Koronni i Szkatuła

Koronni i Szkatuła

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rafała S. ps. Szkatuła zatrzymany (11.05.2011 r.)
Rafała S. ps. Szkatuła zatrzymany (11.05.2011 r.) / Źródło: KGP
Na procesie słynnego gangstera Rafała S. ps. Szkatuła świadkowie koronni plączą się w zeznaniach i zapominają, co uzgodnili z prokuratorem.

W Warszawie toczy się kolejny już proces 38-letniego Rafała S., tym razem o podżeganie do zabójstwa. Na sali sądowej S. ksywa Szkatuła zwraca się do świadka oskarżenia Piotra K. ksywa Kima: – Podsumujmy. Jest czerwiec 2002 r. Od roku są za mną wysyłane listy gończe. Musiałbym być skończonym idiotą, żeby się spotykać ze świadkiem w tak publicznym miejscu jak Galeria Mokotów. I to jeszcze w obstawie „ruskich” – tu oskarżony wdaje się w dłuższą dyskusję ze świadkiem, kogo Kima naprawdę spotkał w galerii handlowej. Sugeruje mu nazwiska. Sędzia: – Panie oskarżony, to niedopuszczalne na tym etapie postępowania. – Ja tylko chciałem pomóc sądowi – odpowiada Rafał S. z uśmiechem. – Sąd samodzielnie prowadzi postępowanie – ripostuje sędzia, też się uśmiechając. Szkatuła: – Ale ja… – Bo ja panu zafunduję siedem dni kary.

Turysta

Rafała S., jednego z najgroźniejszych, a jednocześnie najinteligentniejszych przestępców w Polsce – jak mówił o nim rzecznik Komendy Stołecznej Policji – szukano przez dziesięć lat, nagroda za pomoc w ujęciu go wynosiła 20 tys. zł. Dopiero w maju 2011 r. w okolicach podwarszawskiej Lesznowoli funkcjonariusze zatrzymali škodę fabię, którą kierował właśnie S. Całkiem niepodobny do wizerunku z siedmiu listów gończych: długie włosy, broda, okulary. Miał przy sobie paszport z własnym zdjęciem, ale danymi innego mężczyzny. Liczne stemple kontroli granicznych świadczyły o tym, że jeździł po świecie, był m.in. w Hiszpanii i Turcji. Jego tożsamość potwierdziły badania DNA. Dlaczego tak trudno było go namierzyć? Bo nie używał telefonu.

Gdy policja ogłosiła, że Rafał S. został zatrzymany, prezes czwartoligowego klubu Łysica Bodzentyn rozpoznał w groźnym gangsterze swego zawodnika. Szkatuła, który wówczas używał nazwiska Paweł Jóźwik, pojawił się w kieleckim klubie pod koniec 2006 r. Przedstawił kartę ofensywnego pomocnika w niższych ligach w Warszawie. Powiedział, że wcześniej przez kilka lat mieszkał w Austrii. Prezes był zachwycony nowym nabytkiem. Zawodnik okazał się zdyscyplinowany i hojny, z własnej kieszeni kupił kolegom oryginalne koszulki FC Barcelona. Ostatni mecz rozegrał w październiku 2007 r. przeciwko Wiśle Sandomierz. Po wygranej jakby zapadł się pod ziemię.

Samochody i narkotyki

S., chłopak z warszawskiego Czerniakowa, zaczynał od kradzieży samochodów. Nie doszedł w tej sztuce do takiej wprawy jak słynny Igor Ł. ps. Patyk, późniejszy świadek koronny, ale chodzili razem na robotę, a nawet wyjeżdżali w tym celu do Holandii. Interesowały ich tylko auta luksusowe. Patyk zeznał, że ukradli ok. 50 mercedesów, bmw, audi i toyot. Według prokuratury Szkatuła ukradł m.in. limuzynę ambasadora Danii. Noga mu się powinęła, gdy porwał samochód ukraińskiego milicjanta. W aucie włączył się system antynapadowy, doszło do strzelaniny, kumplowi udało się uciec, ale S. na trzy miesiące trafił do aresztu.

Po wyjściu przerzucił się na handel narkotykami. – Gdy balowaliśmy w Mikołajkach, powiedział, że wszedł w heroinę. Kiedyś w ciągu miesiąca sprzedał ok. trzech kilogramów heroiny po 60 tys. zł za kilogram – zeznał jeden z kolejnych świadków koronnych. W 2000 r. Rafał S. był już jednym z trzech „prezesów” gangu Bandziorka obejmującego zasięgiem warszawskie Śródmieście i Wolę. Szkatuła kierował nim od sierpnia 2001 do czerwca 2006 r. Z miesiąca na miesiąc powiększał obszar wpływów. Kiedy w warszawskiej restauracji Gama zastrzelono pięciu gangsterów, przejął dilerów z Bemowa, Woli i Jelonek. Z materiałów policyjnych wynika, że miał do dyspozycji czeczeńskich zabójców. Przygarniał też młodych przestępców, jeszcze nieprzypisanych do żadnej grupy mafijnej. Tak trafił do niego wspomniany Piotr K. ps. Kima, dziś główny świadek oskarżenia. – Zacząłem od zbierania haraczy na targowisku Wolumen i z agencji towarzyskich. Później uczestniczyłem w „rozkminkach”, czyli rozliczeniach z konkurencyjnymi gangami – przedstawiał się Kima przed sądem.

Sprawa Komandosa

Już dwa miesiące po zatrzymaniu Szkatuły Prokuratura Okręgowa w Warszawie wysłała do sądu pierwszy akt oskarżenia. Rafał S. dostał 13 zarzutów: kradzieży, napadów, paserstwa, handlu heroiną i kierowania zorganizowaną grupą przestępczą o charakterze zbrojnym. Nie przyznawał się, odmówił składania wyjaśnień. Jednak gdy zaczął się proces, zaproponował dobrowolne poddanie się karze. Zasugerował wyrok – 5,5 roku więzienia. Prokuratura się zgodziła, a prowadzący sprawę sędzia Igor Tuleya nazwał postawę podsądnego „godną szacunku”. W uzasadnieniu wyroku sędzia wyjaśniał, że nie było potrzeby, by oskarżony przyznał się do zarzucanych czynów: „Zmuszanie S., by wyrażał żal i skruchę, godziłoby w jego godność, a skrucha zapewne nie byłaby szczera”. Kilka tygodni później Szkatuła usłyszał jednak kolejny zarzut: podżegania do zabójstwa Tomasza S., ps. Komandos, członka konkurencyjnego gangu z Żoliborza.

O zamachach na Komandosa prokuratura dowiedziała się od skruszonego Kimy. Twierdził on, że zlecenie za 8 tys. dolarów przyjął od samego bossa, czyli Szkatuły, po czym wyjechał na Mazury, gdzie miał czekać na sygnał. Sygnał jednak nigdy nie nadszedł, bo w sierpniu 2002 r. na stacji benzynowej Statoil w Warszawie Tomasza S. zastrzelił płatny morderca (do dziś nieznany policji, prawdopodobnie narodowości czeczeńskiej). Komandos zatankował wtedy swoje czarne bmw, po czym podjechał do odkurzacza. Gdy go włączył, podszedł do niego mężczyzna w bejsbolówce i oddał kilka celnych strzałów. Nim się oddalił, poradził pracownikowi stacji zadzwonić na policję.

Żart z pistoletem maszynowym

W tym czasie Piotr K. był w Olsztynie, gdzie ukrywał się po zastrzeleniu swojej dziewczyny. 24-letnią Patrycję znał od paru miesięcy, wpadała do niego każdego ranka, gdy rodzice Kimy wychodzili do pracy. Kochali się, słuchali głośnej muzyki (na co skarżyli się sąsiedzi). Tak też było 30 kwietnia 2002 r. O godzinie 11 Patrycja poprawiała makijaż w łazience, a Kima ją ponaglał, bo umówił się z kumplem. W pewnej chwili zniecierpliwiony wszedł do łazienki i przystawił Patrycji do pleców lufę pistoletu maszynowego, grożąc, że ją zabije, jeśli będzie się tak guzdrać. To miał być żart, ale Kima zapomniał, że nie zabezpieczył broni.

Gdy Patrycja konała, wystraszony telefonował do znajomego, aby przyjechał i zabrał dziewczynę swoim samochodem do szpitala. Kumpel wezwał karetkę. W tym czasie K. zbiegł z bronią w foliowej torbie na podwórko, gdzie parkował swojego volkswagena. Schował pistolet pod siedzeniem. Udając przechodnia, wskazał ratownikowi z karetki mieszkanie, w którym leżała ofiara. I uciekł w okolice Olsztyna. Tam dotarła do niego wiadomość, że dziewczyna nie żyje. Tydzień później otrzymał z Warszawy przesyłkę – broń z amunicją. Gdy go złapano, zeznał, że był to podarunek od Szkatuły.

Bądźmy realistami

Rafał S. twierdził przed sądem, że oskarżenie go o podżeganie do zabójstwa Komandosa opiera się głównie na pomówieniach Kimy: – Poszedł na układ, by dostać jak najmniejszy wyrok za zastrzelenie dziewczyny [ostatecznie Piotr K. został skazany na sześć lat – przyp. aut.]. Ja wiem, jak to się odbywa. Po zatrzymaniu policjanci powiedzieli mi, że jak pójdę z nimi na współpracę, to za rok będę w domu. Zależało im, żebym zeznawał w kilku procesach. Ale jak ja miałem zeznawać, skoro nic nie wiem? Na to oni w śmiech: „Co ty, ku..., nie wiesz, jak to się robi? Dostaniesz akta tych spraw pod celę i będziesz mógł się nauczyć”. – Proszę nazwiska tych policjantów – zażądała sędzia. – Nie przedstawiali się – odparł oskarżony.

Dodał, że Kimę po raz pierwszy zobaczył dopiero w sierpniu 2002 r. w Mikołajkach. Właściciel restauracji powiedział, że ktoś chce go poznać. Podszedł młody mężczyzna potężnej postury, przedstawił się jako Piotr K. – Nie mogę sobie darować – mówił Szkatuła na rozprawie – że zgodziłem się na tę prezentację. Ja z nim żadnego konfliktu nie miałem, ale gdy byłem w ukryciu, ktoś jeździł i mówił, że jest ode mnie, i robił ludziom coś przykrego. Ze mną nikt nie miał kontaktu, wygodnie więc było powiedzieć, że te haracze i inne żądania to dla Szkatuły. Dziś zaprzeczam, abym kierował grupą przestępczą.

Rafał S. nie zaprzeczał, że kradł samochody („bądźmy realistami”). Ale co do innych zarzutów, jest czysty. Piotra S., Komandosa, nie znał i nigdy nie widział. Nie mógł z nim mieć porachunków mafijnych, bo nie było żadnej mafii. Po prostu miał dużo znajomych, był lubiany: – Jeśli ktoś miał problem i prosił mnie o pomoc, pomagałem, byłem dobry w negocjacjach. Jeśli miałem rozmowę z kimś, kto miał ponad dwa metry wzrostu i nie bez powodu nosił pseudo Czacha, brałem dużego pomocnika, żebym nie oberwał. Sędzia: – Co to były za problemy? – Różne. Rodzinne, finansowe. – Nazwiska? – Nazwisk raczej nie znałem, tylko ksywy. – A jeśli pan miał problem, to do kogo się pan zwracał? – Ja nie miałem problemów.

Idź i zabij

Piotr K., świadek prokuratury, na rozprawie wykazywał mniejszą pewność siebie niż podczas śledztwa. Choć był oddzielony od oskarżonego stołem sędziowskim, ani razu nie podniósł głowy, nie spojrzał w stronę Szkatuły. Ze spotkania, na którym miały być omawiane zlecenia na Komandosa, niewiele pamiętał.
Sąd:
– Czy na pewno pan się widział z oskarżonym w Galerii Mokotów?
Świadek:
– Po dziesięciu latach nie mogę stwierdzić na pewno.
Szkatuła:
– Czy na tym spotkaniu proponowane były pieniądze za zabójstwo Komandosa?
Świadek:
– Tak. Ale nie pamiętam, czy Szymon K. ksywa Żoliborski zaproponował mi 30 tys. zł przed nadejściem oskarżonego, czy potem.
Szkatuła:
– Czy zapytałem konkretnie, na co się świadek zgodził?
Świadek:
– Nie pamiętam, czy padły słowa: idź i zabij. Ale przecież to było oczywiste. Komandos stwarzał zagrożenie dla naszej grupy, nie chciał się podzielić haraczami od właścicieli stoisk na Wolumenie.
Szkatuła:
– A czy świadek słyszał, bym ja na spotkaniu rozmawiał o zabójstwie Komandosa?
Świadek:
– Nie przypominam sobie.
Szkatuła:
– I nie dziwiło świadka, że dostał zlecenie na Komandosa, a zaraz potem wyjechał na Mazury i kto inny to zrobił? Świadek:
– Miałem czekać na telefon. Ja się wtedy ukrywałem i potrzebowałem pieniędzy, choć z racji tego, że pracowałem dla grupy, otrzymywałem finansowe wsparcie od Szkatuły. Z ręki do ręki w restauracji Fiszer na placu Bankowym. Tak to brzmi w tłumaczeniu na poprawną polszczyznę, bo w oryginale Kima często się posługuje więziennym żargonem. Mówi na przykład: „chodziłem z klamką w kamizelce”, czyli z pistoletem w kamizelce kuloodpornej. „W stołecznej mieliśmy szmondziaków” oznacza, że przestępcy pozyskali informatorów wśród funkcjonariuszy.

Dla mojego szefunia

Zeznaniom Piotra K. zaprzeczał świadek Dariusz S. ps. Bródnowski. Po zabójstwie Komandosa został on oskarżony o podżeganie do tego morderstwa. Odsiedział sześć lat i na procesie Szkatuły zeznawał z wolnej stopy. Twierdził, że z Kimą spotkał się po raz pierwszy dopiero na konfrontacji u prokuratora. Kolejny świadek, przyprowadzony z aresztu Libańczyk o swojskiej ksywie Wiktor, obciążał wprawdzie Szkatułę, ale równocześnie go przepraszał, kłaniając się w stronę ławy oskarżonych z błagalnie złożonymi dłońmi. Wiktor był już w Polsce karany za napady i wymuszenia, handel heroiną, podrabianie kart płatniczych. – Ciężko mi mówić – zeznał – bo ja nie byłem zwykłym żołnierzem Szkatuły, ja się z nim przyjaźniłem. Ja dla mojego szefunia zrobiłbym wszystko. Jeździłem dla niego na interwencje. Na przykład gdy trzeba było pobić chłopca z jego drużyny, który mu ubliżył. A kiedy wyszedł na wolność Komandos i próbował odzyskać stare wpływy, na rozkminkę pojechaliśmy we czterech: Szkatuła, Dziadek, Kima i ja. Ale Komandos na nasze żądania odpowiedział, że nie po to zabierał, aby oddawać. No, zero szacunku. Po tym spotkaniu Szkatuła zdecydował, że trzeba Komandosa odje... A jak przyjdzie ten moment, to on zamówi śmieciarkę do wywiezienia ciała.

Rafał S. zaprzeczył słowom świadka.
Sędzia do Wiktora:
– Pan się nie przyznawał do przestępczej działalności przez wiele miesięcy, a zaczął sypać w 2011 r., po złapaniu S. Dlaczego pan zmienił postawę?
Wiktor:
– Ja spędziłem 14 lat w więzieniach i nigdy nie przyszło mi do głowy do czegokolwiek się przyznać ani pójść na samoukaranie, bo na coś takiego nie pozwala nasz kodeks honorowy. Gdy się więc dowiedziałem, że Szkatuła dobrowolnie poddał się karze, poczułem się zdradzony. Potem były próby porwania mojej żony. Na szczęście nieudane. Na 90 proc. jestem pewien, że za tym stał Szkatuła.
Adwokat oskarżonego:
– Świadek brał udział w planach zabójstwa Szkatuły…
Wiktor:
– Może powiedziałem: zaje..., ale to w związku z napaścią na moją żonę. W emocjach. Kochałem oskarżonego jak brata, szanowałem, byłem na każde jego wezwanie. Ale on dwa razy przekroczył granicę. Raz, gdy chciał uprowadzić moją żonę, a następnie, gdy poddał się karze. Gdy to dotarło do więzienia, wszyscy zorganizowani chcieli go wsadzić do wora. W naszym świecie takie postępowanie nie jest tolerowane.

W tym momencie oskarżony Rafał S. złożył kolejne oświadczenie:
– Dochodziły do mnie pogłoski o próbach porwania żony świadka, niektórzy mówili, że wygłaszał je sam świadek, żeby wytłumaczyć, dlaczego poszedł na współpracę z prokuraturą. Ale o tym, że miałem porwać, a wczesnej zastraszać jego kobietę, słyszę po raz pierwszy. Gotów jestem poddać się badaniu na wariografie. Poza tym jaki miałbym w tym cel? Przecież sam świadek mówił, że obciążające mnie zeznania złożył dopiero po tej rzekomej próbie porwania. Drugi powód decyzji świadka o obciążeniu mnie w prokuraturze miał wynikać z tego, że na skutek dobrowolnego poddania się karze rzekomo miałem mu zaszkodzić. To jest wymówka, bo ja się przed sądem nie przyznałem do winy i nie składałem wyjaśnień. Zastanawiam się, komu mogłoby zależeć, by nas wbić w taki konflikt?

Proces trwa. Szkatuła nie wygląda na zmartwionego. Zeznania przeczących sobie świadków koronnych to za mało, aby utrzymał się akt oskarżenia.

Okładka tygodnika WPROST: 31/2013
Więcej możesz przeczytać w 31/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także