Nie opuści mnie do śmierci

Nie opuści mnie do śmierci

Dodano:   /  Zmieniono: 
Przemoc domowa
Przemoc domowa / Źródło: Fotolia / Autor: Artem Furman
Zabił żonę, bo nie chciała odnowienia w kościele przysięgi małżeńskiej.

Wanda wyprowadzała się z domu cichcem – najbardziej potrzebne rzeczy spakowała w worek, który ukryła na strychu. W odpowiedniej chwili zbiegła z nim do samochodu, w którym były już dzieci. Pojechali do ośrodka dla ofiar przemocy rodzinnej. Miejsce załatwiła jej matka, która nie mogła spokojnie patrzeć, jak zięć Jacek znęca się nad 35-letnią córką. To trwało już 16 lat. Gdy mąż Wandy się dowiedział, gdzie uciekła żona, codziennie wieczorem przypominał o sobie, świecąc latarką w okna budynku ośrodka. Wanda W. przez wiele nocy nie zmrużyła oka. Ale się nie ugięła – złożyła pozew o rozwód i alimenty. Równocześnie trwało postępowanie prokuratorskie z paragrafu o znęcanie się nad rodziną. Zebrano wywiad środowiskowy.

Ucieczka z domu

Jacek W., z zawodu stolarz, poznał swą przyszłą żonę w czasie pielgrzymki na Jasną Górę. Po ślubie Wanda przeprowadziła się do miasteczka w Rzeszowskiem, skąd pochodził mąż. Przez kilka lat mieszkała u teściów, potem w domu zbudowanym przez Jacka. Z teściami łączyło ich wspólne podwórko. Mąż znalazł zatrudnienie w firmie budowlanej na terenie Austrii i przyjeżdżał do domu raz w miesiącu. Wanda co roku rodziła dzieci – w wieku 35 lat miała ich czworo. W 2011 r. Jacek W. stracił pracę za granicą, a jego własna firma budowlana po kilku miesiącach padła. Uzdolniona plastycznie Wanda dorabiała, dekorując kościoły na uroczystości ślubne. Mąż nie lubił, gdy wychodziła z domu. Podejrzewał, że szuka kontaktu z innymi mężczyznami. Awantury w domu były już na porządku dziennym.

– Zbił mnie mimo zaawansowanej ciąży – zeznała w prokuraturze Wanda W. – Nie poszłam do lekarza po obdukcję, wolałam schodzić mężowi z drogi. To go rozzuchwaliło. A ja tak się go bałam, że nawet nie stanęłam w obronie dzieci, gdy się nad nimi pastwił. Za drobne przewinienia, takie jak niepościelone łóżko, porysowana kredką ściana, niezamknięte drzwi do sieni, 40-letni W. wymyślał różnego rodzaju kary, np. czyszczenie przez całą noc kilkudziesięciu par butów przyniesionych z piwnicy. Gdy nad ranem dzieci usypiały, budził je. Obowiązywała zasada: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Jeśli nabrudziły w łazience, musiały zlizywać podłogę. Nie podlały kwiatków w ogrodzie – musiały w ustach trzymać pokrzywy, a ręce mieć uniesione do góry. Płaczącym z bólu robił zdjęcia. Ociągały się z pomocą przy znoszeniu węgla z podwórka – zabierał je do piwnicy i tam bił paskiem klinowym. W nocy urządzał im tzw. manewry. Kazał włożyć do plecaków kamienie i wyprowadzał do lasu, po czym je gubił. Wystraszone dzieci do świtu szukały drogi do domu. W wymyślaniu kar Jacek W. był niezmordowany. Szczególnie znęcał się nad dziewięcioletnim Maćkiem, który się moczył w nocy. Z tego powodu chłopiec musiał spać na schodach bez pościeli albo godzinami klęczeć na grochu, drucianej wycieraczce lub kostce brukowej. W. „leczył” syna z jego przypadłości, każąc mu pić własny mocz. Dawał mu lekarstwa stosowane na prostatę. Kiedyś za nieposłuszeństwo zagroził mu, że „na trzy zdrowaśki” wsunie go do pieca. Kazał mu się pożegnać z matką i siostrami, następnie przywiązał linką samochodową do deski i tak skrępowanego przysunął do pieca chlebowego, w którym buzował ogień.

W połowie listopada 2011 r. Wanda W. zeznała w prokuraturze, jak wyglądało jej pożycie małżeńskie: – Szłam z nim do łóżka dla świętego spokoju, żeby chociaż wieczorem było bez awantur i dzieci mogły zasnąć. Gdy nie chciałam współżyć, groził pobiciem, bo to mój obowiązek, skoro wzięłam ślub kościelny. Stale podejrzewał mnie o zdradę. W domu byłam k..., po imieniu zwracał się do mnie tylko przy obcych. Nigdy go nie zdradziłam, z obcymi mężczyznami rozmawiałam tylko na Gadu-Gadu. Gdy mąż był w pracy, pilnowała mnie teściowa. Nawet do sklepu musiałam biec, bo patrzyła na zegarek i wszystko zapisywała w zeszycie, który prowadziła dla syna.

Wiele do tego obrazu wniosła rodzina Wandy W. (teściowa odmówiła składania zeznań). Siostra Anna pamiętała ucieczkę Wandy od męża pięć lat wcześniej. Znalazła wtedy dach nad głową u matki. Ale w rodzinnym domu było ciasno, mąż błagał o powrót, obiecywał poprawę. Wanda uwierzyła. Ledwo się rozpakowała, usłyszała warunki: żadnego dostępu do internetu, żadnych wizyt jej matki w tym domu, a dzieci powinny się więcej modlić. Od tej pory mogły słuchać tylko Radia Maryja. W. nie rzucał słów na wiatr. Jako założyciel koła miłośników Rydzykowej rozgłośni zbudował na podwórku kapliczkę i codziennie o godz. 15 odmawiał tam z rodziną różaniec. Ponadto w dni powszednie wysyłał dzieci przed lekcjami na poranną mszę. – Gdy pod nieobecność zięcia przyjeżdżałam do Wandy – zeznała jej matka – córka zasłaniała okna, żeby nas nie widziała teściowa. Rozmawiałyśmy tylko szeptem. On nie pozwalał córce do mnie telefonować, nie mogła mnie odwiedzać, bo twierdził, że pod tym pretekstem pójdzie na randkę. Stale ją oskarżał o prowokowanie mężczyzn i zdradę. Dlatego nie wolno jej było nosić sukni bez rękawów.

Siostra Dorota: – Gdy najstarsze dwie córki miały 14 i 13 lat, ich ojciec wszczynał awantury, wykrzykując: „Jaka matka, taka natka!”. Nie mogły włożyć szortów, legginsów ani obcisłych T-shirtów. Krysia tak się go bała, że gdy na nią patrzył, nie potrafiła przełknąć kęsa. Od czasu powrotu ojca z zagranicy dzieci były często głodne, bo on za karę wydzielał im jedzenie. Maciuś za podebranie matce z portmonetki kilku złotych na cukierki przez tydzień dostawał tylko suchy chleb i wodę. To była kara numer dwa. Numer jeden wyglądała w ten sposób, że ojciec kazał dziecku położyć rękę na pieńku do rąbania drewna i wbił ostrze siekiery tuż obok palców dziecka. – Bałam się zareagować – wyznała Wanda W. w prokuraturze. – Gdy w końcu zdecydowałam się na niebieską kartę, policjant mi uświadomił, że skoro nie potrafiłam się przeciwstawić mężowi, zabiorą nam dzieci do sierocińca.

Kobieta ujawniła prawdę dopiero wtedy, gdy zdecydowała się na ucieczkę z dziećmi do ośrodka. W przeddzień opuszczenia domu powiedziała o wszystkim szkolnej pedagog. Uprzedziła, że przez kilka dni starszych dzieci nie będzie na lekcjach. Nauczycielka nie była zaskoczona. O przemocy w rodzinie W. sporo wiedziała z ankiety rozdanej uczniom (odpowiedzi były anonimowe, ale łatwo było się domyślić, kto je wypełniał). A także od starszych córek Jacka W.: – Magda z Krysią bardzo się o matkę bały. Wyznały mi w tajemnicy, że mamie nie wolno wyjść bez konkretnego powodu na miasto, bo tata zaraz robi awanturę, że idzie do kochanka. Nawet gdy chciała dorobić, dekorując kościół na uroczystość ślubną, mąż jej zabronił, bo mogłaby go zdradzić z księdzem. Ta kobieta od 16 lat, czyli od dnia ślubu, nie była u fryzjera ani u kosmetyczki, bo zaraz byłaby posądzana o kokietowanie mężczyzn. Mąż siłą ją ciągnął do sypialni, a gdy się broniła, rzucał w nią czym popadnie. Kiedyś w takiej sytuacji połamał krzesło. W listopadzie Jacek W. ogłosił żonie, że w kościele będzie odnowienie przysięgi małżeńskiej i jeśli nie przyjdzie, zobaczy, gdzie jest jej miejsce. Pani Wanda nie lekceważyła tych pogróżek, chciała uciec do ośrodka przed ową niedzielą. Mówiła mi, że musi ratować dzieci. Zwłaszcza Maćka, gdyż stał się nadpobudliwy. Zresztą wszystkie dzieci państwa W. były na granicy wytrzymałości psychicznej. I często przysypiały na lekcjach, bo przecież o świcie musiały być w kościele.

Całe zło w kobiecie

Jacek W. nie mógł się pogodzić z ucieczką żony. Gdy zrozumiał, że groźbami przez telefon nic nie wskóra, zaczął wysyłać do rodziny w ośrodku pojednawcze listy. „Wandziu. Jestem innym człowiekiem. To, co się stało, spowodowało u mnie wielki stres. Ja wiem, że zbłądziliśmy, to w tych komputerach jest całe zło. Zrozumiałem, że dzieci były przeze mnie źle traktowane, jestem gotowy do porozumienia. Gdy wrócisz, wiele się zmieni. Popatrzmy sobie w oczy, trwajmy tak chwilę i potem niech nastąpi przebaczenie. Całuję twoją dłoń w geście przyjaźni i szacunku”. „Kochane moje córeczki, Magdusiu i Krysiu. Popatrzcie, jaki ten świat jest wspaniały, wy jesteście na nim jak kwiat okazały. Lecz, drogie córeczki, nie miejcie serca z kamienia, bo takim serduszkiem zadajecie dużo cierpienia. Czy wy mnie jeszcze kochacie? Odezwijcie się. Wasz kochający Tata”.

Opinia terapeuty z ośrodka o Wandzie W. wystawiona na zlecenie prokuratora: „Typowa ofiara przemocy domowej. Zalękniona, zagubiona, bez poczucia własnej wartości, fizycznie – wrak człowieka”. Tymczasem przesłuchany w prokuraturze w związku z zarzutem znęcania się nad rodziną Jacek W. całe zło widział w postępowaniu Wandy W.: – Zaniedbywała dom, gdy zwracałem jej na to uwagę, nic sobie z tego nie robiła. Trudno mi powiedzieć, czym się zajmowała w ciągu dnia, przecież nie pracowała. Gdy wróciłem z zagranicy, zauważyłem, że w naszym ogrodzie ubyło kwiatów, pewnie ich nie podlewała. Rzekomo nie miała na to czasu, ale rozmawiać z obcymi na Gadu-Gadu to owszem. Jeszcze mi pokazywała, co ci mężczyźni wypisywali. Jeden to się zwierzał, że chętnie wpadłby do mojej żony na grochówkę. Nie mogłem na to pozwolić, odciąłem jej internet. Wtedy zaczęła esemesować przez komórkę, to ją podniecało. Gdy kończyła rozmowę, zupełnie inaczej poruszała biodrami. Zdenerwowałem się, uderzyłem ją pięścią i niechcący wybiłem ząb na przodzie. Ale to nie było celowe”. Jacek W. bagatelizował też zarzut dręczenia dzieci. Przekonywał, że chciał je po prostu wychować na przestrzegających boskich przykazań katolików. Żeby nie było jak u Owsiaka: róbta co chceta. Mimo tych wyjaśnień prokurator nie umorzył postępowania. Wanda W. nadal siedziała z dziećmi w ośrodku, czekając na pierwszy termin rozprawy rozwodowej. Z mężem widywała się tylko w kościele, i to na odległość.

Nożem w serce

W niedzielę 4 grudnia 2011 r. pojechała swoim samochodem na poranne nabożeństwo. Z tyłu siedziały dzieci, obok kierowcy koleżanka z ośrodka. Wanda W. myślała, że przy obcej osobie mąż nie odważy się jej zaczepiać. Z kościoła wracały w dobrym nastroju, bo Jacka W. na mszy nie było. Nagle zza zakrętu polnej drogi wybiegł W. z dużym kamieniem. Rzucił nim w szybę, ostre kawałki szkła rozprysły się we wnętrzu samochodu. Wanda zatrzymała pojazd. Wtedy on otworzył drzwi i wyciągnął kobietę za głowę. Dźgał ją nożem, celując w serce. Magda usiłowała zabrać ojcu nóż, zasłaniała matkę, ale W. zagroził, że również ją zabije. Wszystko działo się błyskawicznie; leżąca bezwładnie na drodze Wanda W. chciała jeszcze coś powiedzieć do pochylonych nad nią dzieci, ale już tylko bezgłośnie poruszała wargami. Na widok umierającej żony Jacek W. uciekł w krzaki i tam drasnął się powierzchownie w brzuch. Głośno jęcząc, prosił o wezwanie pogotowia. Podczas przesłuchania W. twierdził, że nie pamiętał napaści na żonę. Uderzył w szybę kamieniem, bo nie widział innego sposobu na zatrzymanie samochodu. Wanda nie odbierała telefonów, a dzieci nie chciały z nim rozmawiać, gdy przyjeżdżał do ośrodka.

Zamierzał im dać podarunki na mikołajki. Dlaczego wziął nóż? Bo w desperacji chciał, aby żona go zabiła, skoro ma romans z jakimś mężczyzną. Wie, że spotkała się z niejakim Arkadiuszem T. poznanym przez internet. Znalazł przecież w jej bieliźniarce stringi. Wie też, że zrobiła temu mężczyźnie na drutach skarpety. Tak wynika z ich wpisów na Gadu-Gadu. – A pan nigdy nie czatował w internecie?– zapytał prokurator. – Owszem – przyznał przesłuchiwany – ale nie robiłem tego na oczach żony, tylko w innym pokoju. I teraz się wstydzę tego, co z podszeptu szatana wypisywałem do nieznanych mi kobiet. Przesłuchiwane po śmierci matki dzieci prosiły o jedno: aby tata nie wyszedł z więzienia, bo się go boją. Jacek W. nie poczuwał się do winy. „Myślę, że po zapoznaniu się z materiałem ze śledztwa – napisał do prokuratora – rozpoznaje pan fałszywe oskarżenia i dostrzega moje ogromne poświęcenie się dla dobra rodziny. (…) Pragnę życzyć Panu wiele błogosławieństwa Bożego w tak trudnej pracy”. – W. nie jest chory psychicznie, nie zdiagnozowano też u niego psychozy w rodzaju kompleksu Otella. Jego zachowanie tuż po zamordowaniu żony wskazuje, że wszystkie działania tego dnia zaplanował i miał pełną świadomość popełnionego czynu – stwierdzili biegli psycholodzy.

Dożywocie

Podczas procesu oskarżony przedstawiał się jako ofiara zdradzającej go żony. – Czuję się odpowiedzialny za śmierć Wandy – oświadczył jednak. – Choć nie zrobiłem tego umysłem, wykonałem rękami. Jego obrońca wystąpił o przesłuchanie Arkadiusza T. Świadek, z zawodu architekt wnętrz, zeznał, że z Wandą W. rozmawiali tylko przez internet. Nigdy nie poznał jej osobiście. Wymieniali też e-maile, bo on miał do sprzedania religijne obrazy, które ona kupowała dla parafii. Z czasem znajomość się zacieśniła, kobieta zwierzała mu się, że czuje się samotna. Przyznawała się, że Jacek W. ją bije, ona to ukrywa przed rodziną i znajomymi. – Na imieniny dostałem od tej pani skarpetki z grubej wełny – powiedział architekt. – Potem zamilkła. Prawdopodobnie mąż odciął jej dostęp do internetu.

Po obciążających oskarżonego zeznaniach starszych córek Jacek W. napisał do nich z aresztu: „Nie mogłem się zdecydować na list po tym, jak przeczytałem wasze zeznania, w których jest tyle kłamstwa. Nie mogę zrozumieć, kto wami manipuluje. Ale ja wam to wszystko przebaczam. Magdusiu, ty dobrze wiesz, jak bardzo kłamała twoja mama u prokuratora, aby mnie zniszczyć. Kiedyś przyjdzie ten dzień, że w twoich oczach pojawią się łzy i wyrzuty sumienia. Proszę, porozmawiaj o tym z księdzem, bo musisz zrozumieć, że nie tędy droga. Krysiu. Niestety, twoje serce jest ciągle zamknięte, mimo że klęczę przed tobą, prosząc o litość. Ja nie zrobiłem nikomu nic złego”. Osobny list wysłał W. do najmłodszej córki, sześcioletniej Marty: „Przykro mi z tego powodu, co się stało. Mam nadzieję, że nie zapominasz o paciorku wieczorem i rano. Dopóki ja nie wyjdę na wolność, będziemy się modlili osobno. Potem znów będziemy razem. Twój kochający tata”.

W grudniu 2012 r. w Sądzie Okręgowym w Nowym Sączu zapadł wyrok dożywocia dla Jacka W. Tytułem zadośćuczynienia dzieciom ofiary sąd przyznał po 80 tys. zł. W uzasadnieniu wyroku podkreślono, że W. ani razu nie wyraził skruchy. Nie tylko na zimno zaplanował pozbawienie życia żony przez uderzenie nożem w serce, ale już w trakcie zabijania groził tym samym córce, gdy ta chciała stanąć w obronie ofiary. Obraz zabijanej matki będzie towarzyszył tym dzieciom do końca życia. Wyrok został utrzymany w apelacji, a kasacja do SN odrzucona.

Imiona bohaterów tekstu zostały zmienione

Okładka tygodnika WPROST: 49/2013
Więcej możesz przeczytać w 49/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także