Tajemnica płyty grobowej

Tajemnica płyty grobowej

Dodano:   /  Zmieniono: 
Nagrobek
Nagrobek / Źródło: Fotolia / Autor: Christian Müller
Zaginęła emerytowana urzędniczka. Wielokrotnie przesłuchiwano jej męża – po ośmiu miesiącach zmarł na zawał. Sprawców schwytano dwa lata po zabójstwie.

Wstawała o trzeciej nad ranem. Zakładała zniszczoną starą kurtkę, dresy, chustkę zasłaniającą twarz. Do tego rozdeptane buciory. Wychodziła po cichu, żeby nie obudzić męża. Po powrocie, nie zapalając światła, zakładała porządne ubranie, które szykowała sobie wieczorem. Gdy odzywał się dzwon w pobliskim kościele, znowu wychodziła na palcach. 65-letnia Bronisława R. z Jasła każdego dnia modliła się na porannej mszy. 26 marca 2008 r. nie miało być inaczej.

Obchodziła śmietniki na osiedlu w poszukiwaniu puszek po piwie. Kontenerowe nurki znały tę starszą milczącą kobietę, która marnotrawiła resztki piwa, wylewając je z puszek na ziemię. Nie dokuczali jej, bo się nie wynosiła, zawsze pierwsza mówiła dzień dobry. I nie wchodziła na ich rewiry. 26 marca około godziny 3.30, gdy Bronisława R. miała w foliowej torbie dopiero trzy puszki, oślepiły ją reflektory samochodu, który podjechał pod sam kontener. Z auta wyskoczył chłopak, krzycząc: „Szukaj mi, k…, butelek, ale już!”. „Sam sobie szukaj!” – odpowiedziała. Dwie godziny później nie żyła. Jej mąż Józef obudził się o siódmej zdziwiony, że żona nie wróciła z kościoła. Postanowił wyjść jej naprzeciw. Od księdza dowiedział się, że Bronisławy nie było na mszy. Następnie R. zajrzał do garażu, gdzie żona gromadziła puszki przed oddaniem do skupu. Żadnego śladu jej porannej obecności.

W południe Józef R. o swoim zmartwieniu zawiadomił ich dorosłe dzieci, a te policję. Już wieczorem Jasło zostało oblepione plakatami ze zdjęciem uśmiechniętej Bronisławy R. Ponieważ zarówno synowie państwa R., jak i ich żony są nauczycielami, starsi uczniowie włączyli się do poszukiwań. Któregoś dnia synowa Bronisławy zapytała swojego ucznia, 19-letniego Tomasza N., który mieszkał na tym samym osiedlu co jej teściowa, czy przypadkiem nie obiły mu się o uszy jakieś wieści w tej sprawie. Chłopak obiecał, że gdyby coś usłyszał, zaraz przekaże. Niezależnie od własnych poszukiwań (jeden z synów od świtu przez dwa tygodnie przeszukiwał wszystkie studzienki kanalizacyjne w okolicy) rodzina zawiadomiła fundację Itaka. Sprawdzali dno rzeki, objechali przytułki, informacja o zaginionej poszła też w programie telewizyjnym „997” i „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…”. Bez skutku.

Trwało też śledztwo policyjne, ale funkcjonariusze nie znajdowali nawet potencjalnej przyczyny zniknięcia starszej kobiety. Nie miała wrogów ani długów, oboje z mężem żyli skromnie z emerytur, po latach pracy na urzędniczych posadach. Małżeństwo R. szanowano na osiedlu – wykształcili dzieci, opiekowali się wnukami, zawsze też można było liczyć na ich sąsiedzką pomoc. Na komendzie przesłuchiwano głównie męża zaginionej. Józef R. bardzo przeżywał kilkakrotne wezwania na policję, skarżył się synom, że traktują go jak podejrzanego, wręcz mordercę. Podupadł na zdrowiu, ale nie chciał się przeprowadzić do dzieci, bo ciągle miał nadzieję, że pewnego dnia jego Bronka stanie w drzwiach. Nie może więc dopuścić do tego, aby zastała drzwi zamknięte. Osiem miesięcy po zaginięciu żony Józef R. dostał zawału serca; zmarł przed przyjazdem pogotowia. Kilka dni później mieszkaniec Jasła Tomasz W. zauważył na rzadko odwiedzanym cmentarzu Ofiar Wojny przesuniętą płytę na jednym z grobów. W. z zawodu był kamieniarzem, zgłosił szkodę w gminie. Dopiero po jego ponagleniach zlecono mu jej naprawienie.

Kamieniarz zabrał kolegę i zaczęli od oczyszczenia płyty z liści i uschniętych gałęzi. Jedna, już zmurszała, tkwiła w szparze grobu wyjątkowo mocno. Gdy się jej przyjrzeli, okazało się, że to ludzka noga. W odkrytym grobie leżały bez trumny zwłoki kobiety. Od pasa naga, miała założone ogrodnicze rękawice i jeden but. Kamieniarz zawiadomił policję. Specjaliści z Zakładu Medycyny Sądowej pobrali szczątki do identyfikacji DNA. Przypuszczano, że mogły to być zwłoki Bronisławy R. Jej dzieci poznały serdak matki i agrafkę, którą zawsze nosiła przypiętą do kieszeni, na wypadek gdyby się urwał guzik.

Odpowiedź, która przyszła po dwóch miesiącach z Zakładu Medycyny Sądowej, potwierdziła, że w grobowcu ukryto ciało R. Zamordowanej – jak stwierdzili patomorfolodzy – na skutek wepchnięcia jej do gardła ostrych kawałków szkła, w wyniku czego zachłysnęła się krwią z przebitej tętnicy. Prokuratura wobec nieznalezienia sprawców wkrótce umorzyła śledztwo. Gdy syn Bronisławy R. złożył skargę do prokuratury okręgowej, postępowanie zostało wznowione.

Szkło do buzi

Minęły dwa lata. Na policję w Częstochowie zgłosiła się Agnieszka W., studentka, która mieszkała w wynajmowanym lokalu ze swoim kolegą z rodzinnego Jasła, Tomaszem N., robotnikiem na budowie. Dziewczyna powtórzyła swoją rozmowę z Tomkiem zaraz po przeczytaniu w rzeszowskich „Nowinach” informacji o znalezieniu na cmentarzu zwłok poszukiwanej Bronisławy G. – Powiedział mi – zeznała – że wie, kto to zrobił. To były zwierzenia po kilku kieliszkach.

Przesłuchano 21-letniego Tomasza N. Od razu przyznał się do zakopania Bronisławy R. w grobowcu. Opowiedział, że razem ze swoją ówczesną dziewczyną i kolegą z klasy bawił się w marcu 2008 r. na dyskotece. Z powrotem zabrał się samochodem Grzegorza S. Gdy byli już blisko jego osiedla, Grzesiek wspomniał, że niedaleko stoi ciągnik, można by ukraść paliwo, tylko potrzebny jest pojemnik. Podjechali pod śmietnik. Akurat przeszukiwała go jakaś stara kobieta. Kazał jej poszukać dużego pojemnika z plastiku, a ona na to: „Sam sobie poszukaj”. Zdenerwował się, uderzył ją w twarz, wtedy zaczęła uciekać. Dogonił, trzepnął butelką po piwie, które akurat miał w ręce, szkło się rozprysło. Upadła, trzymając się za brzuch.

Przesłuchiwany nie pamiętał, kto z nich: on czy Grzegorz, wpadł na pomysł, aby kobietę włożyć do bagażnika i szybko wyjechać z osiedla, póki jest ciemno. Tak zrobili, a potem szukając odosobnionego miejsca, zdecydowali się na mało uczęszczany cmentarz Ofiar Wojny. Kobieta cały czas jęczała – również wtedy, gdy wkładali ją do upatrzonego grobowca. Trzeba ją było uciszyć. – Wszedłem do grobu i włożyłem jej szkło do buzi – zeznał Tomasz N. – Docisnąłem nogą, żeby weszło głębiej. Ona jakoś tak zabulgotała i ucichła. Potem chcieliśmy dosunąć płyty. Dwie się udało, trzecia upadła obok. Grzesiek się przestraszył i zaczął uciekać do samochodu, który stał koło bramy. Dogoniłem go, on zauważył, że mam zakrwawione dresy, i powiedział, że koło śmietnika mogły zostać ślady, więc wróciliśmy w to miejsce. Rzeczywiście, na trawie była krew. Roztarliśmy ją butami. Następnego dnia jeszcze z dwoma innymi kolegami pojechali na cmentarz, żeby poprawić płytę, i wtedy odpięli z ręki zmarłej zegarek, bo miała go na nietypowym, łatwym do rozpoznania pasku. Na tym przesłuchanie zakończono, śledczy zapytał tylko jeszcze o nazwiska pozostałych uczestników zbrodni.

Zadzwoniła mama

16-letni Emil L. od razu się przyznał, że „popełnił błąd, udzielając po koleżeńsku Tomkowi N. pomocy w podniesieniu cmentarnej płyty”. Było tak: Pod koniec marca 2008 r. siedział z Pawłem L. na ławce przed blokiem i pili piwo. Podszedł do nich Tomek N. – szanowali go, bo był w szkole dwie klasy wyżej, poza tym już kiedyś go zatrzymała policja. Powiedział, że zabiera ich samochodem. Nie pytali gdzie, i tak nie mieli nic do roboty. Okazało się, że jadą na cmentarz. Tomek pokazał grób, z którego osunęła się płyta, mieli ją razem podnieść. Ale przedtem powiększyli dół, w którym leżały nieprzykryte zwłoki starej kobiety. – Twarz tej pani była trochę zdeformowana. Tomek zapytał, czy widzieliśmy na osiedlu ogłoszenie, że zaginęła Bronisława R., bo to właśnie ona jest w grobowcu – zeznał Emil.

Przesłuchano Pawła L. Potwierdził – był na cmentarzu, podnosili osuniętą płytę. Wcześniej Tomek N. zadzwonił, że ma pilną sprawę. Wyznał, że kilka godzin wcześniej przy śmietniku zabił bezdomną staruchę, chyba Cygankę. Stawiała się i „wyszedł z nerw”. 21-letni student Grzegorz S. potwierdził podczas przesłuchania, że gdy odwoził swojego kolegę z dyskoteki, podjechali pod śmietnik, aby poszukać pojemnika na paliwo. S. nie wychodził z samochodu, gdy Tomek szarpał się z kimś koło kontenera. – Tomek potem przyszedł do mnie i powiedział: „Chyba zaje…łem babkę”. Kazał mi podjechać pod śmietnik. Ona leżała na plecach, miała rozcięty bok, było widać krew, ciężko oddychała. Tomek chciał ją gdzieś wywieźć autem. Nie chciałem mu pomóc, ale schował kluczyki do samochodu i zagroził, że zostawi auto koło śmietnika, policja mnie namierzy. Wtedy wziąłem ją za ręce, Tomek za nogi i wrzuciliśmy do bagażnika. Tomek zażądał: „Na cmentarz wojskowy” – zeznawał Grzegorz S. – Włożona do grobowca kobieta ciągle charczała, więc Tomek potłukł znicz i włożył jej szkło do gardła. Ja stałem obok. W pewnej chwili w moim samochodzie odezwał się telefon. To dzwoniła mama. Wtedy nie odebrałem, ale postanowiłem stamtąd uciec. Gdy mama zatelefonowała po raz drugi, byłem już w drodze do domu. Od razu poszedłem spać, na dworze już świtało. Rano Tomek obudził mnie telefonem, chciał, abym przyjechał do niego na osiedle. Pokazał mi ogłoszenie na szybie sklepu, że zaginęła kobieta o nazwisku R. Było też jej zdjęcie. N. śmiał się, że ludzie zobaczą tylko twarz, a on widział... No nie chcę tych słów powtarzać, chodziło o to, że na cmentarzu kobieta była goła od pasa.

Pod dyktando

Tomasz N. przesłuchany ponownie po kilku miesiącach aresztu zmienił wersję wydarzeń. Twierdził, że ta pierwsza powstała pod dyktando policjanta. Naprawdę było tak: Pod śmietnik podjechali na zgaszonych światłach i nagle Grzesiek krzyknął: – K…, w coś przyje…łem! Wyszli z samochodu, zobaczyli na betonie skuloną kobietę. – Lała się krew, ona była nieprzytomna, ale żyła, bo sprawdzałem tętno. Grzesiek powiedział, że ofiarę wypadku drogowego trzeba przenieść na bok, bo jeszcze ktoś nadejdzie i nas zauważy. Położyliśmy ją za kontenerami. Od początku mówiłem, że trzeba z babką do szpitala. Ale on, że nie wsadzi rannej do samochodu, bo mu pobrudzi tapicerkę. Ostatecznie się zgodził, żeby do bagażnika. Miałem plan, żeby podrzucić kobietę koło izby przyjęć.

Pojechali w stronę szpitala, ale po drodze minął ich patrol policji i Grzegorz S. się wystraszył; postanowił, że zakopią ciało w jakimś starym grobowcu. Gdy na cmentarzu otworzyli bagażnik, kobieta jeszcze jęczała. N. robił jednak to, co mu kazał kolega student, którego uważał za mądrzejszego. Po odsunięciu płyty rozgarnął gałęziami ziemię w grobowcu i do tego dołka wrzucili ofiarę. Wydawało mu się, że ona ciągle żyje, ale S. powiedział: – Jak tak, weź ją, k…, dobij. Nie mógł, był jak sparaliżowany i wtedy student włożył kobiecie do ust kawałek rozbitego znicza, a następnie nadepnął na twarz butem. – Ja mówiłem, co ty, człowieku, robisz – zeznawał Tomasz N. – A on: weź się odpier…, lepiej byś pomógł nałożyć płytę. Gdy się schylił, wyjąłem mu ze spodni komórkę. Chciał mi ją odebrać, trochę się szarpaliśmy i wtedy płyta spadła. Zacząłem uciekać, Grzesiek za mną. Później chciałem o wszystkim zawiadomić policję, ale się bałem. Raz nawet podszedłem do patrolu w radiowozie. Powiedziałem, że podejrzewam, gdzie jest ta poszukiwana kobieta, i wiem, kto jest sprawcą. Ale policjanci, którzy znali moją rodzinę, bo z bratem były kłopoty, pouczyli mnie, żebym sobie nie stroił z mundurowych żartów. Gdy po dwóch latach zaczęły się przesłuchania, Grzegorz S. przyjechał do N. i kazał mu wziąć winę na siebie, bo jest nieletni, nie mogą go skazać. Obiecał, że będzie mu przez rok płacił po 2 tys. zł. – Ja mu uwierzyłem – twierdził podejrzany – dlatego tak się obciążyłem za pierwszym razem. Dopiero w areszcie dowiedziałem się pod celą, że nieletni to jest wtedy, gdy nie ma skończonych 17 lat, a ja już byłem po opijaniu osiemnastki. Powiedzieli mi, że mogę dostać nawet dożywocie. Dlatego postanowiłem wyjawić całą prawdę.

Tomasz N., z zawodu rzeźnik, miał jeszcze ośmioro rodzeństwa. Jego ojciec pracował jako robotnik w fabryce, matka sprzątała w biurach. To była biedna, ale trzymająca się razem rodzina. Wiosną 2008 r., już po zaginięciu Bronisławy R., wszyscy przeżywali rozpacz Tomka, gdyż go rzuciła dziewczyna. Chciał popełnić samobójstwo – wszedł na słup wysokiego napięcia, ale go nie poraziło. Potem zamierzał wyskoczyć z trzeciego piętra, zdołali go powstrzymać, bo w oknie urwała się klamka. Później wyjechał do Anglii. Wrócił po roku i przeprowadził się do Częstochowy, gdzie znalazł pracę na budowie.

Serce matki

Na procesie wylano wiele łez. Matka Tomasza N. z płaczem zapewniała sąd, że to dobre dziecko, on na pewno nie zabił. Na dresach, w których syn był tamtej nocy na dyskotece, zauważyła następnego dnia tylko kilka brązowych plamek, czyli najwyżej przypadkowo się otarł o tę biedną R. Matka Grzegorza S. prosiła, aby sąd wziął pod uwagę, że jej syn przez dwa lata żył z takim strasznym ciężarem na sercu, nie mogąc nikomu wyjawić tajemnicy. – Widzieliśmy, że często jest podenerwowany, ale nikt w rodzinie nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo musiał to przeżywać. Dopiero po aresztowaniu go otworzyły nam się oczy. W tym momencie oskarżony, już student trzeciego roku, z płaczem oświadczył, że bardzo żałuje tego, co zrobił, ciągle modli się o spokój duszy świętej pamięci Bronisławy R. Zbigniew R., jeden z synów zamordowanej, w imieniu rodziny występujący na procesie jako oskarżyciel posiłkowy, przejmująco wyznawał, co przeżywają, myśląc o śmierci matki w tak strasznych okolicznościach. Stracili też ojca, zadręczonego psychicznie wielokrotnymi przesłuchaniami. R. dopiero na sali sądowej się dowiedział, że jego matka zbierała puszki nie dlatego, że, jak sądził, cierpiała na bezsenność, lecz aby pomóc jego bratu, który popadł w długi. Sąd uwierzył tylko w pierwszą wersję wyjaśnień Tomasza N. Za wiarygodne przyjął wyjaśnienia Grzegorza S. Prawomocnym wyrokiem Tomasz N. został skazany na 25 lat, Grzegorz S. na 15. Nieletni Paweł L. i Emil L. otrzymali wyroki po 12 lat więzienia.

N. przyszedł na rozprawę z tatuażem na ramieniu wydzierganym w areszcie: „Vide Cul Fide”. To nazwa przeboju rapowego zespołu Rosiak MIX & Master. Skazany wyjaśniał, że „podpadają” mu słowa dyskotekowej piosenki : „Zatańcz ze mną ostatni raz / co z nami będzie / za oknem świt / nie pytaj mnie o wczoraj / w mojej głowie same paranoje / miało być niebo, będzie piekło…”.

Okładka tygodnika WPROST: 34/2013
Więcej możesz przeczytać w 34/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także