Krew na jezdni

Krew na jezdni

Dodano: 
Autobus
Autobus / Źródło: FreeImages.com / sxc.hu
Trzej młodzi mężczyźni popychali rowerzystę na jezdni, aż w końcu wepchnęli go pod autobus. Teraz Sąd Najwyższy zakończył sprawę.

Tylko do Wszystkich Świętych, potem rower idzie do komórki – powiedział Piotr K. do kolegi na początku października 2014 r. 31-letni Piotr K., magazynier w firmie farmaceutycznej, mieszkał z narzeczoną (termin ślubu już był ustalony) we wsi Mogilno. Od wiosny do późnej jesieni dojeżdżał rowerem do pracy w odległych o 10 km Pabianicach. Ale na jego nieszczęście jesień była łagodna, więc jeszcze 10 grudnia wsiadł na rower. Miał drugą zmianę. Kwadrans przed godz. 14 dojechał do ulicy Nawrockiego, jednej z głównych w Pabianicach. Minuty dzieliły go od bramy zakładu.

Tego dnia 24-letni Konrad B. w towarzystwie starszego o trzy lata Łukasza G. odwoził auto swej dziewczyny do mechanika. W trakcie jazdy samochód się rozkraczył, wysiadł akumulator. Mężczyźni zatelefonowali po pomoc do znajomego 19-letniego Kamila K., który mieszkał w pobliskiej Górce Pabianickiej i był zmotoryzowany. Nie zawiódł ich – udało się doprowadzić niesprawny samochód do warsztatu. Była godz. 12. Konrad B. i Łukasz G. nie mieli czym wrócić do swej wsi. Nie uśmiechało im się czekanie na autobus, znów zadzwonili do Kamila K., aby ich podrzucił. Umówili się w pobliżu skrzyżowania przy ulicy Nawrockiego. Dojeżdżając swoim renault megane na miejsce spotkania, Kamil K. zobaczył, że koledzy stoją po przeciwnej stronie ulicy. Zawrócił na podwójnej linii ciągłej. W trakcie wykonywania tego manewru zajechał na przeciwległym pasie jezdni drogę rowerzyście. Był nim Piotr K., który, zdenerwowany, zwrócił uwagę 19-latkowi, że złamał przepisy drogowe.

Rozmawiali podniesionymi głosami, bo Kamil K. się stawiał. Tę wymianę zdań obserwowali z odległości ok. 30 m Konrad B. i Łukasz G. Kiedy samochód kolegi był już przy nich, B. krzyknął do rowerzysty, że sam jest winien, bo jego miejsce jest na ścieżce rowerowej. Wówczas Piotr K. pokazał mu środkowy palec. Konrad B. opuścił szybę. – Mamy do ciebie wysiąść? – krzyknął. – To wysiadajcie – usłyszeli w odpowiedzi od K., który nie zatrzymując się, spieszył do pracy. Wyprzedzili go i stanęli na poboczu ruchliwej ulicy Nawrockiego. Kiedy zobaczyli rowerzystę – jechał bardzo szybko, stojąc na pedałach – wyszli mu naprzeciw. Łukasz G. usiłował zrzucić Piotra K. na jezdnię, zdzierając mu kask. Udało mu się o tyle, że chyboczący się rower zmienił pas, teraz był bliżej stojącego pośrodku ulicy Konrada B. Ten również zamierzył się na Piotra K., uderzając go w głowę.

Napastowany stracił panowanie nad rowerem i wjechał prosto na autobus na przeciwległym pasie ruchu. Roztrzaskała się przednia szyba. Silnie poraniony, bezwładny K. spadł wraz z połamanym rowerem na jezdnię. Obrażenia były tak duże, że zmarł chwilę potem.

Dlaczego się czepia

Na widok krwi na jezdni, jeszcze przed pojawieniem się pogotowia ratunkowego i policji, Kamil K. zapuścił motor, by uciec z miejsca wypadku. Jego koledzy wskakiwali do samochodu już w biegu. Żaden z nich nie zauważył, że jeden z pasażerów autobusu zanotował numer rejestracyjny pojazdu. Podczas ucieczki ustalili, że wieczorem spotkają się w Łodzi koło marketu Tesco. Na razie Konrad B. i Łukasz G. zniszczyli

swoje telefony i schowali się w piwnicy bloku na pabianickim osiedlu. B. opuścił kryjówkę na godzinę, bo chciał odebrać z naprawy samochód swej dziewczyny. Kiedy się spotkali, z płaczem wyznał jej, co się stało. Usłyszała, że odbijali sobie rowerzystę z rąk do rąk i ten stracił panowanie nad kierownicą, wpadł na autobus. Rozmowa trzech spanikowanych mężczyzn na parkingu Tesco nie doprowadziła do wspólnych wniosków. Najmłodszy z nich Kamil K. był za tym, aby dobrowolnie iść na komisariat. Zrobił to następnego dnia, po bezsennej nocy. Jego starsi koledzy postanowili nadal się ukrywać. Załamali się po trzech dniach, wiedząc, że policja depcze im po piętach. Złożyli zeznania. Żaden z przesłuchiwanych nie przyznał się do bicia Piotra K. w taki sposób, że zderzył się z autobusem. 24-letni Konrad B. (uczeń I klasy zaocznego liceum) ocenił dramat na ulicy Nawrockiej jako głupi wypadek drogowy. Owszem, chciał zatrzymać rowerzystę, aby wyjaśnić, dlaczego czepia się Kamila. Ale wszystko miało się odbyć pokojowo. („Moje ręce tylko ześliznęły się z ubrania tego człowieka, w momencie gdy chciałem go zatrzymać”).

Na jezdni ustawił się z kolegą w pewnej odległości, aby uniemożliwić temu mężczyźnie wymknięcie się z zasadzki. Tymczasem on, trochę dotykany, stracił równowagę: zachwiał się, przekoziołkował przez kierownicę i uderzył w autobus. „Stosunek podejrzanego do czynu jest bezkrytyczny” – napisał policjant w protokole na marginesie tego zeznania. Również 29-letni Łukasz G. w czasie pierwszego przesłuchania nie widział swojej winy. – Być może w samochodzie padło to słowo, aby rowerzystę złapać – zeznał – ale pokrzywdzony był agresywny, prowokował nas. Chciałem się rozmówić z tym człowiekiem i dlatego wyszedłem na jezdnię. Ale on wykonał unik, wpadł na stojącego dalej Konrada B., który odruchowo go odepchnął. I skończyło się, jak się skończyło. 19-letni Kamil K., jeszcze uczeń gimnazjum, ale już karany za przestępstwo z użyciem przemocy, tak się tłumaczył śledczym: po wykonaniu manewru zawracania na linii ciągłej zatrzymał się, gdyż jakiś rowerzysta zwrócił mu uwagę,

że złamał przepisy. Przyznał mu rację, przeprosił. Ten mężczyzna odjechał, a on zaparkował w pobliżu stojących na poboczu kolegów. Następnie włączył się do ruchu i prowadził samochód w kierunku, który wskazywał mu Konrad B., bo miał ich odwieźć do domów. W pewnym momencie kazali mu się zatrzymać i wysiedli z samochodu. Nie pytał po co, czekał na skraju jezdni. Po niedługim czasie wrócili bez słowa wyjaśnienia, w milczeniu dojechali pod wskazany przez nich adres.

Chcieli mu dać nauczkę

Świadkowie zeznający podczas procesu w Sądzie Okręgowym w Łodzi zaprzeczyli słowom oskarżonego Konrada B., że „jego ręce tylko ześliznęły się po kombinezonie Piotra K”.. Pasażerowie autobusu widzieli popchnięcie rowerzysty na maskę pojazdu, którym jechali. Sąd dociekał motywów postępowania Konrada B., inicjatora ataku. W uzasadnieniu do wyroku dla tego oskarżonego – osiem lat odosobnienia – sędzia wskazał, dlaczego zakwalifikowano przestępstwo jako pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Nie można bowiem stwierdzić, że B. godził się na zabicie rowerzysty. Prawdopodobnie nie pomyślał o nadjeżdżającym z przeciwnej strony ulicy autobusie. Jego występek to umyślny zamach na czyjeś zdrowie. Chciał nastraszyć rowerzystę, przerzucając go w stronę kolegi jak paczkę. Prowokował Konrada B. wyzwiskami, że nie ma prawa zwracać uwagi kierowcy samochodu, bo sam łamie przepisy, nie jadąc ścieżką rowerową. A przecież widział, że w tym miejscu takiej ścieżki nie było. Łukasz K. dostał cztery lata więzienia, a Kamil K. dwa lata za działanie w porozumieniu z głównym sprawcą. – Ten czyn cechował wysoki stopień społecznej szkodliwości, a oskarżeni, przedstawiając swoją wersję wydarzenia, w wielu miejscach kłamali – orzekł sąd. Sąd apelacyjny utrzymał wyrok w mocy. Obrońca Konrada B. złożył kasację w Sądzie Najwyższym. Kwestionował zakwalifikowanie przestępstwa jako pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Zdaniem adwokata działania jego klienta wyczerpały znamiona art. 155 k.k. odnoszącego się do ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, ręka B. bowiem jedynie prześliznęła się po kasku rowerzysty, do uderzenia nie doszło. Rowerzysta zginął na skutek zderzenia z autobusem. Z kolei obrońca Łukasza G. podnosił w kasacji, że sąd II instancji nie wziął pod uwagę zachowania pokrzywdzonego. Otóż Piotr K. zajechał Kamilowi K. drogę, otworzył drzwi samochodu i wdał się z kierowcą w burzliwą dyskusję, z użyciem wulgarnych słów na temat łamania przepisów drogowych. Była to jawna prowokacja ze strony rowerzysty.

Prokurator wnosił o oddalenie kasacji, gdyż wyjaśnienia oskarżonego, świadków, jak i eksperta procesowego przeczyły tej wersji wydarzenia. W połowie października tego roku kasacja została oddalona.

Recydywista

Najmłodszy ze skazanych Kamil K. miał szanse za pół roku wyjść na wolność, ale ją zaprzepaścił. W listopadzie przed sądem rejonowym w Pabianicach rozpocznie się jego kolejny proces. Gdy K. przebywał na wolności, czekając na miejsce w więzieniu, potrącił na pasach mężczyznę i uciekł z miejsca zdarzenia. Kierował samochodem po pijanemu i pod wpływem środków odurzających. Również tym razem oskarżony nie przyznaje się do winy. Za czyny te grozi mu do czterech i pół roku pozbawienia wolności. W śledztwie Kamil K. wyjaśnił, że tego dnia pił z kolegą między blokami przy ulicy Nawrockiego. Ponieważ nie chciał wsiadać odurzony alkoholem za kierownicę, zostawił swego renaulta na osiedlowej uliczce, a do domu odwiózł go kolega. Skoro przechodzień został potrącony przez samochód, który miał numery na jego nazwisko, to widocznie ktoś podrobił tablice rejestracyjne albo świadek donoszący policji o wypadku pomylił się, gdy przepisywał cyfry.

Tej wersji zaprzeczył kolega Kamila K., który przyznał, że jeździli samochodem po Pabianicach na rauszu. On był pasażerem. Ale jego zdaniem pieszy sam przewrócił się na jezdnię, żadnej kolizji z pojazdem nie było. Prokurator nie uwierzył, zwłaszcza że poszkodowany napisał oświadczenie, że nie żywi żadnej urazy wobec oskarżonego. 7 tys. zł, które otrzymał od matki Kamila K. tytułem zadośćuczynienia, w pełni go satysfakcjonuje.

Sąd jednak pochyli się nad przestępstwem 22-letniego dziś recydywisty Kamila K. Proces byłby okazją do pokazania na przykładzie zachowania oskarżonego, że łagodna kara, jaką otrzymał za współsprawstwo w wepchnięciu rowerzysty pod autobus, niczego go nie nauczyła. Przeciwnie, zhardział w swej bezkarności, czego wyrazem była odmowa uczestnictwa w rozprawach, gdyż szkoda mu czasu – woli posiedzieć w celi.

Okładka tygodnika WPROST: 44/2017
Więcej możesz przeczytać w 44/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także