Poszło o pieniądze

Poszło o pieniądze

Dodano: 
Funkcjonariusze podczas akcji w Zabrzu
Funkcjonariusze podczas akcji w Zabrzu / Źródło: fot. Policja.pl
Mnie tam nie było – twierdzi skazany za morderstwo swego wierzyciela były prezydent Zabrza.

Ciało młodego mężczyzny znalezione 18 sierpnia 2008 r. w leśnym Wymysłowie koło Będzina przez grzybiarza nie pozostawiało wątpliwości – ten człowiek został zamordowany. Zginął od ciosu nożem w gardło. Miał połamane kości nóg. Nie mógł się bronić, bo został skrępowany taśmą. Patomorfolog określił, że śmierć nastąpiła dobę wcześniej. Szybko ustalono tożsamość ofiary. Był to 34-letni Lech Frydrychowski z Zabrza. Z wykształcenia socjolog (podjął studia doktoranckie na Uniwersytecie Śląskim), zarabiał na życie, zbierając w Hiszpanii truskawki. Samotny, zamknięty w sobie. Morderca nie zostawił na miejscu zbrodni żadnych śladów. Profiler poproszony o nakreślenie portretu psychologicznego zabójcy twierdził, że nad ofiarą znęcało się kilka osób, jedna z nich prawdopodobnie pełniła rolę inspirującą. Obrażenia wskazywały na nasilenie agresji ze strony tego sprawcy.

Leszku, oszczędź nas

Pierwszy trop śledczych prowadził w kierunku odpowiedzi na pytanie, jakich wrogów miał Frydrychowski. Matka zamordowanego wskazała na 61-letniego Jerzego G., adiunkta na Politechnice Śląskiej, w latach 2002-2006 prezydenta miasta Zabrza. Znali się dobrze, kiedyś prowadziła z nim księgarnię. Później G. zaprzyjaźnił się z jej synem. Pożyczył od niego dużą sumę pieniędzy i długo nie oddawał, doszło do sądowego nakazu egzekucji komorniczej. Ostatni telefon Lecha Frydrychowskiego do matki, na dwie godziny przed śmiercią, dotyczył właśnie tej niefortunnej pożyczki.

Przesłuchano Jerzego G. jako świadka. Na temat śmierci swego znajomego nie miał nic do powiedzenia – ostatni raz widział go 12 sierpnia. Przyznał, że w 2004 r. pożyczył od Frydrychowskiego 25 tys. zł na korzystnych warunkach, bo bez odsetek. – Zapytałem, w jaki sposób zalegalizuje pożyczkę, a on, że przecież sobie ufamy. Dał mi pieniądze bez żadnego pokwitowania. Jednak po kilku miesiącach, we wrześniu 2004 r., kiedy pożyczka była już spłacona, chciał sformalizować umowę. Przyniósł druk, który wypełniłem pospiesznie in blanco. Nie wziąłem kopii. Z zeznań świadka wynikało, że miesiąc później otrzymał pismo z sądu – ma zwrócić Frydrychowskiemu prawie 247 tys.zł pożyczki. Do tego były doliczone procenty za zwłokę. Pismo wspierała formalna umowa z jego podpisem. Przypomniał sobie, że kiedy Lechowi spłacił pożyczone 25 tys. zł, postawił swoją parafę na niewypełnionym blankiecie. Ponieważ teraz odmówił spłaty, Frydrychowski założył mu sprawę, którą G. przegrywał w kolejnych instancjach.

Przyjaźń z młodszym o 26 lat socjologiem się skończyła. – Od tego czasu spotykaliśmy się tylko w sądach – wyznał śledczym były prezydent Zabrza – i w prokuraturze, bo z racji sprawowanej funkcji poczułem się w obowiązku zawiadomić organy ścigania o złożonej mi przez Lecha ofercie korupcyjnej. Chodziło o wyłudzenie obiektów gminnych dla zainteresowanego nimi pewnego biznesmena. Ponadto od października 2004 r. leżało w prokuraturze moje powiadomienie o sfałszowaniu przez Frydrychowskiego umowy pożyczki, gdyż w podpisanej przeze mnie umowie in blanco umieścił treści niezgodne z wcześniejszymi ustaleniami. Śledczy sprawdzili – postępowanie w tej sprawie toczyło się przed Sądem Rejonowym w Zabrzu. Leszkowi Frydrychowskiemu rzeczywiście postawiono zarzut niekorzystnego rozporządzenia mieniem Jerzego G. w ten sposób, że po wcześniejszym wyłudzeniu od poszkodowanego jego danych osobowych i podpisu in blanco naniósł te dane na spreparowanej umowie pożyczki w wysokości 247 tys. zł. Po dwóch latach burzliwego procesu (G. jako prezydent miasta w swych zeznaniach powoływał się na uzgodnienia z wojewodą i naczelnikiem Wydziału ds. Walki z Korupcją w KWP w Katowicach),Lech Frydrychowski został uniewinniony. Jego adwersarza sąd skazał za składanie fałszywych zeznań. Natomiast postępowanie w sprawie korupcji umorzono wobec stwierdzenia, że w ofercie nie było znamion czynu zabronionego. Kiedy wyroki się uprawomocniły, do Jerzego G., który już nie był prezydentem, dobrał się komornik.

Zajął mu wynagrodzenie i zapowiedział zabranie całego majątku – dług z odsetkami został obliczony na ponad 900 tys. zł. Na wniosek Lecha Frydrychowskiego egzekucja była kilkakrotnie zawieszana, gdyż dłużnik obiecywał wywiązanie się z zobowiązań. Ale nie dotrzymywał słowa. W biurku zamordowanego socjologa leżał list Jerzego G. napisany 4 lipca 2008 r. Oto jego fragmenty: „Leszku, nie uciekam od kontaktu z tobą i nie chciałem się wymigiwać z naszych uzgodnień. Bardzo poważnie potraktowałem to, o czym rozmawialiśmy.

Niestety, nie uda mi się zorganizować znacznej kwoty od ręki. Ale poczyniłem pewne uzgodnienia i mam je przyobiecane. Na nieszczęście osoba, która miała mi pomóc, wyjechała za granicę i wraca w końcu tygodnia. Ale ktoś inny zadeklarował pomoc (…)”. G. nie wymienia wprawdzie kwoty długu, ale z dalszej treści listu wynika, że musi być znaczna, skoro dłużnik usiłuje pozyskać przychylność wierzyciela obietnicą pomocy w napisaniu doktoratu. Informuje go: „Udało mi się wiele załatwić w kwestii twego udziału w pracach naukowych i wdrożeniowych. Jest gotowy nasz wspólny referat, który chciałem ci pokazać i zatwierdzić twój udział w dwóch projektach badawczych. Otworzyłem już przed tobą możliwości pracy naukowej i awansu naukowego. (…) Zaklinam cię, Leszku, oszczędź nas, bo możemy nie przeżyć upokorzenia, bez środków i domu. Jeśli proces egzekucyjny się zacznie, to będzie faktyczny koniec mojej rodziny. Proszę cię nade wszystko, zawieś jeszcze raz postępowanie. Nie może mi się w głowie pomieścić, że mogłem sam doprowadzić w ostatnich dniach do kryzysu, który sprowokował cię do podjęcia tej drastycznej decyzji. Leszku, zaufaj mi jeszcze raz. Spiszemy umowę, będę cię informował o każdym kroku. Jerzy G”.. Następnego dnia Frydrychowski wysłał do komornika wniosek o zawieszenie postępowania egzekucyjnego. G. w śledztwie potwierdził, że list wyszedł spod jego ręki. – Ustalając warunki powstrzymania komornika – wyjaśniał – zaproponowałem wówczas memu przyjacielowi Leszkowi pomoc w doprowadzeniu do obrony pracy doktorskiej. Jej tytuł „Prace inwentaryzacyjne w przyrodzie na terenie kilku gmin województwa śląskiego”. Prokurator sprawdził na uczelni – taki temat nigdy nie został zgłoszony. Zapytano Jerzego G., co robił 17 sierpnia 2008 r. – Nie pamiętam – brzmiała odpowiedź. – Mogłem być u córki w Rudzie Śląskiej. O śmierci Leszka dowiedziałem się z gazety „Nowiny Zabrzańskie”. Skoro znaleziono go martwego w lesie, myślę, że przyczyną mogły być jakieś ciemne biznesowe porachunki, z których miał pieniądze na pożyczenie mi 25 tys. zł.

Jeden klaps albo i dwa

Śledczy nadal mieli za mało dowodów, aby oskarżyć podejrzanego. Nie znaleziono narzędzia zbrodni, nie było też świadków, którzy widzieli, jak Jerzy G. zabija swoją ofiarę. Zaschnięte grudki ziemi w samochodzie podejrzanego prawdopodobnie pochodziły z drogi dojazdowej do miejsca ukrycia zwłok, ale pewności nie było. G. nie przyznawał się do morderstwa. Słowem – ciemny tunel. Trochę się przejaśniło, kiedy nadszedł raport od operatorów komórkowych. Wynikało z niego, że tragicznego dnia Jerzy G. co kilka minut kontaktował się telefonicznie z trzema mężczyznami. Namierzono ich. Jeden z nich, Tomasz L., mechanik samochodowy z Bytomia, gotów był współpracować z prokuraturą. Zachęcony obietnicą niskiego wyroku (i tak się stało) szczegółowo opowiedział, co zdarzyło się 17 sierpnia 2008 r. w lesie koło Wymysłowa i jak do tego doszło. Jerzego G. poznał przez kolegę, hurtownika książek, który z kolei był znajomym adiunkta. Spotkali się, G. opowiedział o grożącej mu egzekucji komornika, bo rzekomo oszukał pewnego mężczyznę na 250 tys. zł. – Ja jestem niewinny, zapewniał adiunkt, ale nie mogę liczyć na sprawiedliwość w sądach, bo tam przegrywam. Dlatego najlepiej byłoby, gdyby ta osoba, która go dręczy, po prostu zniknęła albo coś się z nią stało. I zapytał Tomasza L., czy zna kogoś, kto chciałby zarobić. Mechanik obiecał, że się zastanowi, ale według niego do takiej roboty trzeba będzie co najmniej dwóch chłopów. Na następne spotkanie G. przyszedł z gotowym pomysłem wyciągnięcia Frydrychowskiego do lasu. Pretekstem miała być pomoc adiunkta w napisaniu pracy doktorskiej (o inwentaryzacji drzewostanu). Tomasz L. przedstawił swoich kumpli, Roberta T. i Mariusza F. Ten pierwszy mimo młodego wieku – 23 lata – był już dziewięciokrotnie karany. Nie pracował. Mariusz F. nie miał aż takich obciążeń w kartotece, ale był całkowicie psychicznie uzależniony od swego doświadczonego kryminalnie kolegi. Zgodzili się obezwładnić w lesie socjologa i zmusić go do złożenia deklaracji, że rezygnuje z jakichkolwiek roszczeń wobec Jerzego G. Gdyby się stawiał (uprawia kulturystykę), użyją siły. To znaczy, jak wyjaśniał potem w śledztwie Tomasz L., uprowadzony „miał dostać klapsa albo i dwa”. Za fatygę G. zapłaci im po tysiąc złotych.

Ustalili dzień „akcji” – 17 sierpnia

Z nasłuchu operatorów telefonii komórkowej wynika, że od 1 do 16 sierpnia 2008 r. Jerzy G. bardzo często dzwoni do Frydrychowskiego. Wierzyciel długo nie ufa swemu dłużnikowi, nie ma ochoty na spotkanie, choć ten zapewnia, że w ciągu kilku dni odda mu większość pieniędzy. Jednakże perspektywa pomocy w napisaniu pracy doktorskiej ma magnetyczną moc. Ostatecznie umawiają się na zrobienie dokumentacji fotograficznej w lasach koło Będzina. Mają tam być koło południa. 17 sierpnia o godz. 11.12 Jerzy G. dzwoni do Tomasza L. – Potwierdzam realizację planu – mówi. O godz. 11.13 łączy się z Lechem Frydrychowskim. Uzgadniają wyjazd do Wymysłowa. Adiunkt rusza w lasy opolskie, gdzie niedawno przeszła trąba powietrzna. Robi kilka zdjęć, które umieszcza na twardym dysku w swoim komputerze i szybko wraca do Zabrza. Godzina 14.30. G. ponownie rozmawia z Tomaszem L. Mówi, że już jadą, spóźnią się 30 minut. 14.52. Tomasz L. przekazuje te informacje Mariuszowi F., a ten Robertowi T. Ich rozmowy, coraz bardziej nerwowe, trwają do godziny 15.13. Doszli bowiem do wniosku, że aby szybko skrępować tak dużego mężczyznę, potrzebują jeszcze kogoś do pomocy. Robert dzwoni do swego brata Rafała, niech i on zarobi. 16. 36. G. pyta przez telefon komórkowy Tomasza L., czy właściwie prowadzi po lesie swego przyjaciela. Do mechanika zwraca się per ty (choć są na pan), aby socjolog myślał, że rozmawia ze znajomym leśnikiem. Kiedy są już blisko, na ścieżce pojawia jakiś biegacz. To Rafał T. Rozpędzony, niby niechcący uderza łokciem Frydrychowskiego w twarz. Kiedy ten się zasłania, wybiegają z krzaków Mariusz F. i Robert T. Bejsbolową pałką podcinają socjologowi nogi, a kiedy już leży na zie mi, związują go taśmą, zaklejają mu usta. Napadniętego przenoszą w miejsce, gdzie czekają na nich Tomasz L. i Jerzy G. Po odebraniu obiecanych pieniędzy wracają do miasta, zostawiając Frydrychowskiego z jego dłużnikiem.

Hurtownik idzie na policję

Tydzień później Tomasz L. przychodzi do znajomego hurtownika książek i na komputerze otwiera stronę „Gazety Zabrzańskiej”, gdzie jest artykuł o znalezieniu w lesie zwłok nieznanego mężczyzny. Ofiara była skrępowana taśmą i mocno pobita. L. wyznaje koledze: – To ja z chłopakami pomogliśmy powalić tego faceta na ziemię i związać; reszta należała do człowieka, z którym kiedyś mnie poznałeś. Hurtownik domyśla się, że Tomasz L. mówi o Jerzym G. Upewnia się nazajutrz po telefonie od adiunkta z osobliwą prośbą: aby przekazał Tomaszowi L., że nie życzy sobie żadnych telefonów od niego w wiadomej sprawie. Chce mieć spokój, bo ma chory kręgosłup i czeka go operacja. Hurtownik zeznaje o tym policji. Bracia T. i Mariusz F. przyznają się do skrępowania zwabionego do lasu mężczyzny, ale nie do zabójstwa. Były prezydent Zabrza już podczas pierwszego przesłuchania przedstawia alibi: 17 sierpnia 2008 r. nie było go w lasach koło Wymysłowa, ponieważ od południa na Opolszczyźnie robił dokumentację fotograficzną zniszczeń spowodowanych przez trąbę powietrzną.

Na dowód pokazuje zdjęcia w swoim komputerze. Natomiast od godz. 14 do mniej więcej 18 robił zakupy w zabrzańskich sklepach Tesco i Makro. Można sprawdzić w zapisie monitoringu. (Rzeczywiście wszedł w sklepową kamerę o godz. 18.31.). Kiedy policja ustaliła, że komórka Jerzego G. logowała się w pobliżu miejsca dokonania zbrodni, podejrzany wyjaśnia: – Widocznie ktoś sklonował kartę SIM w moim aparacie telefonicznym. Mogło to się zdarzyć wówczas, kiedy w roztargnieniu zostawiłem niezamknięty samochód pod blokiem, gdzie mieszka córka. – Morderstwo? – dziwi się Jerzy G. – Nie miałem najmniejszego powodu zabijać Lecha. Ta śmierć nie zatrzymałaby postępowania egzekucyjnego. W kwietniu 2016 r. Sąd Okręgowy w Katowicach skazał 69-letniego Jerzego G. na 25 lat więzienia. Jego pomocnik w zabójstwie, Robert T., dostał wyrok 15 lat odosobnienia, a Rafał T. i Mariusz F. po osiem lat. Tomasz L., który ujawnił śledczym kulisy zabójstwa Frydrychowskiego, już cztery lata wcześniej w osobnym procesie został prawomocnie skazany za pomocnictwo w jego porwaniu. W nagrodę za współpracę z prokuraturą wymierzono mu karę w zawieszeniu.

Sąd zweryfikował wszystkie rzekome alibi oskarżonego G. Rzeczywiście, w dniu zabójstwa były prezydent Zabrza robił zakupy w Makro Cash and Carry. Ale godzinę wcześniej pozbawił życia Frydrychowskiego i gałęziami zamaskował ciało ofiary w leśnym wykrocie. Obecność G. na miejscu zbrodni zdradził jego telefon. On twierdził, że w tym czasie był u córki, sugerował sklonowanie przez nieznaną osobę karty SIM, ale biegły od telekomunikacyjnego systemu łącz bezprzewodowych wykluczył w tym przypadku możliwość skopiowania karty SIM. Sąd nie uwierzył braciom T., że nie mieli zamiaru zabijać Lecha Frydrychowskiego. Żaden ze sprawców nie był zamaskowany.

A skoro nie założyli kominiarek, to zakładali, że socjolog ich nie rozpozna, bo nie wyjdzie z lasu żywy. Obrońca Jerzego G. w swej apelacji podnosił, że dotychczasowy proces był farsą, wyrok jest całkowicie błędny i powinien być w całości uchylony. „W omawianej sprawie uchybienia sądu, a czasem wręcz dziecinna nieporadność zmuszają do dosłownej walki z tym wyrokiem”. W lutym 2017 r. wyrok 25 lat więzienia dla byłego prezydenta Zabrza został utrzymany. Jerzy G., nim trafił do celi, udzielił wywiadu dziennikarce „Nowin Zabrzańskich”. „Czuję się jak główny bohater powieści Kafki – powiedział – dla prokuratury i sądu ważne było tylko to, że mieli wróbla w garści – byłego prezydenta Zabrza. Założę się, że wciąż można znaleźć listy nagród dla policjantów, prokuratorów, pracujących w tym śledztwie. (…) Nie akceptuję mojej sytuacji, tak jak nie akceptowałby jej każdy zdrowy psychicznie człowiek, za którego wciąż się uważam. Nigdy nie byłem w Wymysłowie. Opowieść na ten temat została wymyślona. Są w niej wykreowane sytuacje, które nigdy nie miały miejsca i których opisu nawet nie starałem się zapamiętać. Przebieg zdarzeń w Wymysłowie znam tylko z akt sprawy. Mnie tam nie było”. Dalej skazany twierdzi, że sądy obu instancji nie weryfikowały faktów prawdopodobnie ze strachu przed swymi mocodawcami. Otrzymały polecenie przemielenia G. i tę robotę wykonały. Kasacja wyroku Jerzego G. została w Sądzie Najwyższym odrzucona.

Okładka tygodnika WPROST: 14/2018
Artykuł został opublikowany w 14/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także