W irchowych rękawiczkach

W irchowych rękawiczkach

Dodano: 
Radiowóz Milicji Obywatelskiej
Radiowóz Milicji Obywatelskiej / Źródło: Wikipedia / Alina Zienowicz / Wprost
Adwokat mordercy Mazurkiewicza bagatelizował śmierć sześciu ofiar jako że były szkodnikami socjalistycznego państwa.

Niech pan tu odpocznie i się pożywi, nim wrócę od Niemca. To już niedaleko. Proszę kanapkę – mówi do Tadeusza Bommera mężczyzna, z którym w marcu 1943 r. idzie z Krakowa do folwarku w Myślenicach. Kupią od zawiadującego tym gospodarstwem Niemca złoto, płacąc dolarami. Bommer handluje zagraniczną walutą. Mężczyzna nazywa się Władysław Mazurkiewicz i jest w tych niedozwolonych transakcjach pośrednikiem. Kiedy znajomy znika, Bommer sięga po kanapkę. Już po pierwszym kęsie czuje dziwną gorycz i jakby zapach migdałów. Wypluwa to. Kręci mu się w głowie, czuje drętwienie ciała. Ostatkiem sił dociera do pobliskiego domu. Gospodarz daje mu mleka i odwozi do lekarza w Krakowie. Kiedy zbadano bułkę, okazało się, że pod wędliną był cyjanek. Bommer w obawie, aby nie rozpoznano w nim Żyda, nie zgłasza sprawy na gestapo.

Kropla krwi na butach

Dwa lata później, już po okupacji. Do podkrakowskiej wsi Brody wjeżdża luksusowy zagraniczny samochód. Kieruje się w stronę lasu i tam znika na kwadrans. W powrotnej drodze kierowca wyrzuca do rowu spory pakunek. Auto szybko odjeżdża, ale wkrótce zakopuje się w grzęzawisku za wsią. Koła buksują, kierowca prosi przejeżdżającego furmanką chłopa, aby pomógł wyciągnąć samochód z bagna. Schodzą się gapie; jeden z nich widzi na eleganckich wiśniowych butach kierowcy krople krwi. Nic nie mówi, ale zapamiętuje numer rejestracyjny wozu. Po odjeździe samochodu chłopi idą do lasu. Tam znajdują nagie zwłoki mężczyzny z przestrzeloną głową. A w wyrzuconym do rowu pakunku męskie ubranie i kawałki podartych dokumentów. Można z nich odczytać nazwisko Józef Tomaszewski. Zawiadamiają posterunek MO. Zamordowany pracował w krakowskim banku i dorabiał handlem złotem. W powojennym Krakowie sporo osiadłej tu wydziedziczonej arystokracji wyprzedaje się z resztek swych majętności. Tomaszewski w dniu zaginięcia wyjął ze schowka 200 tys. zł. Żonie powiedział, że jest umówiony z znajomym, szykuje się świetny interes. Władysław Mazurkiewicz spotyka siostrzeńca Tomaszewskiego, który w randze majora pracuje w milicji. Pyta go, czy może są już wieści o zaginionym bankowcu. – Niestety, nie żyje, zamordowany – odpowiada major – ale jest świadek z Brodów, który zapisał numer auta prawdopodobnego zabójcy. I odczytuje rejestracyjne dane z kartki. Mazurkiewicz spieszy do znajomego adwokata W. – Co za straszliwy zbieg okoliczności! – krzyczy od progu kancelarii. W dniu, gdy zginął Tomaszewski, akurat jechał przez Brody do zakonu bernardynów w Alwerni. Przy drodze stali chłopi, zapewne pomyłkowo zapisali numer jego samochodu. – Niech pan zmieni tablice rejestracyjne i na jakiś czas wyjedzie z Krakowa – radzi mecenas. Mazurkiewicz ucieka do Zakopanego. Trzy miesiące później W. telefonuje do niego, że pora wracać. Sprawa trafiła do znajomego prokuratora, przesłucha się dwóch świadków: zakonnika i Agnieszkę R. Oboje potwierdzą obecność Mazurkiewicza w Alwerni. 22-letnia R. zeznaje, że krytycznego dnia poprosiła Mazurkiewicza, aby podrzucił ją do bernardynów swoim autem. Kiedy wracali przez Brody, samochód zarył się w piachu. Prokurator nie docieka, dlaczego chłopi nie widzieli tam kobiety. Śledztwo zostaje umorzone.

To pana rozgrzeje

Maj 1946 r. Jerzy de Laveaux, przedwojenny oficer, potomek znanego szlacheckiego rodu, wychodzi ze swojego mieszkania w Krakowie z 2 tys. dolarów, za które kupi na czarnym rynku duże ilości skóry na podeszwy do butów. Ma na nią kupca. De Laveaux nie wraca. Brat zaginionego prosi prokuratora, aby przeszukał areszty. Zaglądanie do przepełnionych cel niczego nie wyjaśnia. Grudzień 1946 r. W utajnionym salonie gry hazardowej, gdzie spotykają się krakowscy waluciarze, Mazurkiewicz podchodzi do Wiktora Zarzeckiego, tonącego w karcianych długach. – Można dużo zarobić – szepcze hazardziście na ucho. – Właściciel wapiennikaw Piechowicach potrzebuje natychmiast 1,2 tys. dolarów. Załatwi pan? Następnego dnia wyjeżdżają do Piechowic. Kiedy na horyzoncie pojawia się komin wapiennika, Mazurkiewicz zabiera od wspólnika opakowane w gazetę dolary i sam udaje się do klienta. Po kilku minutach jednak wraca, wyjmuje z torby termos. – Przypomniałem sobie, że mam herbatę, niech się pan rozgrzeje, czekając na mój powrót – podsuwa kubek. Zarzecki wypija jednym haustem i umiera w konwulsjach. Mazurkiewicz wyrzuca zwłoki do Wisły. Nigdy nie wypłyną. Jesień 1955 r. Kawiarnia Hotelu Bristol w Warszawie. Handlujący obcą walutą Stanisław Ł. spotyka się z poleconym mu krakowianinem, który przedstawia się jako inżynier Mazurkiewicz. Uzgadniają hurtowe kupno od pewnego marynarza przemyconych z zagranicy zegarków. Cena okazyjna, bo marynarz wkrótce wypływa w rejs. Dwa dni później Stanisław Ł. jest w Krakowie. Przywiózł 500 tys. zł (średnia pensja w 1955 r. wynosi tysiąc złotych). Inżynier załatwia gościowi miejsce w hotelu, zabiera gotówkę dla marynarza. Nazajutrz przychodzi bez pieniędzy i bez zegarków, gdyż pojawił się problem: marynarz chce tylko dolary. – Poczyniłem pewne kroki – Mazurkiewicz uspokaja warszawiaka – żeby wymienić złotówki na „zielone”, ale potrzebuję na to doby. Póki co zamówiłem na dzisiejszy wieczór stolik u Wierzynka. Rano skacowany Ł. dowiaduje się, że marynarz musiał odpłynąć, transakcję dokończy jego siostra. Chwilowo nie ma jej w Krakowie, będzie za dwa dni. – Skoczymy na ten czas moim samochodem do Zakopca – proponuje inżynier – ja płacę. Pod Giewontem bawią się dwa dni. Ł. wraca do Krakowa kompletnie pijany. Jest noc. Na wysokości Przełęczy Zbójnickiej budzi go silny ból głowy. Stoją na poboczu, inżynier przeciera szybę z przepraszającym uśmiechem. – Głupio mi, nastraszyłem pana żabką, bo coś mi mignęło na szosie, jakby zwierz. („Żabka” to własnoręcznie zrobiona petarda). Stanisław Ł. dotyka głowy, czuje lepkość krwi. W Krakowie od razu idzie na pogotowie. Lekarz stwierdza drobne zranienie, wystarczy założenie opatrunku. Ł. domaga się od wspólnika pieniędzy albo zegarków. Inżynier jest bardzo zakłopotany: siostrę marynarza aresztowało UB. On nie może zwrócić pieniędzy, ale odda jak najszybciej, na razie niech Ł. weźmie w zastaw jego opla olimpię oraz złotą omegę, którą ściąga z ręki.

Ł. wraca do Warszawy z ostrym bólem głowy. Od razu idzie do szpitala na ostry dyżur. Robią mu prześwietlenie – w czaszce tkwi pocisk. Lekarz zawiadamia MO. W czasie przesłuchania Ł. nie przyznaje się do handlu towarami przemycanymi z Zachodu. Mówi, że pojechał do Krakowa po samochód, który kupił z ogłoszenia w gazecie. Sprzedającym był niejaki Mazurkiewicz. Niestety, niewiele o nim wie poza tym, że ma garaż blisko Cmentarza Rakowickiego. Milicjanci pukają do mieszkania Władysława Mazurkiewicza w Krakowie. Chcą go przesłuchać, ale słyszą od żony, że mąż gdzieś przepadł. Od kilku dni nie daje znaków życia. – Panią to nie martwi? – pyta funkcjonariusz. – Co ma mnie martwić – odpowiada kobieta. – Jesteśmy po rozwodzie, a ludzie czasem znikają, odnajdują się w więzieniach. Albo i nie. W tej kamienicy już zaginęli: sąsiad z naprzeciwka i potem jego żona, i jej siostra. Za Mazurkiewiczem zostaje wysłany list gończy. Jest podejrzany o próbę zabicia Stanisława Ł. Niespodziewanie na Mazurkiewicza natyka się pod Sukiennicami mecenas Henryk W. Inżynier wyznaje, że jest zdruzgotany niesłusznym posądzeniem o morderstwo. Czy mecenas mógłby mu jeszcze raz jakoś pomóc? Adwokat jedzie do Warszawy na rozmowę ze Stanisławem Ł. – Niech pan wycofa zeznania – radzi handlarzowi dolarami – pan rzuca podejrzenie na niewinnego człowieka. Ta sprawa również dla pana może mieć przykre konsekwencje. Ł. odmawia. Wtedy mecenas pisze do prokuratora, aby zainteresował się, skąd rzekomo pokrzywdzony ma pieniądze na prowadzenie rozrzutnego trybu życia. I jeszcze prosi, aby jego klienta Mazurkiewicza nie zamykać w areszcie, kiedy sam się zgłosi. Prokuratorowi się spieszy. Mazurkiewicz zostaje namierzony w zakopiańskiej kawiarni. Do Krakowa wraca w kajdankach.

Apetyt mi dopisuje

Śledczy mają do aresztowanego Mazurkiewicza wiele pytań. Dotarli do akt z 1945 r., kiedy to nazwisko podejrzanego przewijało się w sprawie zastrzelenia Tomaszewskiego. Wychodzi na jaw, że na przesłuchanie świadków w Brodach Mazurkiewicz woził prokuratora swoim samochodem. A zeznania odbierano w karczmie. Spisywał podejrzany, a prokurator siedział obok i pił wódkę. Milicja wie, z jakiej broni został zastrzelony Tomaszewski. Funkcjonariusze gruntownie przeszukują garaż, w którym pomieszkuje Mazurkiewicz. Kują betonową posadzkę. Pod łóżkiem odkrywają dół, w którym leżą zwłoki dwóch kobiet w stanie daleko posuniętego rozkładu. To szczątki Jadwigi de Laveaux i jej siostry Zofii Suchowej. Po zaginięciu męża Jadwigi mieszkały razem. Mazurkiewicz przyznaje się, że zabił kobiety. Najpierw Jadwigę – przyszła do garażu wieczorem, była w nim zakochana, a poza tym chciała odebrać dolary, które kiedyś dała mu na przechowanie. Powiedział jej, że aby wydobyć pakunek z „zielonymi”, muszą przesunąć samochód, niech naciśnie na pedał gazowy. Siadła za kierownicą i wtedy strzelił jej w tył głowy. Przed włożeniem ciała do wnęki – posadzkę miał już rozkutą – zdjął jej z ręki obrączkę, pierścionek i złoty zegarek omega. Potem czekał na zapowiedzianą wizytę siostry ofiary. Musiał ją zabić, bo wiedziała o dolarach w garażu. Po zniknięciu Jadwigi na pewno poszłaby na MO. – Czy te dwie kobiety to wszystkie pana ofiary? – pyta Mazurkiewicza śledczy po uzyskaniu informacji, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat w Krakowie zginęło bez śladu kilku znajomych podejrzanego. – Tak, wszystkie – pada odpowiedź. Mimo to w „Dzienniku Polskim” ukazuje się zdjęcie charakterystycznego samochodu opla Mazurkiewicza. Może ktoś widział w nim coś podejrzanego? Nie ma odzewu, aresztantowi dopisuje apetyt, o czym pisze do ojca, domagając się przysłania mu paczki. Niespodziewanie pewnego ranka prosi o arkusz papieru. Opisuje szczegółowo kolejne morderstwa, które popełnił. Wymienia nazwiska ofiar: Józef Tomaszewski, Wiktor Zarzecki, Jan Brylski, Jerzy de Laveaux. I tych, których chciał zabić, ale się nie udało: Tadeusza Bombera i Stanisława Ł. Wyjaśnia, jak typował ofiary, drobiazgowo obmyślając plan działania. Zawsze wybierał osoby z dużymi pieniędzmi, zdobytymi w sposób nielegalny. To mu dawało pewność, że nikt z rodziny nie będzie zbytnio dociekał, dlaczego ci ludzie zniknęli. Mogli ich sprzątnąć milicja, UB albo konkurenci z podziemia waluciarskiego.

A dlaczego Agnieszka R. dała mu alibi w sprawie Tomaszewskiego? Bo poprosiła ją o to jego żona, tłumacząc, że tamtego dnia mąż wiózł pieniądze dla podziemnej organizacji, czego nie mógł powiedzieć milicji. R., która walczyła w powstaniu warszawskim, uwierzyła. W imię wyższych racji namówiła zakonnika do kłamstwa, sama również zeznała przed prokuratorem nieprawdę.

Podeptana godność ludzi pracy

Wieść o przyznaniu się Mazurkiewicza do zbrodni wstrząsa Krakowem. Wiele osób znało go osobiście. Inżynier (tak naprawdę nie miał prawa do tego tytułu) był stałym bywalcem podwawelskich lokali rozrywkowych. Zawsze miał pełny portfel pieniędzy. Już w czasie okupacji handlował złotem rekwirowanym w krakowskim getcie. Zaraz po wyzwoleniu szabrował na dużą skalę na ziemiach zachodnich. Namiętnie, choć z różnym szczęściem, grał w kasynach. Bardzo przystojny, świetnie ubrany, wypielęgnowany (przy kierownicy zawsze w irchowych rękawiczkach) lubił otaczać się pięknymi kobietami. Adorował je jak w przedwojennych romansach. Wybrance wysyłał codziennie bukiet czerwonych róż, obwoził swoim zagranicznym autem po Krakowie. Jak przystało na króla życia, szybko się nudził. Panie z zacnego towarzystwa dawnej arystokracji ceniły sobie jego maniery i uczynność. Ludzie interesu z podziemia gospodarczego liczyli się z Mazurkiewiczem, bo dawał im do zrozumienia, że jest pod parasolem UB. Obrońcą Mazurkiewicza zostaje mec. Zygmunt Hofmokl-Ostrowski, oryginał (kiedyś przyszedł na rozprawę z pistoletem, aby samemu wymierzyć wyrok), legenda jeszcze przedwojennej krakowskiej palestry.

Ostatni dzień rozprawy

Prokurator mówi, że Mazurkiewicz jest wytworem dekadenckiej moralności burżuazyjnej. Jego klęska jest klęską tej warstwy społecznej. Podnosi głos, aby mocno zabrzmiał w transmisji radiowej: „Niech krwawe widmo Mazurkiewicza opuści raz na zawsze nasze miasto, przejdzie do niesławnej pamięci jako najbardziej zwyrodniały twór tego środowiska, które podeptało godność i cześć ludzi pracy”. Mecenas zaczyna mowę obrończą od słów: „Oskarżony w zaraniu życia stracił matkę. Stracił matkę! – słyszycie obywatele sędziowie? Gdy rankiem czteroletnie dziecko uśpione kołysanką z jej ust, budząc się, wyciągnęło rączęta, zawisły w próżni. Ta pierwsza łza serdecznego bólu przysłoniła Władysławowi Mazurkiewiczowi świat”. Następnie adwokat stwierdził, że Mazurkiewicz owszem, mordował, ale kogo? Szkodników socjalistycznego państwa. Oskarżony słuchał z pokerową twarzą. W ostatnim słowie powiedział, że jest niewinny, a proces interesował go o tyle, że był ciekaw, „jak to wszystko zostanie przeprowadzone”. W chwili ogłoszenia wyroku – kara śmierci – pod gmachem sądu, gdzie zgromadził się tłum, rozległy się gromkie oklaski. Obecny na procesie Marek Hłasko napisał w wydanych w 1966 r. w Paryżu „Pięknych dwudziestoletnich”, że „proces był pośmiewiskiem z prawa, bo oskarżony tak zręcznie kolportował informacje o swej współpracy z UB, że świadkowie bali się otworzyć mordę na procesie. Wszyscy wiedzieli, że pan Władzio jest mordercą, ale wszyscy myśleli, że wykonuje wyroki swych mocodawców z UB”. Dziennikarka „Prawa i Życia” Maria Osiadacz sprawdziła w MSW – Mazurkiewicz nie był zarejestrowany jako tajny informator. Niedługo po procesie wyrok został wykonany. Zaraz też na krakowskich podwórkach studniach zaśpiewano balladę: „Posłuchajcie że ludzie o tem draniu okrutnem/. Co niewinne swe zgładził kochankie /A jej siostrę zastrzelił/ Trupy zalał betonem/ W Krakowie jednym letnim porankiem./ Mazurkiewicz mu było/ A Władysław na imię / Dolarami handlował w kawiarni/ Piękną miał lemuzyne, życie lekko mu płynie/ W Zakopanem czy innej Jastarni/. Kobiet pełno jest przy niem/ W każdym mieście ma lube/ On je kocha, a potem morduje/ I nie czepia się jego prokurator czy UB/ Za sędziego on nawet pracuje”.

Korzystałam z relacji o procesie zamieszczonych w: „Prawie i życiu”, „Przekroju”, „Świecie”, „Sztandarze młodych” i „Życiu Warszawy”. Ponadto z książek Cezarego Łazarewicza „Elegancki morderca” i Jacka Wołowskiego „Walter nr 45771”.

Okładka tygodnika WPROST: 34/2016
Artykuł został opublikowany w 34/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także