niej żadnego wrażenia, jedyne, co ją interesowało, to jak się ubrać na pogrzeb dziecka, bo będą kamery. Chwaliła się - będzie wydana o niej książka, już podpisała umowę. Gdy nadeszła wiadomość, że idzie na przepustkę, zeskoczyła z łóżka, mówiąc ze śmiechem: - A jednak ich wyhu…

Nie wróciła już do więzienia. Razem z mężem zamieszkała w apartamencie wynajętym przez opiekującego się nimi Rutkowskiego. Oboje wciągnął wir medialnych wystąpień. Katarzyna zmieniła kolor włosów, udzieliła z mężem wywiadu w TVN24.

Wkrótce uciekła z apartamentu, bo nie chciała się poddać badaniom poligraficznym. (Poprzedniej nocy sprawdzała w internecie, jak oszukać wariograf.) Mężowi zostawiła na łóżku list, który natychmiast trafił do dziennikarzy: „Nie mogę patrzeć, jak przy mnie umierasz. Jestem przyczyną Twojej udręki, przepraszam, ale nie dam rady z tym tak dalej żyć. Kochanie, to był tragiczny wypadek. Nie wiedziałam co robić, ratowałam ją, ale bez skutku. Potem jeździłam z nią po parku i tam zakopałam. Byłam jak z kamienia, dopiero na ulicy straciłam przytomność”.

Wiadomość o zamierzonym samobójstwie podniosła temperaturę listów, wysyłanych na adres katowickiej policji i prokuratury. Większość nadawców broniła matki, która na skutek nieszczęśliwego wypadku straciła jedyne dziecko. 76 letnia mieszkanka Nowej Huty opisała swoją historię - 55 lat temu uderzyła w pupę półrocznego synka, bo wszedł na dopiero co umytą podłogę i nagle dziecko straciło przytomność. Przywróciła je do życia dopiero zaalarmowana sąsiadka. - Przypuszczam, że matka Madzi widząc bezwładne dziecko po upadku wystraszyła się tak bardzo, że nie pomyślała o wezwaniu pogotowia - przekonuje prokuratora autorka listu.

Korespondentka z Poznania przedstawiająca się jako trenerka osobowości prorokowała, co się stanie z Katarzyną W. Otóż, nie poradzi sobie w psychologicznym klinczu, w którym się znalazła. Ta nieszczęsna kobieta jest naznaczona śmiercią. Madzia przyszła na świat na chwilę i wróciła tam, gdzie jest jej lepiej. Teraz zabierze matkę.

Z wielu listów pisanych przez kobiety wylewała się nienawiść do mężczyzn. O Bartłomieju W. jako sprawcy nieszczęścia jego żony pisały per „samiec”, „zwierzogłów”. - Z chęcią założyłabym mu pętlę na szyję - podniecała się jedna z autorek.

Detektyw Krzysztof Rutkowski ogłosił, że nakręci film o historii Madzi i jej rodziców od momentu, gdy państwo W. wzięli ślub. Tytuł filmu „Napiętnowani” sugerował obronę słynnej pary z Sosnowca. Katarzyna W. poczuła się tak pewnie, że gdy następnego dnia - 9 maja - Prokuratura Okręgowa w Katowicach ogłosiła o przedłużeniu śledztwa do końca lipca, kobieta zdecydowała, że sama będzie informować opinię publiczną w jej sprawie. I wysłała do kilku dziennikarzy propozycje wywiadu za pieniądze.

W jednym z nich oskarżyła swoich teściów. Ci nie pozostali dłużni - oświadczyli, że ich synowa jest osobą wyrachowaną i bez serca. Nie wierzą w jej łzy nawet wylane w tak dramatycznej chwili, gdy wyznawała Rutkowskiemu o wyślizgnięciu się dziecka z jej objęć. Katarzyna W. udawała roztrzęsioną, zrozpaczoną matkę; gdy chwilę później słodziła herbatę, nie upuściła z łyżeczki nawet jednej drobiny cukru.

23 maja matka Madzi znów pokazała się publicznie, tym razem na premierze książki pt. Wybaczcie mi”, w której jest główną bohaterką. Autorka - redaktor naczelna dwutygodnika „Gala” napisała story o dzieciństwie rodziców nieżyjącej Madzi, którzy mieli ojców alkoholików. Na skutek protestów czytelników książkę wycofano z Empików.

Wkrótce przesłoniły ją aktualniejsze sensacje. Katarzyna W. ogłosiła, że zamierza się rozwieść. Super Ekspres wydał pamiętnik Bartłomieja W.

Zamordowała

Tymczasem tempo oficjalnego śledztwa musiało spowolnieć, a przyczyna takiego stanu rzeczy nie mogła się wydostać z prokuratorskiego gabinetu. Nawet za cenę wieszania psów na oficerach dochodzeniowych przez dziennikarzy i odbiorców medialnych relacji.

Trzeba było zweryfikować wersję przedstawioną przez Katarzynę W. Musieli wypowiedzieć się biegli lekarze, a zwłaszcza patolodzy. Niestety, zamarznięte zwłoki trzeba było najpierw bardzo ostrożnie rozmrozić. Następnie zbadać m. in. tomograficznie, potem jeszcze histopatologicznie, bo w pewnej chwili pojawiła się hipoteza, (jak się okazało mylna), że dziecko miało raka mózgu. To wszystko wymagało czasu, co najmniej kilku tygodni. Pójście na skróty - rozcięcie podczas sekcji szyjnego odcinka kręgosłupa, niosło ryzyko bezpowrotnej utraty ważnych dowodów.

Oczekiwano też na odpowiedzi biegłych w hipotetycznej kwestii, czy nieudolna reanimacja dziecka przez matkę mogła spowodować jego śmierć. Katarzyna W. trzymała się jednej wersji: Madzia upadła na wysoki próg, w rozpaczy próbowała ją ratować, ale nie wiedziała jak, być może nieświadomie doprowadziła do ostatecznego nieszczęścia.

Z drugiej strony prokuratorzy już wiedzieli (opinia publiczna jeszcze nie), że kobieta w ostatnich tygodniach przed śmiercią dziecka wpisywała w internecie hasła: jak zabić bez śladów, nieumyślne spowodowanie śmierci, dochodzenie policyjne w razie zaczadzenia, zasiłek pogrzebowy po śmierci niemowlaka.

Mieli też inne poszlaki. Przede wszystkim pamiętnik podejrzanej, znaleziony podczas rewizji w jej domu. Jeszcze będąc w ciąży Katarzyna W. pisała, że nie chce tego dziecka, nienawidzi go, jest przerażona wyglądem swego zmieniającego się ciała, przyjście dziecka na świat zmarnuje jej młode lata. Po porodzie stwierdziła: „Zakochanie w mężu przeszło. Teraz jestem tylko sprzątaczką, praczką, opiekunką. To dziecko - koszmar mojego życia”.

Badanie psychiatryczno psychologiczne wykazało patologiczną skłonność Katarzyny do kłamstwa i manipulacji. A także niezdolność do przeżywania takich uczuć jak wstyd, poczucie winy. Potwierdził to misjonarz ze wspólnoty religijnej, gdzie Katarzyna przed ślubem sprzątała pokoje gościnne.

- Mówiła - zeznał zakonnik - że studiuje, brała nawet wolne na inaugurację roku akademickiego. Gdy wydało się, ze kłamie, przeszła nad tym do porządku dziennego. Pewnego dnia zniknęła bez wyjaśnienia…

Wreszcie przyszła odpowiedź od biegłych. Ich zdaniem mała , co spowodowało ostre niedotlenienie mózgu, jego obrzęk i w ostateczności śmierć.

Wpisy Katarzyny W. w pamiętniku i w internetowej wyszukiwarce, analiza jej połączeń telefonicznych, oraz punktów logowań „komórki” nabrały nowego znaczenia. 13 lipca Prokuratura w Katowicach zdecydowała się postawić podejrzanej zarzut umyślnego pozbawionego życia jej córki. Informację podano na konferencji prasowej.

Od tej chwili prokurator nie stwarzał przeszkód, gdyby dziennikarze chcieli się zapoznać z aktem oskarżenia. Ale chętnych było niewielu. Ci, którzy nagłaśniali sprawę od początku, kwestionowali rzetelność postępowania przygotowawczego, albo tracili zainteresowanie tematem.

Według wysłanego do sądu aktu oskarżenia Katarzyna W. przez kilka dni przymierzała się zamordowania córki. Najpierw planowała otrucie dziecka czadem. W nocy, gdy mąż pojechał do pracy, uśpiła małą w łóżeczku i dołożyła do pieca, przymykając drzwiczki. Po zawieszeniu na drzwiach koca przeszła do drugiego pokoju. Ale Bartłomiej W. niespodziewanie wrócił domu, gdyż źle się poczuł. Nim otworzył kluczem drzwi, Katarzyna zdążyła przewietrzyć mieszkanie i wziąć córkę na ręce.

Następnie planowała podać dziecku pigułkę gwałtu, lub eter - w internecie szukała porady, jak to przyrządzić samemu. Ostatecznie postanowiła Madzię udusić, pozorując upadek niemowlaka na podłogę.

Najpierw prośba do teściów, aby wzięli Madzię na noc, gdyż chciałaby iść z Bartkiem do znajomych. Po godzinie 13. mąż zniósł po schodach wózek z rzeczami dziecka. Spieszył się, gdyż musiał jeszcze z kolegą zajrzeć do zakładu pracy. Po drodze chciał podwieźć żonę do dziadków. Odmówiła pod pretekstem, że dziecko nie jest nakarmione. On jednak czekał w samochodzie, chciał się upewnić, czy wszystko w porządku. Gdy żona wjechała wózkiem na zaśnieżony chodnik, pomachał jej.

Ledwo samochód zniknął za zakrętem, Katarzyna W. zawróciła. (W śledztwie będzie tłumaczyła, że zapomniała wziąć pieluszki. Kłamała - paczka pampersów tkwiła w kieszeni wózka). Weszła do mieszkania, rozebrała córkę i rzuciła nią o próg. Dziecko nadal żyło, więc udusiła je, ściskając krtań.

Zdaniem prokuratury motywem działania kobiety była chęć ukarania męża, którego posądzała o niewierność.

Konferencja publicznego oskarżyciela nie została przyjęta przez większość dziennikarzy życzliwie. Zarzut zabójstwa uznano za nie wiarygodny, sklecony naprędce, w rywalizacji z prywatnym detektywem. Pod naciskiem opinii publicznej, sąd odrzucił wniosek o tymczasowe aresztowanie podejrzanej. Wywołało to zdumnienie wielu prawników. Katarzyny W. była chyba jedyną osobą w Polsce, która z tak poważnym zarzutem nie siedziała pod kluczem. Zwłaszcza, że od początku mataczyła.

Oskarżona przebywając na wolności - nadal w roli matki boleściwej - udzielała licznych wywiadów, w których lekceważąco odnosiła się do zarzutów prokuratury. Ona morderczynią? Czy nikt nie widzi jej cierpienia? Codziennie chodzi na grób dziecka, a ponadto łączy się z Madzią duchowo w czasie pełni księżyca. Wtedy czuje jej obecność, jakby trzymała córkę na ręku.

Gdy w październiku Super Express opublikował sesje zdjęciową Katarzyny w stroju bikini na koniu, opatrzył je podpisem: „Wreszcie mam czas na swoje pasje”.

Wkrótce kobieta przestała się meldować na policji, zmieniała miejsce pobytu. Wytropiono ją w krakowskim nocnym klubie go-go, gdzie zarabiała tańcząc na rurze, ale zdążyła uciec przed aresztowaniem w okolice Białegostoku. Tym razem przydało się nagłośnienie tragicznej sprawy Madzi. Miejscowi wypatrzyli w opuszczonej chacie matkę dziecka ukrywającą się z pewnym młodym mężczyzną i donieśli policji. Katarzyna W. trafiła do więzienia.

Proces toczył się szybko, po kilku tygodniach zapadł pierwszy nieprawomocny wyrok - 25 lat więzienia. Prokurator złożył apelację, domagając się dożywocia. Uważał, powołując się na opinie biegłych psychologów, że w przypadku skazanej , takiej osobowości nie zmieni, jak się wyraził, terapeutyczne wycinanie różyczek z papieru, ani pogadanki z więziennym wychowawcą. Jednakże wyrok się uprawomocnił.

xxx

Dzieciobójstwo matek nie jest czymś nadzwyczajnym w sądach. Aktualnie tylko w warszawskich toczą się trzy takie procesy. Sprawa Katarzyny W. przeszłaby bez echa, gdyby nie jej psychopatyczna osobowość - silna potrzeba zaistnienia na forum publicznym za każdą cenę. Również kłamstwa i manipulowania innymi. Właśnie te cechy wykorzystało wielu piszących o sprawie. W ślepym pędzie do zyskania newsa ustawili się ponad organami ścigania. Refleksja, że przeszkadzają w dochodzeniu, była im obca.

W sprawie Madzi poziom dziennikarskiej obsługi świadczył w wielu przypadkach o odstępstwie od etyki zawodowej. Wznieconemu przez dziennikarzy tumultowi poddali się zarówno prokuratorzy (na początku postępowania przygotowawczego) jak i sędziowie.. A przecież, póki nie zakończono procesu, nie powinni się tłumaczyć przed opinią publiczną, ani jej ulegać.

Procedura sądu kontradyktoryjnego bardzo skraca dystans między mediami, a oskarżycielem publicznym. Aż strach pomyśleć, jak to będzie wyglądało, gdy zdarzy się głośny proces.

Czytaj także:
Matki, które zabiły

Czytaj także

 0

Czytaj także