Ten czaruś Kalibabka

Ten czaruś Kalibabka

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Sławny w PRL uwodziciel był ucieleśnieniem marzeń kobiet z prowincji o lepszym życiu.

Młody mężczyzna z nagim torsem stroszy suszarką włosy. Stojący przed nim milicjant usłużnie trzyma odpustowe lustereczko. W tle widać innego funkcjonariusza, prasującego bordową koszulę polo, którą zaraz półnagi założy. To kadr z dokumentalnego filmu nakręconego w 1982 r. przez Stanisława Auguścika, reportera TVP. Młodym mężczyzną o ładnej, trochę zniewieściałej twarzy jest Jerzy Kalibabka, do dziś uważany za największego amanta i oszusta w PRL. Film został nagrany w areszcie w Nowym Sączu. Kalibabka zgodził się na przesłuchanie w świetle kamer pod warunkiem, że zmieni więzienny drelich na garnitur, który miał w depozycie zakładu karnego. Poza tym zażądał, aby dostarczono mu suszarkę i żel do włosów, a ubranie ma być odprasowane. – Do dziś pamiętam smugę zapachu Old Spice ciągnącą się za tym aresztantem – wspomina oficer policji Andrzej Zbróg. Pytam go o sprawę Kalibabki, gdyż jako młody wówczas funkcjonariusz uczestniczył w śledztwie. – Zapach płynął więziennym korytarzem za wezwanym na przesłuchanie i mieszał się z fetorem kiszonej kapusty gotowanej dla osadzonych.

Pocztówka od Kalibabki

Milicja polowała na Kalibabkę ponad dwa lata. Z różnych stron Polski mnożyły się doniesienia o okradaniu kobiet ze złotej biżuterii i pieniędzy, ale sprawcy zawsze udawało się w ostatniej chwili umknąć przed kajdankami. Coraz więcej dowodów wskazywało na to, że przestępcą jest Jerzy Kalibabka z Dziwnowa, występujący pod różnymi nazwiskami. Była szansa na złapanie go, kiedy umarła mu matka. Milicjanci po cywilnemu obstawili Dziwnów. Ale poszukiwany listem gończym Kalibabka nie pojawił się, na cmentarz wysłał przez kuriera duży wieniec ze stosownym napisem na szarfie. Równocześnie na adres miejscowego posterunku MO nadeszła widokówka z Zakopanego. „Bardzo żałuję, że nie jestem z Wami” – napisał nadawca, Jerzy Julian Kalibabka. Udało się kilka tygodni później – wskazany milicjantowi przez przechodnia, który widział jego zdjęcie w telewizji, Kalibabka został zatrzymany i osadzony w areszcie w Kamieniu Pomorskim. Nie zagrzał tam miejsca. Ponieważ skarżył się na silny ból w klatce piersiowej, milicjanci przewieźli go na prześwietlenie do publicznej przychodni. Ze względu na aparat rentgenowski musiał mieć zdjęte kajdanki. Ledwo go oswobodzono, wyskoczył przez okno z pierwszego piętra, a następnie umknął, płynąc Kanałem Kamienieckim. Dwa lata później, doprowadzony na posterunek milicji w Sarbinowie, zbiegł w czasie przesłuchania. Wpadł wiosną 1982 r. w szczawnickiej restauracji, gdzie bawił się z 17-letnią lekkoatletką Małgorzatą Z. Został rozpoznany przez innego konsumenta, milicjanta po służbie, który skojarzył jego wygląd ze zdjęciem z listów gończych. Para została aresztowana. Przy Kalibabce znaleziono samochodowy atlas Polski z zaznaczonymi miejscowościami, w których kogoś oszukał i okradł, więc nie powinien się tam pojawiać. – Dla śledczych – wspomina Andrzej Zbróg – to był bardzo pomocny materiał przy poszukiwaniu poszkodowanych. Kalibabka nie przyznawał się, ale znaliśmy miejscowości, w których popełnił przestępstwa, i częściowo adresy ofiar ze ściągniętych z całej Polski akt umorzonych śledztw. Resztę dopowiedziała skora do współpracy z prokuraturą Małgosia Z. Jeździliśmy tymi tropami specjalnie przydzieloną na użytek śledztwa przez Komendę Główną MO czarną wołgą. Tysiące kilometrów – od Bałtyku po Tatry, kilkaset przesłuchanych osób. Dla mnie, młodego śledczego, prawnika, który dopiero co opuścił mury UJ, to była cenna lekcja życia.

200 kocmołuchów

Jako syn rybaka 21-letni Jerzy Kalibabka miał zarabiać na życie łowieniem. Nie chciał – kiedy po śmierci ojca ich dziurawy kuter zatonął, z ulgą opuścił rodzinny dom. Sierpniowego popołudnia 1977 r., tak jak stał – w gumowych rybackich kaloszach – wsiadł do PKS-u, który zawiózł go do Międzyzdrojów. Spotkana na ulicy znajoma kelnerka zaoferowała wspólne łóżko w wynajmowanym sublokatorskim pokoju. Spędzili ze sobą dwa dni. Kiedy kobieta była w pracy, uciekł, kradnąc jej dżinsy i parę innych rzeczy. Zostawił swoje gumowce.

W Świnoujściu zaopiekowały się nim szukające wrażeń dwie Niemki. Razem chodzili do restauracji, na dyskoteki – za wszystko płaciły. Kiedy wyjechały, Kalibabka zatrzymał się na parę tygodni u 30-kilkuletniej kobiety. Utrzymywała go, ale dążyła do ślubu, więc uciekł do Szczecina, wzbogacony o kilka złotych pierścionków ukradzionych niedoszłej narzeczonej. Wkrótce doszedł do takiej wprawy, że aby okraść jakąś kobietę, potrzebował zaledwie doby. Nocując w coraz to innym mieszkaniu, jednemu miejscu pozostawał wierny – słynnej szczecińskiej restauracji „Kaskada”. Rezydujące tam prostytutki okrzyknęły go królem parkietu. To za ich pieniądze zmienił wygląd: zaczął nosić białe kozaki brazylijskie (z wąskimi czubami uniesionymi do góry), obcisłe skórzane kurtki, sygnety, a na szyi ciężki złoty „krzyż południa”, podarowany przez mężatkę, której mąż pracował na kontrakcie w Libii. W pewnym momencie Kalibabka uznał, że w przemieszczaniu się z jednego miasta do drugiego potrzebuje stałej kobiecej obsługi. Do obowiązków wybranych kilku nastolatek należało dbanie o jego garderobę, gotowanie i pomoc w okradaniu bogatych „kocmołuchów”, jak nazywał kobiety, które miały jakieś kosztowności. Od służących mu dziewczyn wymagał bezwzględnego posłuszeństwa. Każde przewinienie karał biciem. Akt oskarżenia zarzucał Jerzemu Kalibabce popełnienie ok. 103 przestępstw na terenie całej Polski. Były to przede wszystkim kradzieże – głównie biżuterii i kożuchów. Szkody zostały wycenione na ponad 15 mln zł (przeciętne miesięczne wynagrodzenie wynosiło wówczas 12 tys. zł). Ponadto udowadniano mu wyłudzenia, rozboje, a także gwałty na nieletnich. Lista jego ofiar obejmowała ponad 200 nazwisk.

W miłosnej euforii

– Osadzony w areszcie Kalibabka rwał się do udzielania wywiadów. Zgodę prokuratora na widzenie z oskarżonym otrzymali tylko dwaj reporterzy: Leszek Konarski z „Przeglądu Tygodniowego” i nieżyjący już Stanisław Auguścik z TVP – twierdzi Andrzej Zbróg. – Facet szpanował nawet za więziennymi kratami – mówi mi red. Konarski. – Na widzenie z nim przemyciłem kilka paczek papierosów sportów, wtedy na kartki. Myślałem, że się ucieszy, a on wyjął z kieszeni chesterfieldy. Bardzo dużo mówił, jak nakręcony. Trudno było się przebić z pytaniami, notowałem to tokowanie jak leci: „Całe moje życie, od czasu opuszczenia domu rodzinnegoaż do aresztowania, było jedną wielką euforią miłosną. Chciałem mieć wszystkie kobiety świata. Urodziłem się, aby kochać”. „Jestem najprzystojniejszy w tym kraju i nie ma potrzeby, abym niszczył sobie ręce; tylko chamy i motory pracują”. „Kobiet uwiodłem kilka tysięcy. Po dwóch tysiącach przestałem je liczyć. W takiej Szczawnicy zaliczyłem wszystkie kelnerki we wszystkich domach wczasowych”. – Kiedy zapytałem, czy wywożenie dziewczyn do lasu, rozbieranie ich siłą i fotografowanie nagich to był podryw czy szantaż, odpowiedział: – Musiałem znaleźć sposób, aby się od jednych uwolnić, by zrobić miejsce dla drugich. – Kalibabka, jak każdy oszust, był inteligentny – ocenia dziś red. Konarski. – Konsekwentnie trzymał się swojej linii obrony, że nie jest przestępcą, gdyż wszystko robił, wychodząc naprzeciw marzeniom dziewczyn, a nie można nikogo skazać za to, że wstawia bajer. Kiedy go zapytałem o kradzieże, odpowiadał, że zabierał jednym, aby dawać drugim. A ponieważ swoje kobiety ubierał w Pewexie, jeździli taksówkami z jednego końca Polski na drugi, chodzili na dansingi i do drogich restauracji, to wszystko wymagało olbrzymich funduszy. Tak naprawdę miał do kobiet stosunek pogardliwy, traktował je przedmiotowo, bił. W jego życiu liczyły się tylko pieniądze i zabawa. Również oficer policji Andrzej Zbróg twierdzi, że z zeznań, jakie składały przesłuchiwane ofiary oskarżonego, wyłania się obraz bezwzględnego gracza na emocjach nastolatek. I wcale nie takiego znów sprawnego i czułego kochanka. Przykładem może być historia pewnej Jarki z miasteczka na Dolnym Śląsku. Dobra uczennica, córka poważanego w okolicy dyrektora i nauczycielki, poszła z koleżanką do kawiarni. I tam wypatrzył ją – ładną, dobrze ubraną – Jerzy Kalibabka. Zabrał jej numerek z szatni, gdzie zostawiła cenny wówczas zakopiański kożuszek. Nie chciał oddać – droczył się, postawił warunek: pójdą jeszcze do hotelowej restauracji. Zgodziła się. Podczas kolacji opowiedział o swoich bogatych rodzicach, zagranicznych podróżach. I że z zawodu jest jubilerem. 16-letnia Jarka pierwszy raz w życiu nie wróciła do domu na noc. Rano zabrał jej pierścionek z szafirem. Trzy dni później wyprowadziła się z domu, pojechała z Kalibabką w Polskę. Myślała, że on handluje biżuterią, bo często obdarowywał ją złotymi pierścionkami, łańcuszkami, które potem po sprowokowanej awanturze odbierał. Kiedy wychodził na miasto, zamykał ją na klucz. Coraz częściej była przez niego bita, rzekomo za nieposłuszeństwo. Po pół roku włóczęgi zaszła w ciążę. Kiedy była w siódmym miesiącu, pozostawił ją na Dworcu Centralnym w Warszawie. Zatelefonował do jej rodziców, że mogą córkę odebrać. Dziecko miało dwa miesiące, gdy niespodziewanie odezwał się z prośbą, aby mu je pokazać. Chciałby sobie zrobić z synkiem zdjęcie. Wyszła z domu z niemowlęciem. On podjechał taksówką, zaproponował rozmowę w pobliskim lesie, bo ściga go milicja. Kiedy Jarka się zgodziła, uprowadził ją z dzieckiem. Przez kilka tygodni włóczyli się po Polsce; wtedy się zorientowała, że gdy on wychodzi „skubać kocmołuchy”, jak się wyrażał, to naprawdę znaczy, że okrada z biżuterii i pieniędzy młode naiwne panienki. Złamała zakaz i zadzwoniła do rodziców. – Jeszcze w tej chwili moje serce płacze po utracie Jarki – żalił się Kalibabka w areszcie Konarskiemu. Pokazał kopię listu, który wysłał do matki swego dziecka: „Nigdy sobie nie wybaczę, że nie potrafiłem zatrzymać takiej dzielnej istoty, jaką byłaś. Uwierz, nie ma dnia i nocy, abym o was nie myślał i nie tęsknił za wami. Dopiero tutaj uświadomiłem siebie, co straciłem i czego nigdy nie odzyskam. (…) Zrobisz ze mną jak uważasz, ja mogę tylko zgadzać się na twoje warunki. Na zdjęciu, które zachowałem, wyglądacie, jakbyście oczekiwali kogoś… Czy moje życie będzie wam potrzebne?”. Adresatka tego listu nigdy nie odezwała się do nadawcy. Aby zatrzeć za sobą ślady, przeprowadziła się do innej miejscowości.

Ucieleśnienie marzeń

W czasie, gdy Jerzy Kalibabka czekał w areszcie na proces, na jego temat wypowiadali się różni naukowcy. Według seksuologa prof. Zbigniewa Lwa- -Starowicza oskarżony do granic perfekcji opanował sztukę kamuflażu. Kryminolog prof. Brunon Hołyst zwracał uwagę na ewenement: Jerzego Kalibabkę spośród innych słynnych w historii oszustów-uwodzicieli wyróżniało to, że nie działał sam. On stał na czele kobiecego gangu, a przyboczną herszta była 17-letnia Małgosia Z., trzymająca w ryzach tzw. służące (świadczące szefowi usługi seksualne). Andrzej Zbróg nie zgadza się z taką opinią: – Małgorzata Z., którą wielokrotnie przesłuchiwałem, nie była żadną gangsterką, lecz zakochaną w Kalibabce nastolatką. Wprawdzie oboje wywozili oporne dziewczyny do lasu, tam je rozbierali do naga i fotografowali, aby zaszantażować przed pójściem na milicję, ale Z. wykonywała polecenia swego kochanka ze strachu. Kalibabka nad nią również się znęcał; kiedyś oblał ją wrzątkiem, groził, że potnie jej twarz żyletką. W lipcu 1983 r. przed Sądem Rejonowym w Nowym Targu rozpoczął się proces Jerzego Kalibabki. Zeznania złożyło 230 świadków, w tym 200 nastolatek. Z uwagi na drastyczność zeznań pokrzywdzonych rozprawy odbywały się za zamkniętymi drzwiami. Oskarżony przyznawał się do większości zarzucanych mu czynów. Stanowczo jednak zaprzeczał posądzeniom o gwałty – zaznaczał, że kobiety oddawały mu się dobrowolnie i bez przymusu. Kiedy usłyszał wyrok: 15 lat więzienia i grzywna wynosząca ponad milion złotych, rozpłakał się. W 1987 r. na podstawie historii skazanego Kalibabki powstał serial telewizyjny pt. „Tulipan” z Janem Monczką w roli tytułowego amanta. Pierwszy scenariusz napisał red. Konarski. – Chciałem pokazać – wspomina reporter – że tytułowy Tulipan jest produktem siermiężnych czasów PRL, tęsknoty małomiasteczkowych dziewczyn za życiem kolorowym i pachnącym tak, jak ówczesne sklepy Pewexu. Dla nich świadectwem bogactwa i wysokiej pozycji społecznej był złoty krzyż na piersi uwodziciela, przedstawiającego się czasem jako jubiler. A złotnik w PRL to był ktoś! Nie chciałem pokazywać Kalibabki tylko jako erotomana, miałem zresztą w tym względzie wątpliwości. On, zdaje się, nie lubił kobiet. Ale telewizja nie chciała socjologicznego obrazu epoki. Wolała epatować widza miłosnymi podbojami czarusia z Dziwnowa.

Nauczyciel podrywu

Dzięki amnestii Kalibabka wyszedł z więzienia po dziewięciu latach – pod koniec 1993 r. Wrócił do Dziwnowa, kilka razy popadł w konflikt z prawem, trochę siedział, wcześniej znów musiał się ukrywać, bo wysłano za nim listy gończe. W Gorzowie Wielkopolskim poznał młodszą o prawie 30 lat Karinę W., z którą się ożenił. Mieszkają na Pomorzu Zachodnim, prowadzą stragan z warzywami. Założyli ze swoimi dziećmi, których mają pięcioro, zespół muzyczny „Kalibabki”, śpiewają przeboje z lat 70. Ale nie dorobili się na tym majątku. Ich sąsiedzi opowiadają dziennikarzom popołudniówek, że częstym gościem w obejściu za płotem jest komornik. Kilka lat temu zbliżający się do sześćdziesiątki Kalibabka przypomniał o swym istnieniu wykładem o uwodzeniu kobiet opublikowanym na blogu Oświecony Kochanek. Zachęcający do udziału – płatnego – w szkoleniu założyciel tej strony napisał, że, gdy toczyło się postępowanie dowodowe w sprawie Kalibabki, nie znaleziono ani jednej spośród 3 tys. przesłuchanych kobiet, które by świadczyły przeciwko podejrzanemu. Sławny uwodziciel PRL na początku swej prelekcji uraczył kandydatów na „szczęśliwych mężczyzn, spędzających dużo czasu z pięknymi kobietami w łóżku”, jak reklamowano kurs, kawałkiem swojej poezji: Tylko ślepy nie ma ochoty/na kobiety /Bo ich nie widzi./ Cóż niestety./Jak się poruszą,/ jak prowokują./ Tylko konsument/ wie jak smakują. Następnie Kalibabka przedstawił swoje opatentowane Dziesięć Sposobów Podrywu. Oto one: „Jesteś królem, królem życia i WSZYSTKO CI się należy. Nie ma innej opcji. WSZYSTKIE KOBIETY świata są Twoje. One cię kochają, pragną, bo jesteś najpiękniejszy, najprzystojniejszy, najbogatszy, najważniejszy. Absolutnie. Nie ma innej opcji. Po prostu, bezgranicznie. I w pełni, w 10 000% na to zasługujesz. Gdy podchodzisz do nowej kobiety, to bez żadnego wahania. Masz abso-kurwa-lutną pewność, że ona będzie twoja, bo jesteś królem. Król się nie waha i nie boi podejścia do nieznajomej. Każdą kobietę możesz mieć, każdą można zdobyć. Bez żadnego wątpienia, to tylko kwestia czasu i znalezienia sposobu. Nikt nie może Ci w tym przeszkodzić. Nikt. Jak nie wejdziesz w ten sposób, to wejdziesz inaczej”. I tak dalej. Rada założyciela strony dla kursanta: „Jeśli masz problem z moralnym aspektem Kalibabki, to znaczy, że to nie jest miejsce dla ciebie. Zmień forum na etyczno-religijne albo idź porozmawiać z księdzem”.

Okładka tygodnika WPROST: 27/2016
Więcej możesz przeczytać w 27/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1

Czytaj także