Z gabinetu do więzienia

Z gabinetu do więzienia

Dodano: 
Korupcja w służbie zdrowia
Korupcja w służbie zdrowia / Źródło: Fotolia / Autor: niyazz
Może być zasiłek z opieki społecznej – powiedział chirurg biednej matce chorego dziecka, domagając się łapówki przed operacją. – Doktor Jan S. zaprowadził mnie do brudownika – zeznała w śledztwie Ewa W., matka trzymiesięcznego Jacka, który urodził się z deformacją twarzy, czaszki oraz rozszczepionym podniebieniem.

Do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie-Prokocimiu przyjechała z nadzieją, że dziecko będzie szybko operowane. Liczył się każdy dzień, bo miało za małą czaszkę, a mózg się rozrastał. Oddziałem chirurgii plastycznej i rekonstrukcji oparzeń kierował wtedy doktor S. – W brudowniku – mówiła Ewa W. – ordynator powiedział, że może operować już jutro, ale to kosztuje co najmniej 5 tys. zł. Nie miałam pieniędzy, nawet na bilet kolejowy, do Krakowa jechałam z dzieckiem na gapę. Mąż odszedł, kiedy urodził się Jacuś, zostawił mnie z czwórką małych dzieci. – A co stoi w oborze? – zapytał doktor. – Kilka kurek, kaczki i jedna świnka. Pokręcił głową, to za mało. Kazał mi przemyśleć sprawę do jutra. Całą drogę do domu płakałam. Rano znów byłam z dzieckiem w szpitalu, ale pod gabinetem samego dyrektora. Kiedy mnie przyjął, zapytałam, co zrobić, aby doktor S. bezpłatnie zoperował mojego synka… Dyrektor kazał mi poczekać w recepcji. Nie zdążyłam tam dojść, gdy znajoma pielęgniarka, którą spotkałam na schodach, szepnęła: na bloku operacyjnym straszna chryja, ale Jacuś będzie dziś operowany. I tak się stało. Po zabiegu ordynator minął mnie na korytarzu bez słowa, natomiast inny lekarz przygadał: – To przez panią mamy kłopoty.

Chyba że…

Sprawa chirurga Jana S., jako biorącego pieniądze od rodzin pacjentów operowanych w państwowym szpitalu, wyszła na jaw zupełnie przypadkiem podczas innego śledztwa. Żadne z rodziców, którzy potem w sądzie byli świadkami oskarżenia ordynatora, nie doniosło organom ścigania, że w Prokocimiu za operacje trzeba płacić. – Ja dałabym wszystkie pieniądze, aby syn był zdrowy – powiedziała na rozprawie matka chłopca, którego leczył doktor S. – Tak, przyznała się, wręczyłam lekarzowi 600 zł. Doktor Jan S. ma opinię świetnego chirurga; do jego gabinetu zawsze się ustawiała kolejka małych pacjentów. Jako pierwszy w Polsce zastosował tzw. agresywne leczenie polegające na wczesnym wycinaniu martwych tkanek, co uratowało życie wielu chorym. Był też pionierem w rekonstrukcji najbardziej zdeformowanych dziecięcych główek. W krakowskiej prokuraturze znano tego lekarza z mniej chlubnej strony jeszcze przed dochodzeniem w sprawie łapówek.

Jak wyśledziła „Gazeta Krakowska”, w prywatnej klinice, gdzie chirurg dorabiał, bezprawnie żądał pieniędzy za zabiegi wykonywane laserem do usuwania blizn, kupionym przez fundację parafialną z Modzurowa w powiecie raciborskim. Parafia przekazała lekarzowi takie nowoczesne urządzenie, bo szpital w Prokocimiu leczył poparzoną Paulinkę Srokę, która, gdy wybuchł pożar w jej domu, wbiegła między płomienie, aby ratować babcię. Na apel proboszcza parafianie zebrali 200 tys. zł, za które kupiono laser do usuwania blizn. Szef fundacji ks. Joachim Kroll i doktor S. umówili się, że zabiegi laserem będą wykonywane bezpłatnie. Jednakże nie sporządzono pisemnej umowy i doktor S. kazał sobie płacić 300 zł za 10-minutowe używanie takiego urządzenia. W tej sprawie nie doszło do oskarżenia chirurga – jedyną karą było zabranie mu lasera. W przypadku łapówek prokurator zebrał dowody od ponad 100 świadków. Ich zeznania i wpisy na portalu oceniającym lekarzy świadczyły o dużych umiejętnościach ordynatora w manipulowaniu zrozpaczonymi rodzicami małych pacjentów. Zazwyczaj byli to biedni ludzie zdruzgotani nieszczęściem, jakie ich spotkało. Wiedzieli jedno: operacja musi się odbyć jak najszybciej, bo kalectwo dziecka uniemożliwia jego rozwój. Doktor to wykorzystywał. Kiedy w jego gabinecie padało trwożliwe pytanie o zabieg, zaczynał swoją grę. Miał kilka wypróbowanych aktorskich chwytów. Jak powiedziała prokuratorowi matka kalekiego dziecka Teresa B., lekarz poinformował ją o bardzo odległych terminach operacji; gdy zaczęła płakać, dodał: – Chyba że… I tu zamilkł. – Zapytałam – zeznała – jak przyspieszyć, a on: jeśli dostanie na dobrą flaszkę, postara się zmienić harmonogram. Wtedy wyciągnęła z kieszeni 200 zł. Karol K. trafił do szpitala dziecięcego w Krakowie-Prokocimiu jako noworodek.

Miał rozszczepienie wargi i podniebienia. Podczas drugiej wizyty doktor S. powiedział ojcu dziecka wprost: jeśli zapłaci, wady zostaną skorygowane podczas jednego zabiegu, dzięki czemu dziecko uniknie kolejnych narkoz. W przeciwnym razie tych raz po raz przeprowadzanych operacji będzie kilka. Rodzice Karola wręczyli doktorowi S. w kopercie tysiąc złotych. Zabieg się powiódł, kolejny przeprowadzono dopiero po czterech latach. Wtedy matka dziecka dała chirurgowi 500 zł, tłumacząc się, że tylko tyle udało się jej pożyczyć od rodziny. Jak twierdzili świadkowie, doktor S. zazwyczaj sam ustanawiał zawartość wręczanej mu koperty. Ale jeśli dostał mniej, nie odrzucał łapówki. Przyjmował wtedy pozę brata łaty. Elżbiecie B., której czteromiesięczna córka miała rozszczepienie wargi i podniebienia, doktor powiedział w czasie wizyty, że już „dziś zarobił na śniadanie, teraz przydałoby się na obiad”. Kobieta wyjęła z portmonetki 100 zł, a gdy po zabiegu rozeszły się szwy, dołożyła jeszcze 200 zł. Kiedy nadal były komplikacje, pojechała z dzieckiem do innego szpitala. Rozgoryczona zamieściła w internecie komentarz, że nie poleca doktora S., bo u niego liczy się tylko koperta. Natomiast Renata P., matka czteromiesięcznej Basi, kiedy usłyszała od doktora, że „przydałyby się jeszcze jakieś pieniądze” (a już dała 1000 zł), poprosiła o zwłokę. Ma przyznane 300 zł zasiłku z opieki społecznej, jak tylko listonosz przyniesie przekaz, odda go doktorowi w całości. S. zgodził się poczekać, ale po tygodniu zagadnął ją na szpitalnym korytarzu: – Ma pani wreszcie te pieniądze? Nie miała, zapomogi jeszcze nie wysłali, choć napisała im, aby się pospieszyli. Ostatecznie pani P. musiała przenieść córkę do Instytutu Matki i Dziecka. A to dlatego, że do doktora S. przyszło pismo z Ośrodka Pomocy Społecznej w miejscowości, w której mieszkała, z pytaniem, dlaczego ich podopieczna musi wnosić opłaty za operację córki w państwowym szpitalu. Doktor S. pokazał Renacie P. drzwi. Katarzynie M., matce chorego chłopca, powiedział przed zabiegiem: – Chcecie mieć zrobione, jak trzeba, to się należy 1500 zł. Kobieta tłumaczyła potem prokuratorowi: – Mam pięcioro dzieci, nie stać mnie było na taką kwotę. Mąż na budowach, ale tylko w sezonie, ja pracowałam w szwalni, płacili 400 zł na rękę.

Poprosiłam mego ojca, aby wziął 1500 zł kredytu w Banku Spółdzielczym w Spytkowicach. I te pieniądze, choć nie w całości, bo trochę zabrałam na buty dla dzieci, poszły na łapówkę. Innym sposobem na zmuszenie rodziców pacjenta do płacenia w szpitalu było wmawianie im, że jeśli „dadzą”, ich dziecko dostanie lepsze leki. Ciężko poparzony syn Doroty K. z Tarnobrzega został przywieziony do Prokocimia helikopterem. W czasie hospitalizacji stwierdzono niewydolność serca z powodu zakrzepów krwi. Doktor S. surowo zganił matkę, że nie upilnowała własnego dziecka; naraziła je na wielki ból, oszpecenie i niebezpieczeństwo zatrzymania akcji serca. Kiedy się rozpłakała, pocieszył: można by zastosować bardzo drogi amerykański lek, ale to dla szpitala wielki wydatek, chyba że ona się dołoży. – Wyciągnęłam z portfela 1000 zł – zeznała pani K. – Od tej chwili doktor stał się wręcz serdeczny, powiedział, że wszystko będzie dobrze, i rzeczywiście syn wrócił do zdrowia. Oczekujący na wejście do gabinetu ordynatora tworzyli swego rodzaju giełdę wymiany informacji. Co do tego, że doktor bierze, nikt nie miał wątpliwości. W sali chorych podchodził do jednych rodziców, długo z nimi rozmawiał, pocieszał, a innych wyraźnie omijał. Nie było natomiast jasnej odpowiedzi na pytanie, ile trzeba dać, bo lekarz ustanawiał stawki według swego widzimisię. – Żeby pani nie stała się krzywda, a ja był zadowolony, to operacja córki będzie kosztowała w granicach 600-800 zł – powiedział matce małej Ani. Kobieta wyciągnęła z torby 600 zł. Rozstali się w zgodzie.

Naganiaczami łapówek były zaufane pielęgniarki ordynatora. Babcia małego Dawidka poparzonego w czasie opalania z resztek pierza zabitych gęsi właśnie od pielęgniarki dowiedziała się, że „doktor lepiej popatrzy, gdy coś dostanie”. Dostał 500 zł, to były pieniądze za sprzedaną krowę. Matka Jakuba zeznała: – Moje dziecko już było na sali operacyjnej, kiedy wyszedł doktor S., mówiąc: „Nie będę operował, bo nie mam teraz humoru”. I zamknął się w swoim gabinecie. Wtedy podeszła do mnie pielęgniarka: – „Nie posmarowaliście, to teraz macie” – szepnęła. Jakubek został wypisany do domu.

Chodziło mi o dobro pacjentów

Organom ścigania udało się udokumentować przestępstwo dr. Jana S. z art. 228 k.k. („Kto w związku z pełnieniem funkcji publicznej przyjmuje korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnice…”) w 28 przypadkach. Część czynów się przedawniła. W czasie pierwszego przesłuchania podejrzany odmówił składania wyjaśnień. Następnie uzgodnił z prokuratorem warunki dobrowolnego poddania się karze. Podczas rozprawy wycofał się z tej deklaracji, twierdząc, że łapówek nie przyjmował. Sąd na różne sposoby weryfikował prawdomówność świadków. Jeśli były to osoby starsze, na przykład dziadkowie chorego dziecka, poddawał je badaniu, czy zachowały zdolność realnego postrzegania danej sytuacji. Poza jednym wyjątkiem, rodziny małych pacjentów nie zmieniły zeznań złożonych w śledztwie. Tym przypadkiem było pewne małżeństwo, które w międzyczasie się rozpadło; rozwód został orzeczony z winy męża i przed sądem dyskredytował on każde słowo byłej żony. Również twierdzenie, że aby przyspieszyć operację swego dziecka, wręczyli ordynatorowi łapówkę. Kiedy nie było już argumentów merytorycznych, adwokat oskarżonego lekarza usiłował przedłużyć proces, domagając się bezpośredniego przesłuchania wszystkich 130 świadków, którzy składali zeznania w śledztwie. Sąd odrzucił taki wniosek. Tuż przed ogłoszeniem wyroku doktor Jan S. oświadczył: „Przez te wszystkie lata czynnego wykonywania przeze mnie zawodu lekarza kierowałem się nie tylko najwyższą dbałością o dobro pacjentów, własnym sumieniem, ale również zasadą, która winna przyświecać wszystkim wykonującym ten zawód – primum non nocere”. – Brzmi szlachetnie – skomentował to sędzia – ale przecież pan prokurator nie kwestionował medycznych umiejętności oskarżonego. W marcu 2016 r. po 42 rozprawach Sąd Rejonowy dla Krakowa-Podgórza orzekł, że Jan S. jest winny brania łapówek od kilkudziesięciu osób. Czynił to przez 11 lat, uzależniając wykonanie operacji od otrzymania pieniędzy. Lekarz został nieprawomocnie skazany na cztery lata więzienia, 30 tys. zł grzywny oraz pięcioletni zakaz pełnienia kierowniczych funkcji w służbie zdrowia.

„Wobec popełnienia 27 przestępstw warunkowe umorzenie byłoby w ocenie sądu jawną niesprawiedliwością i w istocie sankcjonowaniem pobierania korzyści majątkowej przez lekarzy, na co sąd nigdy się zgodzić nie może” – stwierdzono w pisemnym uzasadnieniu wyroku. W październiku 2016 r. sąd apelacyjny złagodził wyrok, skazując już prawomocnie doktora na dwa lata i osiem miesięcy więzienia. Instancja odwoławcza nie miała zastrzeżeń do ustaleń faktycznych sądu rejonowego, jednak orzeczoną karę uznano za zbyt wysoką dla 70-letniego lekarza. W ocenie sądu odwoławczego Jan S., będąc ordynatorem, ale również jednym z niewielu specjalistów w swej dziedzinie, doszedł do przekonania, że takie normy społeczne jak przyzwoitość czy uczciwość przestały go obowiązywać. Powoli, przez 10 lat, następowało u niego wypalenie etyczne, co przy braku reakcji m.in. dyrekcji szpitala spowodowało, że mylnie odebrał to jako środowiskowe przyzwolenie na tego rodzaju praktyki. Skazany chirurg nie przyszedł na ogłoszenie wyroku. Jego adwokat w styczniu bieżącego roku wniósł do Sądu Najwyższego kasację. Zarzucał w niej, że sąd niższej instancji nie wziął pod uwagę zeznań tych rodziców, którzy nie usłyszeli od ordynatora expressis verbis żądania korzyści majątkowej. Sami decydowali się na okazanie, jak się wyraził mecenas, „drobnego wyrazu wdzięczności”. – Mój klient – wnosił adwokat – jest osobą nieprzeciętną, orzeczona przez sąd kara więzienia eliminuje go z życia zawodowego.A sam proces wywołał u niego depresję. Mecenas złożył też wniosek o powstrzymanie do czasu rozpatrzenia kasacji wykonywania wyroku. Prokurator, uznając kasację za bezzasadną, powołał się na orzeczenie SN z grudnia 2016 r., który uznał za „absolutnie niedopuszczalne przyjmowanie pieniędzy od pacjentów lub ich rodzin przez lekarza zatrudnionego w publicznej służbie zdrowia i wynagradzanego ze środków publicznych”.

Będzie dobrze

Jeśli kasacja zostanie odrzucona – nie ma jeszcze terminu rozprawy w SN – chirurg z Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie-Prokocimiu będzie pierwszym lekarzem w Polsce, który trafi do więzienia za korupcję. Wcześniej sądy karały lekarzy biorących łapówki wyrokami w zawiasach. Najnowszym przykładem tego rodzaju praktyk jest nieprawomocne skazanie na dwa lata więzienia w zawieszeniu prof. dr. hab. Andrzeja Sz., kierownika kliniki w warszawskim Centrum Onkologii. Znany w medycznym świecie krajowy konsultant ds. chirurgii onkologicznej był sądzony za przyjmowanie łapówek i mobbing. Proces trwał cztery lata. Akta sądowe liczyły 68 t. akt. I monstrualną – 904 nazwisk – liczbę świadków. Były nimi osoby, które wręczały bądź pośredniczyły w przekazaniu profesorowi łapówki. Nie poniosły odpowiedzialności karnej – prokurator odstąpił od postawienia im zarzutów. – Profesor Sz. jest wybitnym fachowcem w leczeniu nowotworów przewodu pokarmowego i z tego głównie powodu sąd zdecydował się zawiesić wykonanie kary pozbawienia wolności – stwierdzono w uzasadnieniu wyroku. Skazany ma zapłacić 30 tys. zł grzywny, zwrócić poszkodowanym lub ich rodzinom 34 tys. zł łapówek i przeprosić podwładnych, nad którymi się znęcał. Ponadto przez pięć lat nie wolno mu pełnić funkcji publicznej. Wyrok nie jest prawomocny.

Andrzej Sz., podobnie jak jego kolega po fachu ze Szpitala w Krakowie-Prokocimiu, nie brał od chorych dużych pieniędzy. Były to kwoty od 200 zł do 15 tys. zł. Zazwyczaj wpływały do kieszeni lekarza w czasie jego dyżuru w przychodni Polskiej Fundacji Europejskiej Szkoły Onkologii, drugim miejscu pracy profesora. Andrzej Sz. nie odrzucał kopert nawet od chorych, dla których – o czym dobrze wiedział – nie było już ratunku. Takie osoby bądź ich rodziny umawiały się z lekarzem na wizytę prywatną w fundacji i za pomocą łapówki załatwiały łóżko w Centrum Onkologii na oddziale kierowanym przez profesora. W wyniku uruchomionej przez CBA infolinii dla pacjentów i ich rodzin organy ścigania zdobyły dowody wskazujące na brak skrupułów etycznych utytułowanego lekarza. Prokurator przygotował bardzo długą listę świadków na tę okoliczność, ale przed sądem tylko dwóch chorych osobiście złożyło zeznania; pozostali z listy już nie żyli. Ich bliscy mówili z płaczem na rozprawie, że wręczając profesorowi pieniądze, wierzyli w jego zapewnienia, że będzie dobrze. Tymczasem śmierć już stała za progiem, a oni, lokując umierającego na szpitalnym łóżku, zabierali miejsce komuś, kto miał szanse na uratowanie życia. Gdyby onkolog uczciwie im to powiedział, zadbaliby o co innego – aby ich bliski znajdujący się w stanie terminalnym nie umierał wśród obcych. Szef kliniki nie gardził żadną kwotą – bardzo dobrze, jeśli w kopercie było 15 tys., ale gdy córka umierającej pacjentki wysupłała z portmonetki 200 zł, również te pieniądze schował do kieszeni. Nie bronił się też przed butelkami wódki nawet pośledniej jakości czy pudełkiem kawy. Profesor Andrzej Sz. po zatrzymaniu go przez CBA przyznał się do większości zarzutów korupcyjnych, choć zastrzegał, że nigdy nie zmuszał pacjentów do wyłożenia pieniędzy, sami wręczali mu koperty. On tylko je chował w szufladzie.

Okładka tygodnika WPROST: 34/2017
Artykuł został opublikowany w 34/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także