Morderca melancholijny

Morderca melancholijny

Dodano:   /  Zmieniono: 
Morderca melancholijny
Morderca melancholijny / Źródło: Fotolia / Autor: fasphotographic
Gdy wystawiła mężowi walizki za próg, przyszedł w nocy. Pociął jej twarz i podpalił.

Barbara T. obudziła się, czując, że ktoś na nią wskoczył. Zobaczyła wykrzywioną grymasem wściekłości twarz Piotra, byłego męża. Siedział na niej okrakiem, trzymał nóż. Zerwała się, przewracając go na łóżko, wybiegła z krzykiem do pokoju syna, 16-letniego Antka. Napastnik był tuż za nią. Raptownie obudzony chłopiec nie rozumiał, dlaczego matka ma zakrwawioną koszulę nocną i krzyczy: „Uciekaj, bo cię zabije!”. Oprzytomniał, gdy na plecach poczuł ból od ciosów nożem, które mężczyzna zadawał na oślep.

Antek rzucił się w kierunku pokojów hotelowych na drugim piętrze. Pustych, bo w agroturystycznym gospodarstwie w środku Sudetów akurat nie było gości. Zobaczył za okienną szybą języki ognia, które szły od piwnic, i w panice wyskoczył z drugiego piętra – na szczęście w zaspę śniegu. Prawie nagi, jedynie w slipach, dobiegł do drewutni, gdzie stała maszyna do obróbki drewna przykryta plandeką. Ukrył się pod nią. Chwilę potem zobaczył ojczyma z kanistrem w ręku usiłującego zerwać kłódkę na drzwiach do stajni. Na podwórzu było już jasno od ognia, który ogarnął cały dom. Chłopiec przeczołgał się do potoku dzielącego sąsiednie obejścia. Chciał go przejść w bród, ale po ostatniej śnieżycy rzeczka gwałtownie wezbrała. Od utonięcia uratował go sąsiad, który obudzony o drugiej w nocy szczekaniem psów wyszedł na dwór zobaczyć, co się dzieje.

Zmarzniętego, mokrego Antka zaniósł do swojego domu. Jego żona natychmiast zawiadomiła straż pożarną i usiłowała się dodzwonić na pogotowie. Ponieważ ledwo uspokojone psy znów podniosły alarm, gospodarz ponownie wyjrzał na podwórze, a nie widząc niczego niepokojącego, obszedł je dookoła. Za bramą, na kładce przerzuconej przez potok, dojrzał ciemną plamę. Nie od razu rozpoznał ludzką postać. To była ubrana tylko w koszulę nocną Barbara T. Miała liczne rany na twarzy, rękach i szyi. Chciała coś powiedzieć swemu wybawcy, ale z jej gardła wydobywał się tylko charkot. Wreszcie sąsiad zrozumiał, że prosi o ratowanie syna. Uspokoił, że dziecko jest bezpieczne, zaraz przyjedzie lekarz.

Pogotowie zabrało matkę z synem do szpitala. Obrażenia Barbary T. okazały się tak poważne, że trzeba ją było umieścić na OIOM, a potem – szukać pomocy specjalistów chirurgii estetycznej. Przeszła osiem operacji rekonstrukcji twarzy i nie był to koniec jej cierpień. Gdy doszła do siebie na tyle, że mogła być przesłuchana, opowiedziała prokuratorowi, co przeżyła tragicznej nocy z 14 na 15 stycznia. Największą traumą była próba ucieczki przed oprawcą do sąsiadów. Po wyczołganiu się z własnego podwórka myślała, że najgorsze już minęło. I wtedy poczuła, że ktoś łapie ją za nogi, rzuca na ziemię. To był Piotr J. Na pokrytej śniegiem ziemi stoczyli walkę na śmierć i życie – kobieta jakimś cudem okazała się silniejsza. Zdołała wepchnąć mężczyznę w zaspę, a sama wybiec za ogrodzenie. Niestety, na mostku straciła przytomność. Uratowały ją własne psy, które nie pozwoliły napastnikowi zrobić jednego kroku. To dzięki wilczurom właściciel sąsiedniego domu, który przybiegł na ratunek, domyślił się, że kobieta z krwawą miazgą zamiast twarzy jest jego sąsiadką.

Uczuciowy sprawca

Policja, która nazajutrz pojawiła się na pogorzelisku (w nocy ogień gasiło siedem jednostek straży pożarnej), znalazła wiele śladów krwi właścicielki rancza i jej syna. Pod mostkiem, na którym leżała nieprzytomna kobieta, pies wytropił zakrwawione pudełko zapałek, a obok 30-cm nóż. Na obu przedmiotach były linie papilarne Piotra J. W pogorzelisku dostrzeżono resztki damskiej torebki z wizytówkami Barbary T., szminką i porcelanowym słonikiem. Były więc potwierdzenia obecności J. w obejściu, ale sam podejrzany pozostawał dla organów ścigania nieuchwytny. Po rozesłaniu za nim międzynarodowego listu gończego J. został zatrzymany w Czechach. Przyznał, że był na posesji w nocy z 14 na 15 stycznia. – Jechałem tam z zamiarem zabicia Baśki, a następnie siebie – zeznał do protokołu. – Chciałem, aby pochłonął nas ogień. Pasierba bym oszczędził. Niepotrzebnie się przede mną ukrywa.

Ta uwaga dotyczyła wystąpienia pełnomocnika chłopca do prokuratury o utajnienie aktualnego miejsca pobytu Antoniego T. Oskarżony został zbadany klinicznie przez biegłych psychologa i psychiatrę. Nie stwierdzono choroby psychicznej. Natomiast psycholog, najwyraźniej mając tendencję do stosowania barokowej poetyki w diagnozach, reakcję sprawcy w chwili popełnienia czynu scharakteryzował jako „stan dekompensacji zaburzeń osobowości będącej następstwem stresującego wydarzenia życiowego zaburzającego integralność społecznego jego usytuowania, zniekształconej emocjami oceny rzeczywistości i zawężenia strumienia świadomości, co skutkowało ograniczaniem w stopniu znacznym zdolności do rozpoznania znaczenia czynu i pokierowania swoim postępowaniem”. Ponadto psycholog doszedł do wniosku, że oskarżony, który sprawia wrażenie melancholijnego, tak naprawdę jest wsłuchany w siebie i cierpi, gdy inni go nie dostrzegają. Utratę wybranej kobiety (w tym przypadku żony, która chciała się rozwieść) postrzegał jako zniewagę. – „Badany ma skłonność do przeżywania zaległych uczuć” – orzekł biegły.

Mężczyzna potrzebny od zaraz

Prokurator przyjrzał się małżeństwu J. Wiele na ten temat mógł już powiedzieć 16-letni Antek. Chłopiec był synem pierwszego męża Barbary T. Matka ponownie wyszła za mąż, gdy miał dziewięć lat. Ojczym nie darzył go widocznym uczuciem, ale też mu specjalnie nie dokuczał. W wakacje do ich gospodarstwa pięknie położonego w górskiej dolinie przyjeżdżały dzieci Piotra J. z jego poprzedniego małżeństwa. Przez dwa letnie miesiące byli patchworkową rodziną. Matka Antka od początku postawiła warunek: to ona wychowuje swojego syna. Nowy mąż może się pobawić z pasierbem w gry komputerowe, ale od karcenia wara. Gdy raz się zdarzyło, że Piotr rozzłoszczony niewłaściwym potraktowaniem konia przez Antka zamachnął się na chłopca lejcami, nad świeżo poślubionym małżonkiem odbył się sąd rodzinny. Usłyszał, że jeśli to się powtórzy, znajdzie swoje walizki na schodach. – Ojczym w zasadzie był porządku – zeznał w prokuraturze nastolatek. – Nie nadużywał alkoholu, nie awanturował się, całe dnie spędzał z końmi. Ale ja czułem, że on ledwo mnie toleruje.

Również Barbara nie znajdowała z mężem wspólnego języka. Żaliła się najbliższej przyjaciółce Sabinie K., że wpuściła pod swój dach faceta prymitywnego, który niczego nie czyta, niczym się nie interesuje, a w towarzystwie ją kompromituje. A krąg znajomych miała wyselekcjonowany. Głównie artystyczne dusze, jako że sama w wolnych chwilach robiła witraże. Przyjaciółka przytakiwała, ale gdy prokurator wezwał ją na przesłuchanie, nie omieszkała powiedzieć, że Piotr J. został mężem Barbary tylko dlatego, że w jej gospodarstwie agroturystycznym potrzebny był mężczyzna do ciężkich robót. To, że znał się na koniach (w ofercie dla gości była szkółka jeździecka), zdecydowanie podniosło jego matrymonialne szanse. Jednakże energiczna, przedsiębiorcza Barbara wkrótce odebrała mu ten atut, gdyż nauczyła się jeździć konno i coraz częściej pozwalała sobie krytykować przy gościach umiejętności trenerskie męża. Odbierał to bardzo emocjonalnie, dochodziło do awantur. Raz zdaniem właścicielki rancza spowodował nawet niebezpieczną sytuację, gdyż chciał jej pokazać, że potrafi zapanować nad koniem w każdej sytuacji i gdy w siodle była mała córka hotelowych gości, zmusił konia do galopady w stronę stajni. Dziewczynka się wystraszyła, jej rodzice wpadli w histerię. Barbara w ostrych słowach powiedziała mężowi, co o nim myśli. On nie pozostał dłużny i wieczorem między małżonkami doszło do decydującej rozmowy. – Zapytałam go, czym chciał mi zaimponować, narażając zdrowie dziecka – zeznała na policji Barbara T. – Czyżby to robił z miłości? Nie zrozumiał ironii. Usłyszałam, że o miłości nie ma już mowy. Wtedy zaproponowałam rozwód.

– Wyprowadzka ojczyma odbyła się spokojnie – zapamiętał Antek. – Tyle że odbywała się na raty. On kilka razy przyjeżdżał po swoje rzeczy. Mama mówiła, że trudno będzie się go pozbyć, bo mu się usunął grunt spod nóg, nie może znaleźć pracy. Barbara: – Ledwo wyjechał, po trzech dniach był telefon, czy może wrócić, porozmawiać. Zgodziłam się. Doszliśmy do wniosku, że spędzimy razem wakacje i zobaczymy, co dalej. Zrobiło mi się go żal. Poza tym nie chciałam, aby mówiono o mnie, że już drugiego męża przegoniłam. Nie jestem taka. Myślałam, że do lata on się jakoś urządzi, nie będzie już na mnie wisiał, weźmiemy rozwód za obopólną zgodą. W najgorszych sennych koszmarach nie przewidziałam tego, co się potem zdarzyło na jawie. Biegli z zakresu pożarnictwa orzekli, że tylko szybka ucieczka uratowała Barbarę T. i jej syna od śmierci w płomieniach.

Przyjaciółka ma głos

Przed sądem oskarżony przyznał się do winy, ale zaraz potem odmówił składania wyjaśnień. Barbara T. nie musiała wiele mówić. Przeszła dziewięć operacji plastycznych, czekały ją kolejne. Blizny na jej twarzy powodujące trwałe oszpecenie były wymownym dowodem doznanych cierpień. I psychicznej udręki z powodu obecnego wyglądu. W aktach sprawy jest jej zdjęcie sprzed pożaru – atrakcyjnej blondynki. Po napaści męża i ucieczce z płonącego domu nabawiła się choroby układu oddechowego i niesprawnej ręki. Pogorszyła się też jej sytuacja materialna. Ranczo zostało spalone prawie do fundamentów. Z ubezpieczenia domu starczyło tylko na położenie dachu. Kobieta nie miała wyjścia – postanowiła sprzedać swoje wymarzone miejsce na ziemi. Ale nie mogła znaleźć kupca i od ponad roku była na utrzymaniu rodziców. Do tego doszły kłopoty ze stanem psychicznym syna. Od czasu gdy wyskoczył z drugiego piętra przed ojczymem goniącym go z nożem, nie mógł w nocy spać, każdy szelest za oknem sprawiał, że czuwał do rana. Potrzebował pomocy psychologa. Prokurator żądał dla oskarżonego 15 lat więzienia. Sąd okręgowy uznał, że wystarczy osiem, ale po apelacji kara urosła do 12 lat. Ponadto zasądzono ofiarom zadośćuczynienie od sprawcy – 100 tys. zł dla Barbary T. i 10 tys. zł dla jej syna.

Sąd apelacyjny orzekł, że podniesiony przez oskarżonego zarzut wobec ofiary, że zostawiła go dla innego mężczyzny, jest niczym niepopartym domysłem. Stan wzburzenia, jakiego rzekomo doznał na wiadomość o małżeńskiej zdradzie, był zakorzeniony w nieprawidłowych cechach osobowości Piotra J., a nie w wymyślonym na użytek linii obrony zdarzeniu. Kasacja do Sądu Najwyższego został odrzucona. Barbarę T. czekała jeszcze sprawa rozwodowa. Sądziła, że wobec skazania męża na długie lata więzienia orzeczenie o rozwiązaniu jej małżeństwa zapadnie szybko. Myliła się. Niespodziewanie na sprawie rozwodowej po stronie pozwanego opowiedziała się jej najbliższa przyjaciółka Sabina K. Od lat nie miały przed sobą tajemnic. Łączyło je też wspólne tworzenie witraży do kościołów. Gdy po dobiciu transakcji z proboszczem szły na kawę, Sabina K. niejednokrotnie wysłuchiwała zwierzeń Barbary o jej związku. Dominował ton rozczarowania. – Odwiedzałam w więzieniu skazanego Piotra J. – przyznała przed sądem K. – Robiłam to w tajemnicy przed przyjaciółką, co nie było trudne, bo nasze kontakty się urwały.

Z jej zeznań wynikało, że Barbara T. kilka tygodni przed tragicznym zdarzeniem poinformowała pisemnie męża, że już go nie kocha i chce się rozwieść. – Piotr bardzo to przeżywał, ciągle miał wyznanie żony przy sobie, również owej nocy, gdy uciekał z płonącego rancza. Miesiąc po tragedii rozmawiałam z Antkiem. Zapytałam go wprost, czy mama kogoś ma. Odpowiedział wymijająco, ale uśmiechem dał mi do zrozumienia, że jest ktoś taki – zeznała Sabina K. Przyjaciółka poszkodowanej zaprezentowała się przed sądem jako gorliwa obrończyni oskarżonego. W jej oczach był ofiarą kobiety, która tylko dlatego po raz drugi wyszła za mąż, bo potrzebowała „wołu roboczego” w gospodarstwie. To on wybudował stajnie, oporządzał konie, powiększył hotel dla gości. Żona artystka siedziała na strychu, w pracowni witraży. I jeszcze narzekała, że nie ma z kim porozmawiać o literaturze i sztuce. Sabina K. jak mogła, tak bagatelizowała krzywdę przyjaciółki. Gdy Barbara T. skarżyła się przed sądem, że tragicznej nocy doznała urazu prawej ręki i to kalectwo uniemożliwia jej spełnienie się artystyczne, usłyszała ripostę świadka, że to przesada. Sprawa rozwodowa zakończyła się orzeczeniem rozwiązania małżeństwa z winy obu stron.

Przypadkowe zabójstwo

Piotr J. natychmiast wystąpił do Sądu Najwyższego o ponowne rozpatrzenie jego sprawy karnej, gdyż jego zdaniem doszło do pomyłki w ocenie motywów jego działania. Napisał: „Nigdy nie miałem zamiaru zabicia żony. Moje przyznanie się w śledztwie było spowodowane bardzo złym stanem psychicznym, nie rozumiałem w pełni zarzutów. To, że pozwoliłem Antkowi uciec, jest najlepszym dowodem, że nie był on celem mojego ataku. Żona złożyła w śledztwie fałszywe zeznania. Nie dlatego miała mnie dość w małżeństwie, bo się jej znudziłem, tylko że poznała kogoś innego. Wyraźnie o tym mówi w liście, który mi napisała. Leżał na przednim siedzeniu w samochodzie, gdy mnie złapano na terenie Czech. Prokurator powinien tę korespondencję dołączyć do akt, nie wiem, dlaczego tego nie zrobił.

Świadek Sabina K., która poznała kochanka mojej żony, może zaświadczyć, że tamtej tragicznej nocy postąpiłem w sposób szalony nie na skutek nieprawidłowej osobowości, jak napisano w uzasadnieniu wyroku, ale z powodu przeżywania zdrady. Byłem pod wpływem silnego wzburzenia usprawiedliwionego okolicznościami. Na granicy niepoczytalności. Dlatego sąd powinien zastosować wobec mnie nadzwyczajne złagodzenia kary”.

SN odroczył rozpoznanie sprawy. Postanowił zarządzić sprawdzenie okoliczności podnoszonych we wniosku przez dopuszczenie dowodu z rozprawy rozwodowej. Sabina K. nie ma już przyjaciółki, z którą by mogła jeździć konno, ale liczy na szybkie spotkanie z wdzięcznym jej Piotrem J.

Okładka tygodnika WPROST: 15/2014
Więcej możesz przeczytać w 15/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także