Ciężarki i tłuczek do mięsa

Ciężarki i tłuczek do mięsa

Dodano: 
Maciej M. nie przyznał się do zabicia ojca. Owszem, pobił się z nim o ukochanego kota, ale zbrodni dokonał kolega.

Do mieszkania Bogdana M. w Międzyrzeczu wchodzą na palcach jego syn Maciej z kolegą Remigiuszem S. Jest czwarta rano. Nie zapalając światła, przez chwilę nasłuchują, czy mężczyzna śpi. Tak, nawet pochrapuje. Pół godziny wcześniej Maciej z Remigiuszem zanieśli do piwnicy dwa worki wapna palonego i łopatę. W mieszkaniu mają schowane 7,5-kilogramowe ciężarki z siłowni. Pierwszy do sypialni Bogdana wchodzi jego syn. Z całą siłą ciska ciężary na twarz ojca. Mimo zgniecionych kości policzkowych ofiara usiłuje podnieść się z łóżka. Uderza napastnika w twarz. Maciej rzuca się na ojca i chwytem Nelsona miażdży mu krtań. W zadawaniu razów pomaga Remigiusz uzbrojony w kuchenny tłuczek do mięsa. Owinięte w prześcieradło ciało znoszą do piwnicy, gdzie poprzedniego dnia Remigiusz wykopał głęboki dół. Na zwłoki sypią 60 kg palonego wapna. Dziurę w podłodze zamaskuje arkusz blachy. Krew, która jest nawet na suficie sypialni, sześciokrotnie zmywają domestosem. Potem Maciej wyrzuca wszystko z szuflad i znajduje 3 tys. euro.

Tego samego dnia – 17 stycznia 2014 r. – wymieniają je w kantorze i Remigiusz S. za pomoc w morderstwie dostaje 2 tys. zł.

Ojciec właśnie dzwonił

Długo nikt nie szukał 57-letniego Bogdana M., gdyż od wielu lat pracował on na budowach w Niemczech. Wprawdzie mieszkanie dzielił z dorosłym synem, ale widywali się rzadko. Iwona M., żona Bogdana, po śmierci swoich rodziców przeprowadziła się do rodzinnego domu. Z mężem nie była w separacji, ale łączyły ich głównie rozliczenia finansowe. Zdarzało się, że nie widzieli się przez kilka miesięcy. Kiedy jednak telefon męża milczał nawet w dniu jego urodzin, Iwona M. zgłosiła na policji zaginięcie.

Zaniepokojony był też kolega Bogdana. – To porządny facet, jego zniknięcie jest dziwne – zeznał w komisariacie. – Mimo oddalenia dbał o rodzinę, wysyłał do Polski pieniądze, choć na wdzięczność nie miał co liczyć. Był skryty. Raz tylko zwierzył mi się, że nie może się dogadać z własnym synem. Poszukiwania przerwano wiosną 2014 r., kiedy na jednej z uliczek Międzyrzecza odnaleziono nowe audi Bogdana M. Jego syn dowiedział się o tym pierwszy i od razu poinformował matkę: – Przed chwilą dzwonił ojciec z Berlina. U niego wszystko w porządku, ale dziwny miał głos, chyba ostro tankuje. Z pijackiego bełkotu zrozumiałem tyle, że wkrótce przyjedzie po swój samochód. 34-letni Maciej M. był znany wśród młodych mieszkańców Międzyrzecza. Przystojny, o modelowej sylwetce (ćwiczył sztuki walki), zawsze przy pieniądzach, choć nigdzie nie pracował. Jeszcze w szkole średniej musiał przerwać naukę z powodu zażywania narkotyków. Potem mówiło się na mieście, że u Maćka można kupić tego rodzaju używki. Przesłuchiwany dementował plotki – owszem, pośredniczył w sprzedaży, ale suplementów diety. A pracować nie musi, pieniądze ma od matki.

Bo powiedział, że mama się puszcza

Dokładnie rok po zaginięciu Bogdana M. dyżurny oficer komendy w Międzyrzeczu odebrał wieczorem telefon od zdenerwowanego mężczyzny, który przedstawił się jako Remigiusz S. Mówił, że dzwoni ze szpitala psychiatrycznego i musi natychmiast złożyć zeznania. – Wiem, gdzie jest zakopany Bogdan M. – powiedział. – Muszę to ujawnić, bo zamordowany śni mi się po nocach, mam koszmary, dlatego trafiłem do psychiatryka. Funkcjonariusze pojechali pod wskazany adres. W piwnicy domu znaleźli zwłoki poszukiwanego mężczyzny. – Maciek narzekał – zeznał Remigiusz S. na kolejnym przesłuchaniu – że jego ojciec jest ofermą życiową, nie potrafi zarobić za granicą tyle, aby jego jedyny syn nie musiał pracować. Mówił, że lepiej teraz go zabić, bo gdy się zestarzeje, sąd nakaże płacenie niedołędze alimentów. Kiedy znieśli zwłoki do piwnicy, wysypał na ciało wapno. Wtedy jeszcze się nie bał, bo Maciek mówił, że nic im nie zrobią, on zna wszystkich policjantów w Międzyrzeczu.

Gdyby jednak coś poszło nie tak, uciekną do Legii Cudzoziemskiej. Pieniądze zgromadzą, napadając na jubilera. Remigiusz S. pokazał też komórkę Bogdana M., z której ów tamtego tragicznego dnia zamawiał prostytutkę z agencji towarzyskiej. Później nie korzystał z tego telefonu. Maciej M. nie przyznał się do zabójstwa ojca. Owszem, przed rokiem pobili się z powodu ukochanego kota, którego Bogdan M. nie znosił. Potem znowu, bo ojciec powiedział, że mama się puszcza. – Z wściekłości go przewróciłem, świadkiem tego był Remigiusz S. – opowiadał syn. W jego relacji ojciec go kopał, więc zastosował chwyt dżiu-dżitsu i w takim zwarciu wpadli do kuchni. Tam do akcji, jak się wyraził Maciej M., wkroczył Remek i ojciec stracił przytomność. Prawdopodobnie wtedy Remigiusz udusił Bogdana M. – Nie wiem, w jaki sposób morderca wszedł w posiadanie telefonu komórkowego mego ojca – powiedział Maciej M. – ale to nie było trudne, kilka razy nocował w naszym mieszkaniu.

Wrażliwy pechowiec

Śledczy trafili do Tomasza W., mieszkańca Międzyrzecza, który dobrze znał obu podejrzanych. – Remek był na pstryknięcie palców Maćka. Imponował mu pełny portfel kolegi. Nie interesowało go, skąd są te pieniądze, chociaż Maciek nie pracował. Pokornie znosił humory swego guru, jego agresję, pretensje do świata, że inni mają lepiej – zeznał Tomasz W.

Ale nawet trudny charakter juniora M. nie tłumaczył jego zachowania po zaginięciu ojca. W ogóle się tym nie przejął, był zadowolony, że nie ma już współlokatora. Tracił humor dopiero po wypiciu kilku butelek piwa. Pytał np. Tomasza W., czy zna kogoś, kto za pieniądze zakopałby głęboko w lesie zwłoki. Nie czekając na odpowiedź, dodawał, że żartuje. Po chwili całkiem serio zlecał W. zrobienie w piwnicy betonowej wylewki, bo chciałby tam położyć panele. Na uwagę Tomasza W., że takich robót raczej nie przeprowadza się w środku zimy, zareagował wybuchem gniewu. Tomasza W. zbadali psychiatrzy, bo poinformował śledczych, że cierpi na schizofrenię paranoidalną. Jest pod stałą opieką lekarską – czuje się dobrze i normalnie funkcjonuje. Ukończył studia, pracuje zgodnie z wykształceniem. Biegli wydali opinię, że patologia w systemie nerwowym pacjenta nie ma wpływu na jego zdolność postrzegania. Podejrzani o zabójstwo również trafili na obserwację do kliniki zakładu medycyny sądowej. Maciej M. początkowo udawał chorego psychicznie. Psychologowi mówił: „Jak dojdę do siebie, to może odpowiem na pytania”. Kiedy uznał, że nadszedł ten dzień, skupił się na swych problemach z okresu dojrzewania. Jako nastolatek czuł się odrzucony przez rodziców (wychowywała go babcia) i aby ich zbulwersować, postanowił ze swoją dziewczyną popełnić samobójstwo. Przeszkodził im przypadkowy przechodzień.

Od tamtego czasu matka stała się nadopiekuńcza i taka pozostała, kiedy syn osiągnął pełnoletność. W kłótni z mężem, który domagał się, aby Maciej poszedł do pracy, wykrzykiwała, że nie ma takiej potrzeby, jej pensja wystarczy na ich dwoje. Podobną opinię wyraziła w czasie przesłuchania. Macieja M. badało ośmiu biegłych psychiatrów i psychologów. – Pacjent nie ma zaburzeń psychotycznych, jego intelekt jest w normie, bez trudu rozpoznaje znaczenie zarzuconego czynu, choć umieszczenie go na obserwacji klinicznej nazywa amatorskim teatrzykiem – stwierdzili. – Ale nie jest zdolny do odczuwania wyrzutów sumienia z powodu zabójstwa ojca. W stosunku do innych ludzi cechuje go chłód emocjonalny, chciałby nimi manipulować. Pytany o motyw zabójstwa przedstawia się w roli pechowca pokrzywdzonego przez los. Demonstruje, że jest wrażliwy – kocha swego kota, zbierał z jezdni jeże, aby nie wpadły pod koła samochodów.

List na pewno ostateczny

Kilka dni przed rozprawą główną oskarżony M. wysłał do jednego z sędziów list z wnioskiem o samoukaranie. „Oto moje warunki” – napisał – „dożywotnie pozbawienie wolności z możliwością wyjścia po 40 latach, przebywanie w celi pojedynczej”. Zaznaczył, że w żadnej mierze nie oznacza to przyznania się do winy. „Bo czym jest prawda i kłamstwo? W dzisiejszym świecie nie ma takiego podziału. Radziłbym sędziemu bliżej przyjrzeć się Remigiuszowi S”.. Sąd propozycję odrzucił bez wdawania się w dyskusję z oskarżonym. Wtedy nadszedł kolejny list: „Proszę nie klasyfikować mnie jak śmiecia. (…) Jeśli sąd nie widzi różnicy między mną a typowym zwyrodnialcem recydywistą, który co drugie słowo mówi »k...wa« pozostawiam to bez komentarza. Ja przy odpowiedniej pomocy byłbym w stanie stanąć na nogi (…)”. Podczas procesu w Sądzie Okręgowym w Gorzowie Wielkopolskim Macieja M. i Remigiusza S. umieszczono za pancerną szybą. Wbrew przyjętym zwyczajom kajdanki na rękach i nogach mieli połączone łańcuchem. Wszyscy wchodzący na salę rozpraw musieli się poddać badaniu wykrywaczem metali. M. nadal nie przyznawał się do winy, jako zabójcę wskazywał Remigiusza S.; zaprzeczał, aby dawał mu jakieś pieniądze.

Swoją winę upatrywał jedynie w tym, że choć wiedział, co się stało, nie zawiadomił policji. Wersję syna, że nie dusił ojca, leżąc na nim na wersalce, wspierała Iwona M. – Gdyby dwóch takich dużych mężczyzn upadło na posłanie – przekonywała sąd – na pewno mebel złożyłby się w pół, gdyż był wybrakowany. Adwokat oskarżonego M. litościwie pominął milczeniem tę naiwną linię obrony. Przekonywał, że przyczyną śmierci Bogdana M. była bójka między ojcem a synem i jego pomocnikiem Remigiuszem S. W miarę wydłużania się procesu Maciej M. zasypywał „swego” sędziego listami z celi. Coraz więcej było w nich konfidencji. Przed ogłoszeniem wyroku napisał: „Dzień dobry, panie Rafale. Jest niedziela i właśnie piszę do pana list na pewno ostateczny. Obejrzałem wczoraj w TVN program o filipińskich tradycjach ukrzyżowania (…) Polecam Panu ten program. Samookaleczenie to będzie część mojej pokuty, choćtrudno na własnym ciele wydziergać krzyż. Robię sobie nacięcia na ramieniu, które też mają znaczenie symbolu. Ściana w mojej celi jest już wymalowana krwią, tak chciałem ofiarować się Bogu. Ja żałuję tego, co się stało. Jak by nie patrzeć, zginął człowiek”.

Motyw: pieniądze

W marcu 2016 r. sąd w Gorzowie Wlkp. skazał Macieja M. na dożywocie, a Remigiusza S. na 12 lat więzienia. W uzasadnieniu wyroku wskazano, że dopuścili się zabójstwa z motywacji zasługującej na szczególne potępienie – nie było żadnych powodów do zamordowania Bogdana M., i to z takim okrucieństwem. – Kara eliminacyjna dla 34-letniego syna ofiary zapadła również dlatego – wyjaśniał publiczności sędzia – że zważywszy na jego osobowość, w przyszłości może zachować się podobnie. Obrońca M. w apelacji uznał za wadliwe rozumowanie sądu, że sprawcy nie mieli motywacji. Maciej M. miał żal do ojca za nakłonienie jego matki do aborcji i nadużywanie alkoholu. Sąd Apelacyjny w Szczecinie zgodził się z rozumowaniem mecenasa o tyle, że nie ocenił zbrodniczego czynu Macieja M. jako zasługującego na szczególne potępienie i w związku z tym skazał go na 25 lat pozbawienia wolności. Zdaniem sądu odwoławczego M. miał wyraźny motyw, kiedy planował przestępstwo – chciał zdobyć pieniądze ojca.

Mówił o tym wspólnikowi, przewidywał nawet, że jeśli nie uda się z ojcem, napadną na jubilera. Po dokonaniu morderstwa zapłacił Remigiuszowi 2 tys. zł. Kasację w Sądzie Najwyższym złożył prokurator generalny – minister sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro zaskarżył prawomocny wyrok na niekorzyść oskarżonych. Domagał się wznowienia procesu. SN oddalił tę kasację, bo nie może być wniesiona wyłącznie z powodu niewspółmierności kary. W tej sprawie nie istniały powody do stwierdzenia, że chęć syna zdobycia pieniędzy ojca miała charakter zasługujący na szczególne potępienie, gdyż ceną była śmierć człowieka. Każde zabójstwo jest unicestwieniem podlegającego najwyższej ochronie „dobra prawnego”, jakim jest życie człowieka. Ale nie każde zabójstwo popełnione z chęci zysku, np. przez płatnego zabójcę, wyczerpuje znamiona tej kwalifikowanej postaci zbrodni. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 40/2018
Więcej możesz przeczytać w 40/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także