Nekrofil, który mordował

Nekrofil, który mordował

Dodano: 
Nekrofil, który mordował
Nekrofil, który mordował
Skazany na karę śmierci nekrofil z Poznania nazywał siebie zimnym chirurgiem.

Ciało zmarłej 69-letniej pacjentki szpitala dla psychicznie chorych przywieziono do kaplicy cmentarnej w poznańskich Naramowicach w przeddzień pogrzebu wyznaczonego na 6 lutego 1982 r. Kiedy następnego dnia do trumny podeszła rodzina, zobaczyła jedynie książeczkę do nabożeństwa, różaniec i czarne pantofle. Zmarła leżała kilkadziesiąt metrów dalej, na polu. Natknęła się na nią dziewczynka, która szła tamtędy do szkoły. Ciało było okaleczone – zostały wycięte narządy płciowe i piersi. W trakcie śledztwa wyszło na jaw, że w kaplicy kilka miesięcy wcześniej zdarzyły się dwa podobne przypadki znieważenia zwłok. Nie udało się jednak znaleźć sprawcy. Dziewięć miesięcy później w tej samej dzielnicy Poznania zaginęła 11-letnia Alinka. Wyszła z domu późnym popołudniem na pobliską łąkę. Nie wróciła, w nocy rodzice zawiadomili milicję. Dopiero 15 grudnia trafiono na zwłoki dziecka. Wyczuł je pies w zwale piachu przy nasypie kolejowym. Zostały podobnie sprofanowane jak te w lutym, w cmentarnej kaplicy. Szeroko zakrojona akcja operacyjna MO o kryptonimie A-82 nie przyniosła rezultatu. 29 listopada. Na innym poznańskim cmentarzu w Miłostowie zauważono rozkopany w nocy grób. Ze zwłok kobiety został wycięty płat skóry od piersi do spojenia łonowego. Milicjanci znajdują pierwszy ślad nekrofila – odciski męskich butów na rozkopanej ziemi. Zdaniem biegłych przestępca nie jest wysoki, raczej szczupły.

Pieczątka „Pollena Łaskarzew”

Przez kolejne miesiące funkcjonariusze MO noc w noc dyskretnie penetrują poznańskie cmentarze. W maju 1983 r. tuż po północy w Miłostowie patrol dostrzega mężczyznę pochylonego nad wyciągniętymi z grobu zwłokami. Poprzedniego dnia odbył się tu pogrzeb młodej kobiety. Dwaj funkcjonariusze podchodzą jak najbliżej. Jeden z nich chce przeładować broń – niestety, pistolet się zacina, w cmentarnej ciszy brzmi to jak wystrzał. Obserwowany mężczyzna ucieka. Zwłoki są okaleczone i podobnie jak poprzednie zbezczeszczone. W miejscu przestępstwa leżą składana łopata i papier, w który była owinięta. Widnieje na nim pieczątka „Pollena Łaskarzew”. Śledczy sprawdzają, które firmy w mieście współpracują z Polleną Łaskarzew. Okazuje się, że Ziołolek. To niezbyt duży zakład – może ktoś był karany za dewiacje seksualne? Jest taki, po wyroku za próby gwałtów. Pracuje w kotłowni, nazywa się Edmund Kolanowski. Ubrani po cywilnemu milicjanci dyskretnie obserwują palacza, żeby go nie spłoszyć. Robotnik ma na twarzy świeże, podbiegnięte krwią zadrapania, czy to aby nie od kolców głogu? Wyciągnięto z archiwum sądu akta procesowe Kolanowskiego z 1973 r. W czasie badania psychiatrycznego oskarżony powiedział biegłym, że na jednym z cmentarzy rozkopał grób i okaleczył zwłoki. Sąd nie wziął tej informacji pod uwagę. 16 maja 1983 r. prokurator decyduje się aresztować Kolanowskiego.

Z celi do celi

35 lat, troje dzieci, rozwiedziony. W dzieciństwie bardzo chorowity. Jako 13-latek znalazł się w sanatorium dla dzieci w Krośnicach, usytuowanym w pobliżu poniemieckiego cmentarza. Stałą rozrywką nastoletnich pacjentów jest penetrowanie zapadniętych, zapomnianych grobów. Zakradają się też w okolice przyszpitalnej kostnicy, aby przez okno oglądać kobiece zwłoki na prosektoryjnych stołach. Ten widok jest im potrzebny do inicjacji seksualnych.

Dwa lata później Kolanowski ma sprawę w sądzie dla nieletnich za zaczepianie na plaży kobiet w celach erotycznych. Dostaje kuratora. Już jako pełnoletni z rozpaczy, że jest impotentem, rani się nożem w podbrzusze. W 1966 r. trafia na rok do więzienia za udział w bójce. Posadzony z recydywistami skarży się wychowawcy, że w nocy jest przez nich gwałcony. Ma już żonę i dwoje dzieci, gdy zostaje skazany na dziewięć lat za usiłowania brutalnych gwałtów. Przedterminowo zwolniony, na wieść o wystąpieniu żony o rozwód wprowadza się do konkubiny Gabrieli T.

Waga z szalami

Na ściągaczu rękawa kurtki Kolanowskiego oraz na jego kluczu francuskim znaleziono ślady krwi takiej grupy, jaką miała zamordowana Alinka. W 1983 r. nie przeprowadzano jeszcze analiz DNA, nie można z całą pewnością stwierdzić, czy badana krew należy do danej osoby. Podejrzany przyznaje się tylko do czynów na cmentarzu w Miłostowie. Twierdzi, że otworzył trumnę z ciałem kobiety pod wpływem obejrzanego w kinie horroru pt. „Wilczyca”. Emerytowany dziś funkcjonariusz Jerzy Jakubowski opisał w swej autobiograficznej książce pt. „Policjant”, jak wyglądały przesłuchania Kolanowskiego i jego wypieranie się wszystkiego. „Panie poruczniku, gdybym to zrobił, to bym się przyznał” – powtarzał. Skoro podejrzany twierdzi, że nie ma nic wspólnego z profanacją na cmentarzu naramowickim, trzeba szukać świadków.

Funkcjonariusze z poznańskiej Komendy MO wyruszają w tamte okolice zaopatrzeni w zdjęcia Kolanowskiego. Jak sam powiedział, często jeździ rowerem, a w pobliżu cmentarza są tory kolejowe, może dostrzegła go dróżniczka. Pokazano jej fotografię. – Tak, przejeżdżał taki mężczyzna jesienią 1982 r. – zawsze wcześnie rano. Zapamiętała go, bo w odróżnieniu od pieszych czekał, aż podniesie szlaban. Również dwie inne kobiety kilkakrotnie widziały tego rowerzystę. Zazwyczaj koło cmentarnej bramy. Podczas przesłuchania śledczy Jakubowski informuje o tych zeznaniach Kolanowskiego.Rysuje mu na kartce wagę z szalami. Ta z dowodami obciążającymi wyraźnie się przechyla. Podejrzany to ignoruje. Patrząc milicjantowi prosto w oczy, oświadcza: – Gdybym to zrobił, to bym się przyznał… Niespodziewanie kolejnych dowodów na popełnienie zbrodni dostarcza małżeństwo mieszkające z Edmundem Kolanowskim po sąsiedzku. Kobieta zeznaje, że po aresztowaniu podejrzanego jego konkubina zwierzyła się, że wie, kto zabił dziewczynkę w Naramowicach i wyciągał zwłoki z grobów. To jej Mundek. Sam się przyznał. Kiedy ogłoszono w telewizji apel o pomoc w poszukiwaniach zaginionej Alinki, zapalił papierosa i szepnął: – Cholera, zamordowałem ją. Niestety, Gabriela T. bała się, że jeśli doniesie o tym milicji, kochanek ją zabije. Z tego powodu odmówiła składania zeznań.

Obciążającego dowodu dostarcza też pewien więzień osadzony w jednej celi z Kolanowskim. Pewnego wieczoru, bijąc pięściami w drzwi, żąda doprowadzenia go do naczelnika. Bardzo roztrzęsiony powtarza, co usłyszał od aresztanta zajmują cego sąsiednią pryczę. Kolanowski miał mu opowiedzieć w szczegółach, jak wypatrzył na łące klęczącą w trawie dziewczynkę, jak ją zaskoczył, a gdy próbowała uciekać, zmasakrował francuskim kluczem. I co potem robił z martwym ciałem. Po spisaniu zeznań porucznik wzywa podejrzanego o nekrofilię aresztanta. – Co masz mi do powiedzenia? – pyta. – Nic. Wszystko już powiedziałem. – Edmund, ty chyba nie rozumiesz swej sytuacji, jesteś zabójcą dziecka. Twoje dalsze milczenie jest bez sensu. Teraz chodzi tylko o to, czy uratujesz swoje życie i powiesz, dlaczego to zrobiłeś, co się z tobą działo. Przesłuchiwany zaczyna się trząść, nerwowo poruszać rękami, ale nie spuszcza wzroku z oficera śledczego. – Ten, co na mnie nagadał – cedzi słowa – wszystko zmyślił albo wyczytał z gazet, które kłamią. Na dłuższą chwilę aresztant jakby zapada się w siebie. Nagle dodaje z błyskiem w oku: – A kurtka nie była moja. Moją „olimpijkę” ktoś mi podwędził w kawiarni, więc wychodząc, wziąłem z szatni pierwszą lepszą. Na ripostę milicjanta, że wartownik z Ziołoleku widział Kolanowskiego w tym okryciu już kolejną zimę, przesłuchiwany powtarza jak mantrę: „Panie poruczniku, ja tego nie zrobiłem”.

Resztki w popiele

Śledczy myśli o sprowadzeniu do pokoju przesłuchań matki podejrzanego. Wie, jak bardzo kocha swego syna. Ale może się nie zgodzić, zwłaszcza że kiedy sprawa nekrofilii w Poznaniu stała się głośna, spotkało ją wiele przykrości ze strony dziennikarzy. Jeden za drugim powtarzali wymyśloną przez kogoś plotkę, jakby miała powiedzieć nastoletniemu Edmundowi: „Powinnam była utopić cię zaraz po urodzeniu”. I że prowadzała go na cmentarz, aby opłakiwać zmarłego pierworodnego synka. Udaje się doprowadzić do tego spotkania, w obecności Jakubowskiego: – Synu – płacze Kolanowska – jeśli chcesz mieć jeszcze matkę, która będzie cię kochać do końca twoich dni, musisz temu panu wszystko powiedzieć. Podejrzany milczy. Chce wrócić do celi. Przyprowadzony godzinę później na przesłuchanie powtarza to co zwykle: – Ja tego nie zrobiłem.

Po tej klęsce szef porucznika wysyła go na kilkudniowy urlop, a w „rozkuwaniu”, jak to się mówi w żargonie milicyjnym o przesłuchaniach, zastępuje go kolega. I wtedy Kolanowski pęka. Przyznaje się do zabójstwa dziewczynki i bezczeszczenia zwłok. Dlaczego to robił? Bo za każdym razem coś mu w głowie „pikło”, poczuł potrzebę zdobycia „świeżego ciała na łatki”. Zaprowadza funkcjonariuszy na strych kamienicy, w której mieszka. Ma tam swoją komórkę zamykaną na klucz. A w niej manekin sfastrygowany z osobistej bielizny ukradzionej konkubinie. W odpowiednich miejscach przyszywał „łatki” – organy wycięte z ciał zmarłych kobiet. Wyżywał się na nich seksualnie, a po kilku dniach niszczył. Jego konkubina widziała nadpalone kobiece narządy płciowe w piecu kaflowym, kiedy wygarniała popiół.

Patrzcie na mnie!

Kiedy o zbrodni Kolanowskiego piszą prawie wszystkie polskie gazety, w komendach MO w całym kraju wertują akta niewyjaśnionych dotąd zabójstw – zwłaszcza na tle seksualnym. Nie można wykluczyć, że złapany nekrofil ma na sumieniu jeszcze inne morderstwa. Porucznik Jakubowski ma takie przeczucie. Nos śledczego go nie zawodzi. Milicyjnym kanałem otrzymuje informacje, że w marcu 1981 r. w Wawrze koło Warszawy została zamordowana 21-letnia Hanna S. Na jej zwłokach były cięcia nożem podobne do tych, jakie zadawał Edmund Kolanowski. Ale aresztant nie przyznaje się do kolejnego zabójstwa. Skoro kluczy i zmienia wyjaśnienia, dwaj śledczy z Poznania jadą do Warszawy poszukać dowodów. Przesłuchują ponownie (dwa lata wcześniej dochodzenie prokuratorskie zostało umorzone) kasjerkę na stacji PKP w Wawrze, taksówkarza i jeszcze cztery inne osoby. A także mieszkającą w Warszawie siostrę Kolanowskiego. Są poszlaki – pomocne, gdyby podejrzany o kolejne morderstwa przyznał się do zabójstwa Hanny S. Ku ich zaskoczeniu tak się stało. Milicjanci nie zdążą wrócić do Poznania, kiedy Kolanowski wezwany na kolejne przesłuchanie po prostu wygaduje się, że coś wie o morderstwie sprzed dwóch lat w Wawrze.

Kiedy już zaczyna mówić, funkcjonariusze nie popuszczają, aż wyjaśnienia ułożą się w logiczny ciąg. Miało być tak: w marcu 1981 r. pojechał do Warszawy nabyć hurtem zegarki, którymi na dziko handlował w Poznaniu. W kawiarni „Danusia” przysiadła się do niego prostytutka. Powiedziała, że przyjmuje klientów w swoim mieszkaniu w Wawrze. Wsiedli do podmiejskiego pociągu; na stacji kazała mu poczekać pół godziny, miała coś do załatwienia. Już się nie pojawiła, bo go okradła. Aż do zmierzchu krążył po dzielnicy w nadziei, że spotka oszustkę, ukarze. Bezskutecznie. Ale przy torach kolejowych zobaczył idącą samotnie kobietę. Znalazł metalowy pręt, poszedł za nią, uderzył kilkakrotnie, potem wykroił z ciała te części, które go podniecały. Nadchodzą także informacje z Nowej Soli – latem 1980 r. w kaplicy cmentarnej dokonano zbezczeszczenia zwłok 72-letniej Stanisławy K.

Kolanowski początkowo twierdził, że nigdy nie był w tym mieście, ale gdy mu udowodniono, że ma tam rodzinę, przyznaje się do profanacji ciała zmarłej. W ogóle zmienia się jego postawa wobec przesłuchującego. Nadal patrzy mu hardo w oczy, ale już nie zaprzecza – ze źle skrywaną dumą mówi o sobie „zimny chirurg”. Imponują mu liczne artykuły w prasie; jak stwierdzają obserwujący go biegli psychologowie, „zaczął się obnosić ze swoim zboczeniem”. Porucznik Jakubowski, który nadal nie wyklucza, że Kolanowski może mieć na sumieniu jeszcze inne zbrodnie, postanawia wykorzystać ten stan ducha podejrzanego, posługując się blefem. Układa na biurku zdjęcia zaginionych i ofiar niewyjaśnionych przestępstw na tle seksualnym z ostatnich kilkunastu lat.– Przyjrzyj się tym fotografiom, szczególnie jednej z nich, ty już wiesz której – mówi do przesłuchiwanego. I wtedy Kolanowski przyznaje się do zabójstwa Kazimiery G. pod koniec 1970 r. Dziewczyny z Emilianowa pod Poznaniem, poznanej na dworcu kolejowym. Zamordował ją w pobliskim lesie, kiedy szli do jej domu, bo zaprosiła go na kolację. Odbywa się wizja lokalna za zgodą podejrzanego, ale po 13 latach nie potrafi odnaleźć miejsca, gdzie zakopał zbezczeszczonezwłoki. Mimo to prokurator uznaje wyjaśnienia za wiarygodne i stawia Kolanowskiemu zarzut trzech zabójstw i siedmiu zgwałceń. Te ostatnie czyny uległy już przedawnieniu, ale wezwano pokrzywdzone kobiety na konfrontacje z podejrzanym. Jedną z nich rozpoznaje, pamięta nawet, że tamtego lata 1971 r. była ubrana w kwiecistą sukienkę. Oskarżonego poddano obserwacji psychiatrycznej. Biegli stwierdzili poczytalność w momencie popełniania zbrodni. Wykluczono uszkodzenie centralnego układu nerwowego. Kolanowski nie był chory psychicznie – potrafił logicznie myśleć i np. powstrzymać swój popęd, aż konkubina wyjedzie do rodziny; dopiero wtedy szukał ofiary. Zdaniem psychiatrów nie był też sadystą, a zabijanie nie służyło do seksualnego zaspokojenia. Było tylko środkiem do celu, metodą pozyskiwania organów używanych do onanizowania się. Był klinicznym przypadkiem nekrofila i fetyszysty płciowego.

Zabójca idzie w zaparte

Proces nekrofila w poznańskim Sądzie Wojewódzkim rusza w styczniu 1986 r. Edmund Kolanowski nie wygląda na wystraszonego i oświadcza: – Wycofuję swe szczegółowe zeznania ze śledztwa, bo zostały wymuszone biciem. Sąd musi przez kilka miesięcy weryfikować wszystkie materiały zebrane na etapie dochodzenia. Ostatecznie uznaje, że postępowanie przygotowawcze było przeprowadzone bardzo starannie, a zebrane dowody są niepodważalne. Pół roku później zapada wyrok skazujący Edmunda Kolanowskiego na karę śmierci. Stracono go przez powieszenie. Został pochowany na cmentarzu komunalnym w Miłostowie – tym samym, na którym najczęściej dopuszczał się profanacji zwłok. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Korzystałam z licznych relacji prasowych z procesu oraz z publikacji książkowych: Jerzego Jakubowskiego pt. „Policjant” oraz „Medycyny sądowej” autorstwa Lwa-Starowicza

Okładka tygodnika WPROST: 48/2016
Artykuł został opublikowany w 48/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także