Wyrwane z martwej ręki

Wyrwane z martwej ręki

Dodano: 
Wyrwane z martwej ręki
Wyrwane z martwej ręki / Źródło: KSP
W Warszawie szajka rzekomego prawnika handlowała parcelami o sfałszowanej hipotece. Pomagali jej skorumpowani urzędnicy.

Proszę wysokiego sądu – pisze oskarżony Janusz S. z aresztu – poważny stan mojego zdrowia, zaawansowany wiek – 64 lata, a także przemyślenia poczynione za kratami – wszystko to przekonało mnie o słuszności podjęcia mediacji w celu naprawy szkody. Jest mi wstyd, chcę naprawić zło, które uczyniłem. Janusz S. przez kilka miesięcy torpedował rozprawy, demonstrując, jak bardzo jest chory. Nie mógł o własnych siłach podnieść się z ławy oskarżonych, domagał się obecności na sali lekarza, bo w każdej chwili może się znaleźć na stole operacyjnym. Kiedy badania biegłych wykazały, że nic mu nie jest – nagle wyzdrowiał. Był gotów odpowiedzieć na każde pytanie.

Adwokat ze Starachowic

– Nazwisko się zgadza – potwierdza, gdy sędzia zaczyna od danych osobowych oskarżonego – wykształcenie nie do końca. Choć tytułowali mnie mecenasem, tak naprawdę ukończyłem tylko budowlankę, nie pamiętam, czy z maturą. Od ok. 20 lat utrzymywałem się z prowadzenia kancelarii porad prawnych i konsultacji. Byłem członkiem Stowarzyszenia Magistrów Prawa „Konstytucja” na warszawskiej Woli. Udzielałem tam porad, zwłaszcza jak omijać złe prawo. Dochody miesięczne? Różnie, raz 50 tys. zł, kiedy indziej pięć. W sumie zarobiłem ok. 4 mln dolarów. Niestety – skarży się – w 2009 r. załatwiło go dwoje dziennikarzy z Polsatu. Urządzili prowokację i nagrali, jak matce walczącej z byłym mężem o dziecko radził, aby oskarżyła go o molestowanie. Co z tego, że bezpodstawnie… W audycji powiedzieli, że Janusz S. łamie prawo, podszywając się pod adwokata. – Otrzymałem zakaz prowadzenia działalności na czas śledztwa. A to, choć banalne, trwało sześć lat i tak wyrugowali mnie z rynku – ubolewa oskarżony. – Po emisji audycji telewizyjnej ludzie przychodzili z żądaniem zwrotu pieniędzy. Groziło mi co najmniej kilkanaście cywilnych procesów. Konkurencja z innych zespołów adwokackich zacierała ręce. Niespodziewany ratunek przed zapaścią finansową przyszedł ze Starachowic, z kancelarii znajomego mecenasa M. Leciwy adwokat powiedział mu, jak odbić się od dna, zarabiając pewnym sposobem duże pieniądze. W Warszawie jest sporo parcel, które po zawierusze wojennej potraciły hipoteki. Są to tzw. dobra martwej ręki do nikogo nieprzypisane. Fałszując dokumenty, lub podrabiając je, można stać się legalnym właścicielem takich nieruchomości, a następnie szybko je sprzedać.

Szajka się sypie

„Mecenas” Janusz S. został oskarżony z paragrafu o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, która „w sposób nieuprawniony pozyskiwała z urzędów dzielnicowych Warszawy chronione dane dotyczące nieruchomości na terenie stolicy o nieuregulowanym statusie prawnym, tzw. NN. Następnie podrabiała dokumenty w postaci aktów własności ziemi i postanowień w sprawach spadkowych, aby przywłaszczyć prawa własności do tych dóbr, poprzez założenie ksiąg wieczystych”. Na spreparowanych dokumentach sygnatury postanowień sądowych w rzeczywistości dotyczyły zupełnie innych osób. Faktycznie uprawnionym do tych nieruchomości był Skarb Państwa.

Prokuratorskie zarzuty otrzymało też 27 osób współpracujących z kancelarią fałszywego prawnika. Janusz S. trafił do aresztu, pozostali opłacili wolność poręczeniem majątkowym od 100 do 900 tys. zł. Następnie poddali się dobrowolnej karze i tym samym uniknęli procesu sądowego. „Mecenas” twierdził, że jest gotów bronić swej niewinności z ławy oskarżonych. – Na miłość boską, tak nie może być – krzyczał w sądzie – ja szczerymi wyjaśnieniami w śledztwie doprowadziłem do rozbicia w Warszawie przestępczej grupy bogacącej się na fałszowaniu ksiąg wieczystych! Nurzałem się w bagnie przestępstw nie dla pieniędzy, lecz z myślą o zebraniu dowodów korupcji w sądach i na szczeblu samorządowym. Doprowadziłem do aresztu 27 osób. Domagam się przerwania procesu, odsunięcia tego pana (wskazał na prokuratora) od mojej sprawy, bo jest skorumpowany, złożyłem odpowiednie doniesienie do nadzorującej go instytucji.

Wniosek został odrzucony (po sprawdzeniu, czy takie postępowanie się toczy), prokurator wspaniałomyślnie puścił mimo uszu pomówienie. Proces nabrał tempa.

Powiem wszystko

– Pouczony przez mecenasa ze Starachowic – zeznaje do protokołu Janusz S. – pierwszy raz wszedłem na drogę przestępstwa po zakolegowaniu się z Markiem J. S. dowiedział się o bezimiennej działce w Warszawie przy ulicy Żółwiowej. Adwokat ze Starachowic, za obietnicę połowy pieniędzy po sprzedaży parceli, podrobił akt własności na nazwisko ojca Marka J. Przeprowadzono dochodzenie spadkowe. Dziedziczący majątek złożył w sądzie wniosek o założenie księgi wieczystej. Po otrzymaniu numeru rejestracyjnego dał do prasy ogłoszenie o sprzedaży parceli. Znalazł chętnych, którzy zapłacili 1,5 mln zł. Pieniędzmi podzielił się z mecenasem i Januszem S. Druga działka znajdowała się w Otwocku; przed wojną należała do rodziny żydowskiej. W tym przypadku trzeba było więcej zachodu. – W czasie okupacji – wyjaśnia Janusz S. – Niemcy przygotowali spis hipotek żydowskiego mienia w gminie Otwock. Znalazłem tam interesującą parcelę. Znajoma pani Aneta z Sądu Okręgowego w Warszawie ustaliła, że księga hipoteczna tej nieruchomości znajduje się w sądzie otwockim. Podrobiła podpis sędziego na zarządzeniu o ściągnięciu tych dokumentów do SO. Kiedy nadeszły, wyniosła je do mnie. Zobaczyłem, że w summarum dokumentów hipotecznych jest jeszcze trochę miejsca, tak na linijkę tekstu – wystarczyło, aby dopisać informację, że w księdze znajduje się postanowienie z 1941 r. o dziedziczeniu majątku po pewnej Żydówce przez Józefa J., ojca mego wspólnika Marka. Podrobiłem tekst postanowienia spadkowego. Nikt nie zorientował się w oszustwie, a kobieta dostała ode mnie 70 tys. zł. Do podpisywania różnych dokumentów Janusz S. używał tzw. słupów. Taką rolę m.in. pełnił Grzegorz T. – okazał się tak pojętny, że z czasem „mecenas” dopuścił go do bardziej skomplikowanych machinacji.

Działkę przy ulicy Rzeźbiarskiej w Warszawie przywłaszczył dla swego szefa w ten sposób: mając rejentalne poświadczenie – oczywiście fałszywe – o dziedziczeniu parceli, w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa złożył wniosek o założenie księgi wieczystej, załączając podrobiony akt własności z danymi swego ojca Tadeusza T. Za namową Janusza S. skłamał u notariusza, że nie ma siostry, bo musiałby się z nią podzielić spadkiem. „Mecenas”, dysponując sądowym wpisem, kto jest właścicielem parceli, sprzedał ją za 880 tys. zł pewnemu małżeństwu, bardzo zadowolonemu z korzystnej ceny. „Słupem” była także 54-letnia Anna W. Janusza S. poznała przez internet. – Od siedmiu lat jestem bezdomna – zeznaje w sądzie. – Pan Janusz zaproponował mi, abym u niego zamieszkała. Wiosną 2013 r. zapytał, czy kupiłabym na siebie ziemię, bo nadarza się okazja. Roześmiałam się, przecież nie mam pieniędzy. Zapewnił mnie, że to żaden problem, wystarczy, jeśli podpiszę, co trzeba, reszta to już jego głowa. 300 tys. zł na zakup parceli sam wyłoży, muszę tylko otworzyć konto w banku. Zrobiłam jak mi kazał, bo byłam od niego uzależniona emocjonalnie. Kiedy zorientowałam się, że coś jest nie tak, sama naciskałam, aby sprzedać tę ziemię, nie chciałam mieć z nią nic wspólnego. Janusz znalazł kupca i dobrze na tym zarobił, tylko ja nie dostałam ani grosza. Kiedy zamknęli go w areszcie, przyszło pismo z urzędu skarbowego – mam zapłacić ponad 100 tys. zł podatku z odsetkami. Dopiero wtedy zrozumiałam: byłam dla mecenasa tylko słupem. Zostałam skazana. Dane o nieruchomościach w stolicy z nieuregulowanym statusem własności dostarczali mecenasowi urzędnicy, mający dostęp do systemu informacji chronionych. Między innymi Małgorzata K., która pracowała w Urzędzie Gminy Warszawa-Bielany oraz Hanna W. z Urzędu m. st. Warszawy. Oskarżony zapłacił obu urzędniczkom za przysługę ok. 100 tys. zł. Przekupił też Elżbietę W., pracownicę SO Warszawa Praga, oraz Katarzynę Ś., starszego sekretarza w SR Warszawa-Mokotów. Za wielotysięczne łapówki dostawał od tych kobiet wypisy akt wieczystych i spraw spadkowych. Czasami sam produkował potrzebne mu papiery. Tak np. sprokurował decyzję komisji do spraw uwłaszczeń Wydziału Rolnictwa Prezydium DRN Warszawa-Praga Południe z 1974 r. w sprawie wartej 2 mln zł działki przy ulicy Nawigatorów. Jej właścicielem miała być osoba już nieżyjąca, po której dziedziczył jedyny spadkobierca. W tę rolę wcielił się podstawiony „słup”. Była nim Barbara Z., o której wszyscy oskarżeni mówili, że nie bardzo się orientowała, na jakim świecie żyje. Podpisywała beztrosko, co jej podsuwano, myślami będąc gdzie indziej. W razie potrzeby mecenas fałszował testamenty. Tak było w sprawie Bożeny L.-S., kierowniczki jego biura. Na podstawie ostatniej woli testatorki dostała mieszkanie kobiety, którą się opiekowała. Janusz S., mając akta tej sprawy spadkowej z sądu, a w nich oryginał testamentu, spalił go i podłożył sfałszowany, w którym dopisał, że Bożena L.-S. otrzymała również parcelę przy ulicy Kwitnącej w Warszawie. Działka warta 3 mln zł miała status NN. Sfałszowany testament został przez przekupioną pracownicę sądu rejonowego umieszczony w aktach toczącej się sprawy o założenie księgi wieczystej. Za fatygę urzędniczka dostała 40 tys. zł. Autor oszustwa znalazł kupca na parcelę prawnie przypisaną do Bożeny L.-S. i pieniądze ze sprzedaży zgarnął do swojej kieszeni. Kierowniczka jego biura odbiła sobie tę stratę, oszukując Lecha T.

Skutki pełnomocnictwa

Ten emeryt z AK-owską przeszłością zaufał informacji, jaką otrzymał od starszej pani, rozdającej przed warszawskim sądem reklamowe ulotki kancelarii prawnej Janusza S. Zachęciła go wypisana grubym drukiem obietnica, że w razie niepomyślnego przebiegu sprawy sądowej klient dostanie zwrot poniesionych kosztów. Pierwszy raz spotkał się z takim podejściem adwokatów. Starszy pan chciał odzyskać trzy kamienice na Rynku Starego Miasta, które wraz z bratem odziedziczył po matce. Wprawdzie w 1945 r. pozostały po domach tylko fundamenty, a parcele mocą tzw. ustawy warszawskiej przeszły na własność państwa, ale przecież w III RP przywraca się prawo własności. Mecenas pochwalił wybór jego kancelarii, jako specjalizującej się w odzyskiwaniu przedwojennych nieruchomości, i obiecał zorientować się w ciągu kilkunastu dni, co można zrobić. Tygodnie zamieniły się w miesiące, honoraria pęczniały i w końcu Lech T. usłyszał, że sprawa jest nie do wygrania. Zwrotu kosztów nie będzie, bo zabiegi o uzyskanie właściwych papierów były bardzo kosztowne. Klient to zrozumiał – nie tylko nie miał pretensji, ale zlecił mecenasowi odzyskanie kolejnej nieruchomości, tym razem po siostrze, w Warszawie-Wawrze przy ulicy Krawieckiej. Problem polegał na tym, że domniemany spadkobierca nie miał żadnych dokumentów dotyczących działki.

– Już moja w tym głowa, żeby potrzebne papiery znaleźć – zapewnił go „mecenas”. Następnego dnia Lech T. usłyszał warunki: w momencie odzyskania parceli mecenas i geodeta otrzymają po 30 proc. jej wartości. Starszy pan się zgodził. Marek D., geodeta, odnalazł postanowienie sądu, że po zmarłej w 2005 r. siostrze Lecha T. dziedziczą jej bracia Lech i Piotr. Ten drugi od wielu lat mieszka w Anglii i nie utrzymuje kontaktu z rodziną w Polsce. – Koło pana sprawy jest bardzo dużo chodzenia, trzeba mieć do tego końskie zdrowie – uprzedził swego klienta Janusz S. – Radzę udzielić pełnomocnictwa komuś zaufanemu, sam pan nie da rady. Mecenas podsunął nazwisko Bożeny L.-S. W lutym 2010 r. Lech T. podpisał jej pełnomocnictwo do założenia księgi wieczystej. Rynkową wartość nieruchomości w Warszawie-Wawrze przy ulicy Krawieckiej oszacowano na 3 mln zł. Wkrótce jednak doszło do nieporozumień między Lechem T. a właścicielem kancelarii prawnej. Jak wyjaśnił potem spadkobierca na policji, mecenas stał się nachalny w wyciąganiu od niego pieniędzy na łapówki dla urzędników. T. miał tego dość i zrezygnował z usług prawnika. Niestety, nie pomyślał o wycofaniu upoważnienia dla Bożeny L.-S. A był już wtedy jedynym spadkobiercą, bo zmarł jego brat mieszkający w Anglii. Po pewnym czasie dowiedział się, że nieruchomość przy ulicy Krawieckiej została bez jego wiedzy sprzedana przez kancelarię Janusza S. Ponieważ nie dostał ani grosza, postanowił zawiadomić organy ścigania. Śledztwo zostało wszczęte w lutym 2014 r. Z listy osób do przesłuchania został skreślony Marek D. – w wyniku wypadku samochodowego całkowicie utracił pamięć. 60-letnia Bożena L.-S. wyznała śledczemu, że klienci zwracali się do niej: pani mecenas. Nie prostowała. O sprzedaży nieruchomości w Wawrze nie powiedziała Lechowi T., bo szef jej zabronił. Groził, że jeśli się wygada, połamie jej ręce i nogi.


Na ostatniej rozprawie w kwietniu br. przed sądem stanęli niefortunni nabywcy parcel z fałszywymi papierami. Świadek Marian J., który kupił nieruchomość przy ulicy Nawigatorów w Warszawie, dopiero od prokuratora dowiedział się, że rzekoma właścicielka Barbara Z. była podstawiona. – Chciałem się tam pobudować, teraz nie wiem, na czym stoję, może wszystko stracę – rozpaczał. Arkadiusz B., który występuje przed sądem jako oskarżyciel posiłkowy (głównym oskarżycielem posiłkowym jest Skarb Państwa reprezentowany przez Prezydium m. st. Warszawy), został niefortunnym właścicielem parceli w Warszawie-Wawrze przy ulicy Krawieckiej. Kupił ją dla córki od Bożeny L.-S., która przedstawiła się jako pełnomocniczka Lecha T. – Mecenas ponaglał mnie, żebym się nie wahał, robię świetny interes. Pół miliona to wyjątkowo dobra cena, on wie, co mówi, jego kancelaria specjalizuje się w obrocie nieruchomościami. Takich pechowych klientów mecenasa jest kilkudziesięciu i lista może się jeszcze wydłużyć. Żaden nie chce ugody z oskarżonym, bo nie wierzą, że oszust dobrowolnie naprawi szkody. Proces trwa.

Okładka tygodnika WPROST: 16/2017
Artykuł został opublikowany w 16/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także