Obrońca ładu i porządku

Obrońca ładu i porządku

Dodano:   /  Zmieniono: 
Zjawa
Zjawa / Źródło: Wprost / Autor: Łukasz Sawicki
Ofiara przemocy domowej odważyła się wystąpić o rozwód. Tuż przed decydującym posiedzeniem sądu Ktoś ją oblał benzyną i podpalił.

O trzeciej w nocy małżeństwo K. w Grodzisku Wielkopolskim obudziło łomotanie do furtki. I krzyk, właściwie wycie. Wybiegli na podwórko. W świetle ulicznej lampy zobaczyli zjawę z horroru. Czarna postać w strzępach koszuli nie miała włosów ani małżowin usznych. W twarzy-masce bielały odwrócone gałki oczne i zęby. Zjawa co chwila rzucała się na ziemię i tarzała w konwulsjach. Gdy podbiegli bliżej, poznali Danutę K., szwagierkę mieszkającą po sąsiedzku. Zdążyła powiedzieć, że ktoś ją oblał benzyną i podpalił. Potem zemdlała. Wezwali pogotowie. Dotkliwie poparzoną kobietę zawieziono do szpitala w pobliskim Poznaniu, a następnie do Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Mimo intensywnej terapii 45-letnia Danuta K. po dwóch dniach zmarła w bólach, których nie zdołały uśmierzyć najsilniejsze narkotyki. Do końca była przytomna. Wielokrotnie pytana, czy widziała sprawcę, odpowiadała, że nie.

Teraz ci pokażę

Kto był mordercą? Policja wykluczyła włamanie do domu. Wszystkie drzwi i okna były zamknięte od wewnątrz. Płonąca Danuta K. wybiegła przez balkon na parterze. – Mama zwykle tą drogą uciekała przed ojcem, gdy chciał ją bić. Może to on? – jeszcze tej samej nocy 19 marca 2011 r. zeznał Oskar, dorosły syn ofiary. Z godziny na godzinę przed policjantami wydziału kryminalnego odsłaniały się kulisy małżeństwa. Andrzej K. przez prawie 25 lat był policjantem, pracę rozpoczął w stanie wojennym. Póki nosił mundur, żona ukrywała awantury w domu i ślady pobicia, choć sąsiedzi nieraz widzieli, jak uciekała w nocy w bieliźnie przez balkon. Znajomi przywykli, że często nosiła ciemne okulary i taktownie nie pytali dlaczego. Aby utrzymać dwoje dzieci, na które mąż nie chciał dawać pieniędzy, Danuta K. imała się każdej pracy. Sprzedawała bilety na stacji PKS, była ekspedientką w sklepie.

W 2006 r. Andrzej K. odszedł na policyjną rentę z powodu bólu kręgosłupa. Choroba nie przeszkodziła mu zatrudnić się w charakterze kierowcy tira na dalekie trasy. Jego nieobecności w domu trwały po kilka dni. Danuta K. odetchnęła. Dorastające dzieci też już przestały się chować po kątach, namawiały matkę do rozwodu. Andrzej K. nie krył się z tym, że ma kochanki; zresztą one raz po raz telefonowały do domu, przedstawiając się jako znajome z delegacji. 20-letni syn i starsza o rok córka głośno mówili, co myślą o takim ojcu. Andrzej K. czuł, że sytuacja wymyka mu się spod kontroli. Jeszcze się odgrażał, że wysadzi wszystkich w powietrze, jeśli będą go denerwować (w piwnicy trzymał granat oraz broń, na którą nie dostał pozwolenia), ale musiał się godzić na interwencje policji, bo Danuta założyła niebieską kartę. Bez wiedzy żony wydał ich oszczędności na kupno domu letniskowego na działkach ogrodniczych pod Poznaniem. W Grodzisku pojawiał się, kiedy chciał, na przykład aby odebrać pocztę. Miał klucze do domu, nigdy więc swej wizyty nie zapowiadał. Dzięki wsparciu dzieci zastraszana przez wiele lat kobieta zdobyła się na zawiadomienie prokuratora, że mąż się nad nią znęca. Miała dowody – obdukcje lekarskie, a także świadków, którzy widzieli, że publicznie ją upokarzał. Koleżanka syna widziała, jak pijany Andrzej K. na siłę zmuszał żonę do współżycia. Jego teściowa nazwała go wprost zboczeńcem, maniakiem seksualnym. – Już na początku małżeństwa wytapetował swój pokój pornograficznymi fotografiami gołych bab. Tego, co ja się nasłuchałam i napatrzyłam w ciągu miesiąca, gdy leżałam u córki z powodu złamania nogi, starczy mi do końca życia – zeznała w prokuraturze.

Policjanci odnotowywali w specjalnych protokołach niebieskiej linii kolejne wezwania do tej rodziny. Oto Andrzej K. porozbijał talerze w kuchni, bo niespodziewanie wrócił z trasy i nie starczyło dla niego obiadu. Awanturował się po alkoholu, używał niecenzuralnych wyrażeń w obecności dzieci. Wygonił wszystkich domowników do piwnicy, grożąc wysadzeniem budynku, gdyż żona zapomniała zabrać z ogródka kaktus przed jesiennymi przymrozkami. Pobił Danutę K., bo się roześmiała, gdy ją absurdalnie oskarżył o pójście do łóżka z nieletnim kolegą ich syna. Policjant odnotował, że nie ma żadnych dowodów, aby można było insynuować kobiecie taki czyn.

Wyrokiem sądu w 2010 r. Andrzej K. został uznany za winnego znęcania się nad najbliższą rodziną. Dostał pięć miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Wychodząc z sali sądowej, Andrzej K. pogroził żonie: „Teraz ci pokażę!”. Mimo to Danuta K. nie wycofała złożonego już w trakcie postępowania karnego wniosku o orzeczenie rozwodu z winy męża. Na 21 marca 2011 r. był wyznaczony termin zakończenia sprawy rozwodowej. Wszystko wskazywało na to, że gehenna kobiety dobiega końca. Ale do rozprawy nie doszło, bo dwa dni wcześniej Danuta K. została podczas snu oblana benzyną i podpalona zapalniczką, która się wtopiła w jej skórę.

Nerwy na wodzy

Jeszcze przed świtem tragicznej nocy śledczy usiłowali się dodzwonić do Andrzeja K. Komórka mężczyzny nie odpowiadała. Policjanci wysłani na teren ogródków działkowych pod Poznaniem nie potrafili odnaleźć domku męża ofiary. K. odebrał telefon z komendy policji w Poznaniu o 8 rano – zawiadomiono go, że ma się stawić w pilnej sprawie na komisariacie w Grodzisku. Oświadczył tam, że z podpaleniem żony nie ma nic wspólnego. Poprzednią noc spędził na działkach. Przed położeniem się do łóżka wyciszył komórkę, ponieważ marnie sypia i nie chciał być budzony przypadkowym połączeniem.

Przesłuchujący go policjanci byli zaskoczeni, że mężczyźnie na wiadomość o tragicznym stanie żony nawet nie drgnął jeden mięsień na twarzy. Andrzej K. się zorientował, że taki brak reakcji nie robi dobrego wrażenia, i wyjaśnił, że po telefonie z komendy zadzwonił do brata i od niego się dowiedział o nieszczęściu. Przeżył szok, ale prawie ćwierć wieku służby w policji nauczyło go trzymać nerwy na wodzy. Na tym Andrzej K. zakończył składanie wyjaśnień, odmawiając odpowiedzi na dalsze pytania. Policja odtworzyła okoliczności tragedii. Stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, że K. był w Grodzisku 18 marca, bo pojawił się w sądzie z wnioskiem w sprawie alimentów dla dzieci. Na rodzinną posesję dotarł w godzinach popołudniowych, przed powrotem żony z pracy. Przez chwilę rozmawiał przez płot z mieszkającym po sąsiedzku bratem. Andrzej K. upewnił się, że jego córka nadal mieszka w Niemczech. Gdy brat poszedł do siebie, K. przestawił elektroniczny czujnik lampy oświetlającej dojście do budynku w taki sposób, aby się nie włączała, gdy ktoś nadchodził w ciemnościach.

Wieczorem Danuta wróciła z synem z miasta. Oskar się złościł, że nie mógł wjechać na podwórko ani do garażu, bo ojciec kilka dni wcześniej zablokował bramę i samochód trzeba było zostawiać na zewnątrz, przy ulicy. Był piątek, Danutę czekał samotny weekend w domu, bo syn od pewnego czasu spędzał wolne dni u dziewczyny w innej części miasta. Przed wyjściem na prośbę matki sprawdził, czy są zamknięte drzwi od piwnicy i okna z parteru wychodzące na taras. Danuta zmęczona całym tygodniem pracy zamierzała się położyć wcześniej spać.

Zakapturzony mężczyzna

To, co się działo później, pozostaje w sferze przypuszczeń. Śledczy przejrzeli wszystko, co zarejestrowały w nocy kamery w pobliżu miejsca zamieszkania rodziny K. Szczególnie zainteresowało ich jedno nagranie. Kwadrans po północy na ulicy, skąd było najbliżej do tej posesji, pojawił się samochód, kształtem przypominający ten, którym jeździł Andrzej K. Wyszedł z niego zakapturzony mężczyzna i bez rozglądania się na boki zdecydowanie się udał w kierunku pobliskich chaszczy. Tylko mieszkaniec tych okolic mógł wiedzieć, że tędy prowadzi wydeptana ścieżka na skróty do uliczki, przy której stoją dwa domy: małżeństwa K. i ich bliskich krewnych.

Na zarejestrowanym obrazie nie było widać twarzy mężczyzny, ale Oskar K. po charakterystycznym nachyleniu pleców i lekko rozkołysanym chodzie rozpoznał swego ojca. Również samochód, choć w ciemnościach nie była widoczna jego marka, kształtem przypominał auto Andrzeja K. Ta sama postać pojawiła się w obrazie kamery kilka minut po godzinie trzeciej. Mężczyzna podszedł szybkim krokiem do samochodu i natychmiast odjechał bez świateł. – Ojciec był znany z tego, że zapalał światła dopiero w czasie jazdy – zeznał syn Andrzeja K. Potwierdzili to znajomi byłego policjanta.

Nocne rozmowy i zakalec w torcie

Powoli inne poszlaki układały się w logiczny łańcuch. Przestawiony czujnik lampy przed budynkiem, aby w nocy nie oświetlała drzwi wejściowych. Zatarasowana brama – co powodowało, że Oskar parkował swój samochód przed posesją. Jeśli auta nie było, oznaczało to, że młody K. jest poza domem. Przeszukanie pomieszczeń ujawniło w suficie łazienki otwartą skrytkę, o której wiedziała tylko rodzina K. Ktoś szukał tam pieniędzy, a ponieważ nie znalazł, być może w zdenerwowaniu nie dość starannie zamknął wieko. Musiało się to zdarzyć owej tragicznej nocy, bo zwisające drzwiczki były nazbyt widoczne, aby wcześniej tego nie zauważono. Ważnym dowodem, że zbrodni dokonała osoba doskonale znająca rozkład budynku, były uchylone drzwi do piwnicy, gdy wbiegli tam strażacy. Miały one klamkę tylko od wewnątrz, zatem ktoś, kto je w nocy otworzył, dostał się do domu, otwierając normalnie drzwi wejściowe. A wyszedł przez piwnicę. Tylko Andrzej K. miał klucze do domu. Wszyscy świadkowie pytani o tę piwnicę zeznawali, że Danuta K. zawsze przed snem się upewniała, czy drzwi są zamknięte. Wieczorem obchodziła budynek na zewnątrz i wszystko sprawdzała.

Na winę Andrzeja K. wskazywało też to, że jeszcze przed pierwszym przesłuchaniem starannie zgolił wszystkie włosy na ciele. Jego dzieci twierdziły, że nigdy wcześniej tego nie robił. Czy chciał się pozbyć owłosienia, bo jako policjant wiedział, że długo zachowuje ono zapach spalenizny i biegły w osmologii mógłby to odkryć? Nie bez znaczenia były też różne wypowiedzi Andrzeja K. z okresu tuż przed tragedią, zapamiętane przez jego rozmówców. Na przykład zauważył kiedyś w obecności brata, że gdyby trzeba było się kogoś pozbyć, to najlepiej spowodować pożar, wtedy nie pozostanie żaden ślad. Inna osoba usłyszała, jak mówiąc z nienawiścią o żonie, dodał: „Chwasty trzeba wyrywać”.

Niechcący Andrzeja K. pogrążyła też jego kochanka. Podczas pierwszego przesłuchania (w czasie kolejnych nie była już tak spontaniczna, bardzo zważała na słowa) zeznała, że często zdarzało się jej odbierać od niego telefony po północy. Sama też lubiła te rozmowy i nie złościła się, gdy wyrywał ją z głębokiego snu, bo akurat chciał pogadać. Dlatego ani ona, ani on nigdy nie wyciszali swoich telefonów. Ale tamtej nocy z 18 na 19 marca nie kontaktowali się telefonicznie. Była też drobna poszlaka w postaci… zakalca w torcie. Otóż wieczorem 18 marca Andrzej K. miał upiec biszkoptowe spody do tortu na wesele kogoś z rodziny. Znany był ze swoich wypieków (w młodości uczył się na cukiernika), więc krewna z zaskoczeniem przyjęła od niego nazajutrz rano wiadomość, że ciasto się nie udało, opadło po wyjęciu z piekarnika, więc wyrzucił je na śmietnik i zniechęcony drugiego już nie upiekł. Uwierzyła mu. Gdy jednak rozeszły się wieści o podpaleniu przez nieznanego sprawcę Danuty K., byli w rodzinie tacy, którzy powątpiewali, czy owej nocy Andrzej K. w ogóle się zabrał do pieczenia. A może pojechał do Grodziska? Bo dlaczego wieczorem nie odpowiadał na telefony od organizatorów przyjęcia, którzy chcieli się upewnić, czy tort jest gotowy?

Andrzej K. na wszystkie te wątpliwości odpowiadał jednym zdaniem: jest niewinny. Nie ma powodu, by kłamać. Z żoną był w konflikcie, ale to nie znaczy, że ją zamordował. Badanie wariografem wykazało jednak, że „wypowiedzi K. nie korelują z posiadanymi przez niego śladami pamięciowymi”. Prawdopodobieństwo swego błędu biegły psycholog określił na 1 proc. Tyle poszlak. A motyw? Mógł być taki – rozpatrywali śledczy – Andrzej K. obwiał się wyroku na czekającej go 21 marca sprawie rozwodowej. Żona chciała rozwiązania małżeństwa z orzeczeniem winy męża i wszystko wskazywało na to, że taki wyrok zapadnie. Jego konsekwencje mogły być niekorzystne dla późniejszego orzeczenia w sprawie majątkowej. Ewentualna śmierć Danuty K. dawałaby wdowcowi prawo dziedziczenia po zmarłej żonie. Andrzej K. został oskarżony o umyślne podpalenie żony w celu pozbawienia jej życia.

Pomagałem ludziom

Gdy na sali sądowej lekarze i pielęgniarki mówili o ostatnich godzinach życia Danuty K., sędzia musiał zarządzić przerwę, aby wyciszyć groźby pod adresem oskarżonego padające z ław dla publiczności. Wiele osób płakało, słysząc, jak bardzo cierpiała ofiara. Jej skóra była zwęgloną skorupą, znieczulające zastrzyki można było wbijać tylko w pięty. Bez uszu, nosa, warg, ze spaloną tchawicą nie tylko nadal żyła, ale i rozumiała, co się do niej mówi. Nawet tuż przed ostateczną utratą przytomności nie kiwnęła potakująco głową na pytanie, czy mordercą mógł być jej mąż. Sąd Okręgowy w Poznaniu uznał, że łańcuch poszlak został domknięty, i skazał Andrzeja K. na karę dożywocia. Przed rozprawą apelacyjną K. napisał z aresztu do przewodniczącego wydziału: „Jestem niewinny. Nigdy bym nie dopuścił się tak okrutnej zbrodni. Przez wiele lat służyłem obywatelom, zawsze broniłem ładu i porządku publicznego oraz bezpieczeństwa ludzi i dopomóż mi Bóg, nadal będę im pomagał. Nie wiem, kto mógł tego dokonać. Być może, broniąc obywateli, komuś się naraziłem i teraz chce mnie zniszczyć.

Mam swoje podejrzenia, ale prokurator nie wziął ich pod uwagę. Bardzo mnie dziwi, że syn tak nagle pojawił się w pobliżu domu zaraz po tym, jak żonę zabrało pogotowie. Mógł też spowodować pożar jakiś kochanek żony, szkoda, że policja nie interesowała się tym, czy ona kogoś miała. A wystarczyło zajrzeć do szafy; ciekawe, dla kogo kupiła erotyczną bieliznę. Niestety, Danuta zabrała tajemnicę do grobu, a teraz nie dość, że dzieci straciły mamę, to jeszcze z ojca chcą zrobić zabójcę”. Sąd wyższej instancji utrzymał wyrok w mocy. Dzieciom Danuty K., które wystąpiły z pozwem o uznanie ojca za niegodnego dziedziczenia po zmarłej, przyznał od skazanego po 125 tys. zł odszkodowania. Sąd Najwyższy odrzucił kasację.

Imię syna zostało zmienione

Okładka tygodnika WPROST: 6/2014
Więcej możesz przeczytać w 6/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także